
Autor: Aneta Jadowska, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz, Marta Kisiel
Tytuł: Cztery trupy w barszcz
Data premiery: 26.11.2025
Wydawnictwo:Sine Qua Non
Liczba stron: 384
Gatunek: fanatsy
„Rzeczy się nam przytrafiają. Ale wybory podejmujemy świadomie”.
Zaczęłam czytać tę antologię od opowiadania Marty Kisiel i od razu miałam nieodparte wrażenie, że oto ktoś postanowił podać mi święta w formie, którą lubię najbardziej: z przymrużeniem oka, z wyraźnym dystansem, z ironią błyszczącą jak choinkowe lampki i z tą cudowną świadomością, że nic się tu nie musi udać, żeby było dobrze. Jej humor działa jak przyprawa, która w bigosie robi całą robotę – niby wszystko znasz, niby wiesz, co cię czeka, a jednak jest tu ten jeden element, który wywraca scenę do góry nogami. I czytając miałam ciągle wrażenie, że autorka opowiada mi o grudniu w wersji ekstremalnej, w której zdrowy rozsądek jest tak samo deficytowy jak dobre postanowienia noworoczne, a mimo to wszyscy idą dalej, mieszają ten metaforyczny bigos, próbując utrzymać pozory normalności w świecie, gdzie trup potrafi wpaść tam, gdzie najmniej go oczekujesz – czasem dosłownie 😉 To jest ten rodzaj historii, który bawi, bo cały czas balansuje między absurdem a prawdą o tym, jak pod koniec roku działamy w trybie awaryjnym, zagryzając stres piernikiem i udając, że mamy nad wszystkim kontrolę. Autorka przypomina, że nic nie mamy pod kontrolą. I to jest piękne.
A potem płynnie, niemal niezauważalnie, przechodzimy w zupełnie inny ton kolejnego opowiadania, ale wciąż w obrębie tego samego grudniowego nastroju. Opowiadanie Mileny Wójtowicz rozlewa się jak ta specyficzna mieszanka zmęczenia i determinacji, znana każdej kobiecie próbującej ogarnąć życie. Wchodzimy w jej historię jak w dzień, który miał być prosty, a kończy się paradą komplikacji tak dziwnych, że gdyby wydarzyły się naprawdę, człowiek zacząłby poważnie podejrzewać, że kosmos robi sobie z niego żarty. Ten kołtun – ta dziwna, włochata, kapryśna istota, która, rośnie i broni się z determinacją godną czegoś dużo poważniejszego – staje się czymś więcej niż elementem humorystycznym. Jest symbolem wszystkich grudniowych obowiązków, które mnożą się jak szalone, niezależnie od tego, ile razy próbujesz je ogarnąć.
Bohaterki opowiadnia Mileny nie są modelowymi heroinami, które wszystko robią perfekcyjnie. Są zmęczone, sarkastyczne, lekko poirytowane, ale jednocześnie tak mocno osadzone w życiu, że ich reakcje są bardziej znajome niż świąteczny zapach cynamonu. To opowiadanie płynie jak rozmowa przy herbacie w kuchni, gdzie między jednym westchnieniem a drugim sypią się komentarze typu „nie tak miało być”, „znowu to samo”, „czy ja już mogę iść spać?”.
U Anety Jadowskiej świat ma w sobie tę specyficzną mieszankę ciepła i makabry, w której trup jest tyleż problemem, co katalizatorem wszelkich rodzinnych prawd, które i tak dawno domagały się ujawnienia. Jej bohaterowie są jak dom, w którym nie wywietrzono emocji – pachnie tam tradycją, żalem, humorem i nieco pokracznym wdziękiem, który pojawia się zawsze wtedy, kiedy coś idzie nie tak, ale ludzie i tak próbują to posklejać. Wszystko jest trochę przerysowane, trochę absurdalne, a jednak w tym chaosie pulsuje serce – nie to Hallmarkowe, ale to, które naprawdę bije pod koniec roku, kiedy człowiek jest zmęczony, rozdrażniony i jednocześnie gotowy zrobić więcej, niż było w planie. I właśnie dlatego to opowiadanie tak dobrze wpasowuje się w antologię: bo pokazuje, że zbrodnia z rodziną w tle to nie tylko zagadka, ale też metafora tego, jak trudno czasem powiedzieć prawdę, jak trudno wybrać właściwą stronę i jak cholernie trudne jest przebaczenie – i sobie, i innym.
