Recenzje

„Lato tajemnic” – Tess Gerritsen

"Lato tajemnic" Tess Gerritsen

Autor: Tess Gerritsen
Tytuł: Lato tajemnic

Data premiery: 26.03.2025
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 416
Gatunek: kryminał, sensacja

 Tłumaczenie: Jan Kraśko

„…Niektórych sekretów rodzinnych nie warto odgrzebywać. To jeden z nich…”

 

                 „Lato tajemnic” – Tess Gerritsen pokazuje, że emeryci to nie tylko kolejki do lekarza i krzyżówki z „Angory”.

Tess Gerritsen wchodzi w drugi tom serii Klub Martini i robi to z przytupem. Już nie wzoruje się na Osmanie i jego „Czwartkowy Klub Zbrodni”, nie kombinuje, jak wpisać się w trendy – po prostu siada i pisze to, co wychodzi jej najlepiej. A że wychodzi jej cholernie dobrze?

No cóż, nie od dziś wiadomo, że Gerritsen wie, jak rozstawić pionki na planszy, żeby czytelnik gubił trop co kilka rozdziałów i kończył książkę z rozwaloną głową.

Pierwsza część, „Wybrzeże szpiegów”, to była jeszcze zabawa w klasyczny thriller szpiegowski – tajne misje, agenci, adrenalina i ten klimat starego kina akcji. W „Lecie tajemnic” dostajemy coś innego – pełnokrwisty kryminał, który pachnie morską solą, wilgocią drewnianych domków i niepokojem czającym się między stronami.

        Witajcie w Purity – tu zbrodnia nie ma prawa się wydarzyć… a jednak…

Miasteczko Purity w stanie Maine to ten typ miejsca, gdzie na co dzień najgłośniejszą aferą jest to, że ktoś podprowadził sześciopak z lokalnej Żaby (czy tam jej amerykańskiego odpowiednika). Lato w Purity to rytuał – przyjeżdżają letnicy, bogate buce wyciągają szpanerskie łodzie, lokalsi robią dobrą minę do złej gry, licząc, że po sezonie w końcu odzyskają spokój.

Tylko że w tym roku nikt o spokoju nie marzy, bo znika piętnastoletnia Zoe. Nastolatka, utalentowana pływaczka, przyjechała tu z rodziną, żeby pożegnać zmarłego dziadka. Jednego dnia jest, drugiego – nie ma jej, jakby zapadła się pod ziemię.

I tak zaczyna się gra.

Główny podejrzany? Jest sobie Reuben, dziwak, odludek, mieszkaniec miasteczka, na którego patrzą krzywo, bo jego stary miał kiedyś jakieś ciemne sprawki. Społeczność już szykuje widły i pochodnie, ale jest jeden problem – Reuben zna odpowiednich ludzi. A dokładniej – emerytowanych szpiegów z Klubu Martini. I Maggie Bird, była agentka CIA, nie ma zamiaru pozwolić, żeby jej sąsiada rozjechano walcem oskarżeń bez dowodów.

Klub Martini to nie są typowe stare pierniki, które siedzą w sanatorium i kłócą się o kolejność w kolejce do kąpieli w borowinie i innych tajemniczych obrzędów. To byli szpiedzy. Ludzie, którzy lata temu bawili się w kotka i myszkę z KGB i innymi ciekawymi typami. I którzy teraz, na zasłużonej emeryturze, nudzą się śmiertelnie i nie zamierzają siedzieć cicho, kiedy w ich miasteczku dzieją się podejrzane rzeczy.

A że mają swoje sposoby – od szpiegowskich umiejętności, przez stare kontakty, po instynkt, który nie rdzewieje – to śledztwo w ich wydaniu to zupełnie inna bajka niż policyjne procedury.

I tu wchodzi Jo. Jo Thibodeau – cała w bieli.

Jo to policjantka z Purity, która widziała w życiu sporo, ale chyba jeszcze nigdy nie musiała prowadzić śledztwa z emerytami na ogonie. Jest bystra, metodyczna i sceptyczna – nie daje się wciągnąć w paranoje, ale wie, że czasem to właśnie najbardziej szalone teorie okazują się prawdziwe. Jest miejscowa, więc zna układy i zależności. I wie jedno – bogaci letnicy niekoniecznie są takimi niewiniątkami, jak chcieliby się wydawać.

Gerritsen wciąga czytelnika w tę historię jak w wir na wzburzonym jeziorze. Akcja wije się, kluczy, podsuwa fałszywe tropy i każe się zastanawiać – czy to sprawa rodzinna? A może coś większego? Czy Zoe padła ofiarą kogoś, kogo znała? A może w Purity dzieje się coś, o czym nikt nawet nie chce głośno mówić?

Autorka bawi się kontrastami. Bogaci letnicy kontra lokalsi. Ci, którzy przyjeżdżają tu od dekad, a mimo to wciąż są traktowani jak obcy. Ci, którzy znają miasteczko jak własną kieszeń, ale wciąż odkrywają, że nie wiedzą o nim wszystkiego. I ta nierównowaga jest odczuwalna na każdej stronie.

Mamy tu świetnie poprowadzoną narrację – historia skacze między różnymi perspektywami, dając nam wgląd w myśli Maggie, Jo i Susan, matki zaginionej dziewczyny. Dzięki temu widzimy tę samą historię z różnych punktów widzenia – policyjnego, prywatnego i szpiegowskiego. Każdy ma swoje racje, każdy coś widzi i coś przeocza.

A napięcie? Dawkowane perfekcyjnie. To nie thriller, który wali w twarz akcją na każdej stronie, ale raczej ten, który buduje atmosferę jak Hitchcock – zaczyna się od pożaru w burdelu, a z każdą minutą jest coraz trudniej.

„Lato tajemnic” to książka, która udowadnia, że Tess Gerritsen nie musi pisać pod trendy, żeby dostarczać świetną rozrywkę. To nie jest „Czwartkowy Klub Zbrodni” w wersji dla dorosłych. To rasowy kryminał z klasą, w którym napięcie rośnie stopniowo, postacie są pełnokrwiste, a zagadka – nieoczywista do samego końca.

A Klub Martini? Działa jak dobrze naoliwiona maszyna – trochę humoru, dużo doświadczenia i ten specyficzny urok emerytowanych agentów, którzy zamiast odpoczywać, pakują się w kolejne tarapaty.

„… Oto co dzieje się z kimś, kto spędza zbyt dużo czasu w kręgu Klubu Martini : demoralizują go ich podejrzane nawyki i przedni alkohol..”

Jeśli kolejna część będzie trzymać ten poziom – ja w to wchodzę w ciemno.

  • Tak, zdjęcie do recenzji miało nawiązywać do okładki.

  • Tak, zrobiłam Martini.

 

 

 

  • Tak, wypiłam je po napisaniu tego tekstu.

 


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *