
Autor: Catherine Reiss
Tytuł: W tym miejscu martwi wyglądają najlepiej
Data premiery: 05.11.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Nocą
Liczba stron: 602
Gatunek: thriller, horror
„Nie pozwolę, żebyś stała się jedną z nich. Ty… ty będziesz ich królową.”
Powiedziała to z takim spokojem, jakby nie przekraczała żadnej granicy. Jakby miłość mogła usprawiedliwić wszystko, nawet zbrodnię. I właśnie w tym jednym zdaniu zawiera się cała istota drugiego tomu serii „Miejsce styku” Catheriny Reiss. Nie ma tu potworów, które można zabić. Są ludzie, których nie da się uratować.
Nie wiem, czy pamiętasz, jak bardzo wstrząsnął mną pierwszy tom – „W tym miejscu śpiewają potwory”. Pisałam Ci wtedy, że to historia o winie i o próbie ocalenia siebie kosztem wszystkiego. I że ta książka pachniała chłodem mgły, wilgocią, krwią i żalem. Teraz, po lekturze „W tym miejscu martwi wyglądają najlepiej”, czuję, że Reiss poszła jeszcze dalej. Zabrała nas w miejsce, z którego nie ma powrotu. To nie jest kontynuacja w klasycznym sensie. To raczej powrót w przestrzeń, która przestała być tylko tłem, a stała się organizmem – żywym, złym, pulsującym wspomnieniami. Miasteczko już nie śpiewa. Ono jęczy, drży, rozkłada się na naszych oczach. I mimo że mgła gęstnieje, wydaje się, że to nie ona zabija, tylko to, co ludzie zrobili w tym miejscu.
Ten powrót zaczyna się w ciszy. Noc, puste miasteczko, powietrze ciężkie jak kurz po burzy. Ktoś kiedyś powiedział, że nic tak nie boli jak powrót do miejsc, z których już raz się uciekło – i Catherine Reiss zdaje się o tym wiedzieć doskonale. Wracamy tam, gdzie pękła ziemia, gdzie każda ściana pamięta krzyk, a każdy człowiek coś zataił. Ale tym razem jest inaczej. Tym razem to młodzi mają przejąć stery. Tak przynajmniej chcieliby. Bo „czas młodych ludzi” miał być nowym początkiem, a okazał się tylko powtórką tej samej klątwy, w innej skórze.
To miejsce nie jest już tym samym, które pamiętasz. Potwory wychodzą za dnia, mgła gęstnieje szybciej, a ziemia nie rodzi już nawet chwastów. Czas się załamał, a rzeczywistość drży jak stara fotografia. Widzisz znajome twarze, ale w ich oczach nie ma już ludzi. Są tylko wspomnienia tego, kim byli.
W tym tomie jest coś, czego nie było wcześniej – poczucie końca. Takiego prawdziwego, nieodwracalnego. Każde słowo brzmi jak pożegnanie, każdy gest jak ostatni. Nawet cisza ma ton żałobny. A jednak w tym wszystkim jest też coś czułego. W tych dialogach pełnych bólu, w szeptach między ruinami, w próbach dotknięcia drugiego człowieka, zanim świat znów się zapadnie.
Max Keller trafia do tego miejsca, ale nie jest już tym samym człowiekiem. Kiedyś szukał dzieci, teraz szuka sensu. Rosanna – jego żona – próbuje chronić to, co jeszcze można ocalić, choć w środku już dawno się rozpadła. Edmund Langford, jeden z najpiękniej napisanych bohaterów tej historii, jest cieniem dawnego siebie – złamany, ale nie do końca zgaszony, poszarpany, ale wciąż z jakąś resztką człowieczeństwa. W tym tomie dojrzewa do prawdy, którą wreszcie potrafi wypowiedzieć. A ta prawda jest bolesna. I między nimi wszystkimi rozciąga się napięcie jak lina nad przepaścią: kto pierwszy puści, ten spadnie.