A kiedy już przejdziesz przez świąteczny galimatias bigosu, kołtuna i rodzinnych trupów, przychodzi historia Magdaleny Kubasiewicz, delikatniejsza, bardziej refleksyjna, jak ten moment, kiedy hałas przy stole wreszcie cichnie, a ty patrzysz w okno i widzisz, że śnieg zaczyna padać z nieba powoli, jakby chciał uspokoić cały bałagan, który zrobił nam grudzień. Jej świat zawsze był utkany z codzienności, w której magia żyje obok ludzkich ran i niezaleczonych historii, i tu też tak jest – tylko jeszcze mocniej. Kubasiewicz wzięła współczesny problem, wpakowała go w urban fantasy i nagle to fantasy zaczyna mieć więcej wspólnego z rzeczywistością niż niejeden reportaż. Bo jeśli naprawdę chcemy opowiadać o świętach, to opowiedzmy też o tym, co jest pod lukrem: o znieczulicy, o tchórzliwych decyzjach, o dzieciach, które myślą, że świat nie pamięta. A potem pojawia się klątwa i mówi: „Oj, kochani, on wszystko pamięta”.
Tu najbardziej ze wszystkiego działa motyw winy. Winy zaniedbania. I ta opowieść pokazuje to w sposób prosty i wcale nie tak przyjemny: że czasem najgorsze decyzje nie są podejmowane złośliwie. Są wynikiem tchórzostwa, braku wyobraźni, kalkulacji pod tytułem „nie chcę mieć kłopotów”. I za to się płaci – może nie klątwą, ale konsekwencją, która przychodzi później.
A jednocześnie wrzuca w to wszystko Domownika, który jest ucieleśnieniem świątecznej nadpobudliwości. Taki choinkowy horror w wersji PG-13. Dokładnie ten typ istoty, która naoglądała się filmów i postanowiła zrekonstruować „idealne święta”, kończąc z dekoracjami przekraczającymi dopuszczalne normy BHP. Ten wątek jest cudowny, bo daje oddech, humor, wytchnienie od brudu sprawy. Zresztą każdy, kto kiedykolwiek przeżył Whammageddon, wie, że święta to nie ciepłe skarpety i kakao – to wojna nerwów, w której człowiek walczy z piosenką, z rodziną, z przeszłością i z samym sobą.
Magda pisze o świętach bez lukru. O ludziach, którzy niosą w sobie więcej ciszy niż krzyku, i o magii, która nie naprawia niczego za darmo. Jej bohaterowie są pięknie niedoskonali – zmęczeni, pogubieni, próbujący poskładać swoje życie mimo tego, że grudzień nie sprzyja introspekcji, tylko nerwicy. I właśnie dlatego ta część antologii zostaje najdłużej – jak ślad po dłoni na zaparowanej szybie, jak myśl, która wraca w najmniej oczekiwanym momencie.
I kiedy czytasz całość płynnie, jedna historia wchodzi w drugą tak naturalnie, że nagle zdajesz sobie sprawę, że z tych czterech opowiadań powstaje jeden obraz grudnia – nie tego z reklam, ale tego prawdziwego: trochę zabawnego, trochę chaotycznego, trochę smutnego, trochę czułego. Grudnia, w którym miesza się bigos i emocje. Grudnia, w którym nawet kołtun ma swoje prawa. Grudnia, w którym trup w barszczu nie przeszkadza w rodzinnej kolacji. Grudnia, w którym magia jest i śmieszna, i bolesna. Grudnia, który nas przerasta, ale którego mimo wszystko co roku próbujemy oswoić.
I może właśnie dlatego ta antologia działa tak dobrze – bo nie każe nam wierzyć w cud. Ona tylko pokazuje, że nawet w chaosie można znaleźć coś swojego. Że w świętach jest miejsce i na ironię, i na czułość. Że czasem trzeba się pośmiać, czasem zatrzymać, czasem wygarnąć prawdę, a czasem po prostu pozwolić domowikowi udekorować mieszkanie tak koszmarnie, że aż robi się pięknie.
To nie są święta idealne.
To są święta prawdziwe.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
