Recenzje

„Klucz do grudnia” – Andrzej Konefał

Autor: Andrzej Konefał
Tytuł: Klucz do grudnia

Data premiery: 28.11.2025
Wydawnictwo:Wydawnictwo ReWizja
Liczba stron: 232
Gatunek: kryminał, thriller

„Człowiek nigdy nie zapanuje nad naturą… Natura to podstępna suka.”

Ten cytat siedzi mi w głowie od momentu, w którym go przeczytałam, bo jest jedynym fragmentem w tej książce, który naprawdę ma w sobie ciężar – nie efektowny, tylko prawdziwy, taki, który brzmi jak coś zasłyszanego od starego człowieka, który przeżył więcej, niż kiedykolwiek by chciał, i nie ma już siły na udawanie.

Kiedy zamknęłam książkę, siedziałam przez chwilę w ciszy, takiej gęstej, nieprzyjemnej, pełnej pytań, których wcale nie chciałam zadawać. I zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nic we mnie nie pękło, mimo że powinnam była już dawno leżeć emocjonalnie rozjechana. Bo historia Leona, jego zniknięcie, ta grudniowa noc, to wszystko powinno mnie ściąć z nóg, a ja siedziałam, patrzyłam w ścianę i czułam przede wszystkim… chłód. Nie ten literacki, który cię otula, który sprawia, że czytasz szybciej, bo czujesz oddech mroku na szyi. Tylko chłód informacyjny, ten, który dostajesz, gdy ktoś relacjonuje ci cudzą tragedię, tak jakby stał z boku, z rękami w kieszeniach, i tylko podawał ci kolejne fakty.

I może właśnie dlatego, kiedy usiadłam i próbowałam poukładać swoje myśli po lekturze, poczułam tę znajomą irytację, którą rozpoznajesz natychmiast: że przecież wszystko tutaj powinno działać. Im bardziej o tym opowiadam, tym bardziej widzę, że ta historia miała wszystkie elementy, które zwykle mnie angażują, a jednak coś się rozjechało.

Grudniowa noc, dwójka dzieci znika w drodze do kościoła. Cisza. Dwa lata pustki, niepewności, codziennego sprawdzania zamków w drzwiach i tych spojrzeń rodziców, którzy każdego dnia mają nadzieję, a jednocześnie wiedzą, że ta nadzieja jest prawie nieprzyzwoita. I nagle chłopiec wraca. Sam. Cichy. Zamknięty. Z czymś, czego długo nie da się nazwać, bo każde słowo byłoby za małe.

I to jest moment, który w literaturze powinien ciąć, powinien zostawić człowieka w takim stanie lekkiego otępienia, kiedy nie wiesz, czy obrócić kartkę, czy po prostu odłożyć książkę i iść do kuchni napić się wody, bo masz wrażenie, że coś jest za blisko. Tylko że tu nic nie jest blisko. Wszystko jest opowiedziane tak, jakby autor stał krok obok własnych emocji. I ja to rozumiem – nie każdy potrafi pisać z serca, nie każdy potrafi wejść w traumę tak, żeby czytelnik ją czuł – tylko jakoś trudno mi wybaczyć to w książce, która właśnie na emocjach ma się opierać.

A przecież opowieść ma potencjał. Ten powrót Leona po latach, jego próba budowania życia, nieustanny lęk, który zatruwa relacje, ta codzienna bezsilność, która człowiekowi odbiera resztki poczucia, że jego los jest choć trochę w jego rękach. To wszystko jest. Ale opisane jak wzór dokumentu, który trzeba wypełnić i odhaczyć, żeby przejść dalej. Czułam się, jakbym nie śledziła historii bohatera z krwi i kości, tylko jakiejś literackiej makiety, w której ktoś rozstawił elementy: trauma – jest. Terapia – jest. Miłość – jest. Demony przeszłości – obecne. I choć wiem, co autor chciał tym osiągnąć, to sposób w jaki to podaje – linearnie, płasko, bez pulsu – sprawia, że prawdziwa emocjonalność znika gdzieś między akapitami.

Powiedzmy to sobie szczerze: ten thriller psychologiczny nie ma psychologicznej gęstości. Wszystko jest fabularnie poprawne, nawet logiczne, ale pozbawione głębi, która pozwoliłaby czytelnikowi poczuć zimno pod skórą, to specyficzne drżenie, które towarzyszy dobrej literaturze o cierpieniu. To trochę tak, jakby ktoś opowiadał mi o traumie, której sam nie przeżył i o której wie tylko z opowieści. Dlatego nie wierzę temu tekstowi. Nie dlatego, że wydarzenia są zbyt ekstremalne. Ale dlatego, że nie są przekonująco opisane.