Kiedy Jannie mówi: „Chciałam dobrze. Przyrzekam”, serce drży. Bo przecież każdy, kto tu został, chciał dobrze. Chciał przetrwać, ocalić, naprawić. A wyszło jak zawsze – zło zrodziło się z dobra, śmierć z miłości, a wybawienie stało się klątwą.
W tle – Ojciec i syn, których dzieli wszystko oprócz wspólnego żalu. Ich rozmowa pod gruzami to najczystszy fragment całej tej ciemności. Dwóch ludzi, którzy spóźnili się na swoje życie, próbujących powiedzieć to, co dawno powinni byli powiedzieć.
„To nie była twoja wina, tato.”
– zdanie, które powoduje, że czujesz jak dławi cię w gardle. Nie ma tu patosu. Nie ma łez na pokaz. Tylko cisza po drugiej stronie, w której wreszcie ktoś zostaje wysłuchany.
I właśnie takie detale czynią tę książkę tak przejmującą. Bo tu nikt nie jest wyłącznie zły albo dobry. Każdy ma swój moment, w którym próbuje ocalić coś z siebie. Czasem to spojrzenie, czasem gest, czasem ostatnie słowo przed śmiercią.
To nie jest książka o potworach. To książka o ludziach, którzy zrobili z siebie potwory, żeby przetrwać. O matkach, które kochają do szaleństwa. O synach, którzy uczą się przebaczać. O kobietach, które biorą na siebie więcej niż mogą unieść, i o mężczyznach, którzy zrozumieli to zbyt późno.
Reiss pisze tak, jakby wycinała te emocje – powoli, z namysłem, z drżeniem dłoni. Każde słowo boli, każde zdanie jest jak oddech w zimnym powietrzu.
A kiedy samolot spada na stację benzynową, to już nie jest tylko katastrofa. To katharsis. Świat się wali, ale robi to w rytmie serca, które bije jeszcze chwilę dłużej, niż powinno. W tym huku i ogniu jest coś metafizycznego – jakby samo miejsce postanowiło przywrócić równowagę. Jakby powiedziało: „dość”.
Finał… Finał jest czystą esencją tej części.
Nie będę zdradzać, co się dzieje, ale to, co się tam rozgrywa, to jeden z najbardziej niepokojących i symbolicznych momentów całej historii. Miłość matki, która przekracza granicę człowieczeństwa. Kobieta, która wierzy, że potrafi oszukać śmierć, bo przecież matki tak robią – zawsze chcą uratować dziecko, choćby miały spalić cały świat.
„Nie pozwolę, żebyś stała się jedną z nich.”
W tym zdaniu jest wszystko: obsesja, władza, rozpacz i miłość.
To nie jest zło dla zła. To desperacja. I właśnie dlatego „W tym miejscu martwi wyglądają inaczej” nie jest zwykłą kontynuacją.
Reiss kończy tą część jak uderzenie – nagle, brutalnie, z ciszą, która zostaje długo po zamknięciu książki. Nie ma tu katharsis. Nie ma ukojenia. Jest tylko świadomość, że każda decyzja ma swoją cenę. I że miłość potrafi być bardziej śmiertelna niż nienawiść.
To nie jest książka, którą się czyta. To książka, którą się przeżywa, a potem długo nie umie o niej mówić.
Bo jak opowiedzieć o miejscu, które jest jednocześnie końcem i początkiem?
Jak opisać świat, który pożera ludzi, a oni wciąż mówią o nadziei?
Nie da się. Można tylko milczeć. I słuchać, jak w tej ciszy bije echo tych, którzy zostali.
Echo słów, których już nikt nie powinien był wypowiedzieć.
Echo matek, które chciały ocalić swoje dzieci.
Echo dzieci, które chciały zrozumieć decyzje swoich matek.
I echo miejsca, które – jak każdy mit – nigdy nie pozwala odejść.
„W tym miejscu martwi wyglądają najlepiej” to powieść, która nie potrzebuje krwi, by być krwawa.
Bo największe rany zadają ci, którzy kochają i których my kochamy.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