Najbardziej chyba zabolało mnie to, co dzieje się w finale – i spokojnie, nie zamierzam zdradzać szczegółów, ale powiem ci, że rzadko kiedy widziałam epilog, który wygląda jak próba sprzątania mieszkania na pięć minut przed przyjazdem gości. Jest szybko, jest rzeczowo, jest chłodno. Jakby ktoś postanowił: „dobra, zamykamy to, proszę państwa, dziękujemy, koniec spektaklu”. A ja siedzę i czekam na emocjonalny ciężar, na konsekwencje tego wszystkiego, na chwilę oddechu, która powinna boleć bardziej niż same wydarzenia i znowu dostaję informację, a nie uczucie.

Wiesz, czego mi zabrakło najbardziej?

Żeby ktoś w tej książce naprawdę był człowiekiem. Nie bohaterem fabuły. Nie pionkiem w thrillerowej konstrukcji. Nie pretekstem do kolejnych scen. Człowiekiem. Żeby Leon miał puls, który ja czuję. Żeby Magda była czymś więcej niż wspomnieniem. Żeby Lili nie była tylko tłem.

To są role, które mogłyby działać, gdyby dostały przestrzeń na emocje. Ale tu wszystko dzieje się tak, jakby autor cały czas trzymał rękę na hamulcu, kontrolował, dozował, pilnował, żeby nic nie było „za bardzo”.

I może dlatego, choć ta historia jest mocna w założeniach, choć teoretycznie wszystko się zgadza, ja nie czułam tego, co powinnam czuć. Nie było strachu, który zatrzymuje oddech. Nie było bólu, który jest czymś więcej niż słowem. Nie było gęstości, która w thrillerze psychologicznym jest fundamentem. Zamiast tego miałam poczucie lekkiego chłodu, który nie był niepokojący, tylko obojętny.

A wiesz, jaki jest największy paradoks? Że to książka o człowieku, który przez dwa lata był więziony w miejscu, które mogłoby stać się literackim piekłem, a ja ani przez chwilę tego piekła nie poczułam. Ani razu nie przebiegł mi po plecach ten charakterystyczny dreszcz, który masz, gdy autor wprowadza cię w ciemny korytarz, a ty słyszysz echo własnych kroków. Tu nic nie odbijało, nic nie rezonowało. Byłam świadkiem, a nie uczestnikiem. A w thrillerze to grzech śmiertelny.

I może właśnie dlatego, choć doceniam pomysł, doceniam konstrukcję, nawet doceniam kilka fabularnych rozwiązań, to kończę tę książkę z uczuciem, że była jakąś obietnicą, której nigdy nie spełniła. Że chciała być powieścią o traumie, ale nie zna języka traumy. Że chciała mnie przerażać, ale nie miała narzędzi. Że chciała być mroczna, ale świeciła światłem jarzeniówki, niepozwalającym zobaczyć żadnego cienia.

A kiedy autor w epilogu zamyka wszystko tak pośpiesznie, jakby dopisywał raport do akt, to czuję się nie jak czytelniczka literatury o emocjach, tylko jak odbiorczyni poukładanych informacji. A ja nie czytam po to, żeby dostać informację. Ja czytam po to, żeby dostać serce. Rozbite, pęknięte, brudne – byle prawdziwe.

Tak, historia mogła być świetna. Tak, mogła być wielka. Miała w sobie przestrzeń na to, żeby stać się thrillerem, który wbija w fotel i nie pozwala o sobie zapomnieć. Ale zabrakło odwagi, by zejść głębiej. Zabrakło języka, który udźwignąłby ciężar własnej fabuły. Zabrakło emocji, które powinny były kipieć, aż parzą kartki.

A najbardziej zabrakło tego, co w dobrych książkach o cierpieniu jest najważniejsze: uczestnictwa, nie obserwacji.

Dlatego wychodzę z tej historii chłodniejsza, niż powinnam, i mądrzejsza o jedno: można opisać traumę poprawnie, ale jeśli nie nada się jej temperatury – nikt jej nie poczuje.

A ja chcę czuć.

Dlatego tu mi czegoś zabrakło.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

2 komentarze

  1. Oby więcej takich miejsc w sieci.Zatrzymałem się przy tym wpisie na dłużej. Treść dobrze wyważona – nie za dużo, nie za mało. Dobrze się czyta coś, co powstało z ciekawości, a nie z obowiązku.

  2. Widać, że masz swój styl.Dobrze się to czytało. Czuć, że ktoś tu naprawdę przemyślał, co chce powiedzieć. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *