
Autor: Michalina Remisz
Tytuł: Camgirl
Data premiery: 26.07.2024
Wydawnictwo:Novae Res
Liczba stron: 250
Gatunek: kryminał, thriller
„W internecie każdy może być kim chce.”
Kiedy zaczęłam czytać „Camgirl”, miałam wrażenie, że oto wracam do czasów, kiedy kobieta nosiła w torebce błyszczyk o smaku truskawki i wierzyła, że życie można poskładać tak łatwo, jak zdjęcie z Instagrama. Bohaterki tej powieści funkcjonują według takiej właśnie logiki – słodkiej, lepkiej, trochę kiczowatej, a jednak wciągającej jak lep na muchy, bo niby wszystko jest zbyt przesadzone, zbyt słodko-naiwne, a jednak co chwilę łapiesz się na tym, że przewracasz stronę, żeby zobaczyć, czy ta dziewczyna wreszcie zdejmie różowe okulary, czy dalej będzie się potykać o własne marzenia w wersji instant.
Próbowałam zrozumieć nie tylko historię, lecz także jej puls – ten specyficzny rytm debiutu, w którym ambicja zderza się z brakiem doświadczenia, a chęć opowiedzenia czegoś ważnego próbuje przebić się przez warstwę nieporadności i literackiej świeżości. I przyznam szczerze, że jeszcze zanim dotarłam do połowy, poczułam niepewność, która przychodzi, gdy książka nie jest ani dobra, ani zła, tylko zawieszona w irytującej przestrzeni pomiędzy: „gdzie wszystko jest możliwe, ale niewiele w pełni się udaje”. A jednak ( i to mówię z całą odpowiedzialnością ) jest w „Camgirl” coś, co mnie zatrzymało, coś, co zmusiło do refleksji, coś, co wyciągnęło mnie z własnej irytacji i pozwoliło spojrzeć na historię oczami dziewczyny wystawionej na żer opinii publicznej.
Fabuła, w swoim zamyśle, miała wszystko, co potrzebne do współczesnej opowieści o samotności w epoce online. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem tylko, że ta historia sięga głębiej, niż może się wydawać po kilku pierwszych stronach. Bo pod warstwą erotycznych napięć i internetowych gierek kryje się coś znacznie poważniejszego – temat hejtu, zawiści, obsesji i tego, jak łatwo ludzie w sieci rozszarpują innych w imię moralności, której sami nie praktykują. Są tu sceny, w których Marcelina i Welma rozmawiają o tym, jak nienawiść staje się towarem, jak łatwo rzucać kamieniem w kobietę, która odważyła się pokazać więcej, niż kultura wciąż pozwala. Autorka pisze o przemocy, która nie zostawia siniaków, tylko pęknięcia w tożsamości. I choć język bywa nieporadny, a fabuła trzeszczy, to te fragmenty brzmią jak echo prawdy, której wielu wolałoby nie słyszeć.
Marcelina jest jednocześnie ofiarą i współtwórczynią własnego piekła. To postać napisana z sercem, ale bez narzędzi. Widać, że autorka chciała stworzyć bohaterkę złożoną, zranioną i odważną – wyszło jej raczej coś pomiędzy baśnią a melodramatem o kobiecie, która za dużo marzy. A mimo to, są momenty, gdy czuje się jej autentyczny ból. Gdy mówi o hejcie, o ludziach, którzy wylewają pogardę w komentarzach jak kwas, o tym, jak łatwo zniszczyć czyjeś życie jednym postem. Wtedy Camgirl na chwilę przestaje być fikcją i staje się zwierciadłem. Nie najczystszym, może popękanym, ale wciąż odbijającym coś prawdziwego.
Z kolei policjant, Marcel Łebski – cóż. Jeśli byłby prawdziwym funkcjonariuszem policji, po pierwszym rozdziale jego przełożony zawiesił by go w czynnościach, albo nawet dyscyplinarnie zwolnił. To bohater, który miał w sobie potencjał na psychologiczną zagadkę: mężczyzna targany sprzecznościami, zafascynowany kobietą, której nie powinien nawet znać. Ale autorce zabrakło cierpliwości, żeby zbudować jego motywacje. W efekcie dostajemy postać, która zachowuje się jak emocjonalny nastolatek w mundurze. Każdy jego gest wydaje się o ton za mocny, każde słowo – o pół kroku za daleko. I to boli, bo przez tę karykaturalność ginie to, co mogło być interesujące: konflikt między obowiązkiem a pożądaniem, między prawem a empatią. Relacje między postaciami pulsują przesadną emocjonalnością, która przypomina bardziej szkolne pamiętniki niż zapisy z życia dorosłych ludzi. A jednak – i to warto podkreślić – te niedoskonałości nie są wynikiem braku zaangażowania. Przeciwnie: widać, że autorka naprawdę chciała stworzyć opowieść, która poruszy. Chciała opowiedzieć o samotności, o potrzebie bliskości, o tym, jak łatwo wpaść w sidła manipulacji, szczególnie kiedy codziennością staje się praca, która opiera się na wystawianiu siebie na widok publiczny.
Powieść próbuje połączyć thriller, romans, dramat psychologiczny i obyczajówkę. Próbuje być zabawna, dramatyczna, mroczna i urocza jednocześnie. W efekcie jest wszystkim po trochu, a niczym do końca. To jeden z największych jej problemów – chęć pokazania zbyt wiele naraz. To widać w konstrukcji fabuły, w wątkach pobocznych, w sposobie prowadzenia napięcia. Chwilami jest śmiesznie, chwilami dramatycznie, chwilami serio, chwilami jak w historii pisanej pod nastoletni konkurs literacki. Ta nierówność sprawia, że czytelnik nie bardzo wie, jak ma tę książkę traktować. Czy jako opowieść o dorastaniu emocjonalnym? O przemocy? O utracie kontroli? O toksycznych relacjach? O mężczyznach, którzy nadużywają pozycji władzy? A może jako historię młodej kobiety, która pada ofiarą internetowej spirali nienawiści? Każdy z tych wątków jest potencjalnie dobry. Problem w tym, że żaden z nich nie został doprowadzony do pełnej dojrzałości.
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterki tej historii są jak figurki z katalogu – idealnie wypielęgnowane, lekko przeestetyzowane, pozbawione tych rys, które czynią człowieka człowiekiem. A jednak, kiedy zaczynałam totalnie tracić do nich cierpliwość, pojawiały się momenty, w których pękała ta cukrowa powłoka i wylewała się spod niej prawdziwa emocja, łagodna w swojej prostocie, ale szczera – szczególnie tam, gdzie w grę wchodził temat hejtu.
„Nie wiedzą o mnie nic, ale myślą, że wiedzą wszystko.”
Ten cytat powinien wisieć nad każdym ekranem, z którego ktokolwiek wykonuje jakąkolwiek pracę publiczną. I właśnie w tej przestrzeni Michalina Remisz dowozi coś, co zasługuje na uznanie. Pokazuje głód opinii, presję bycia zawsze idealną, brutalność komentarzy, które potrafią zniszczyć nawet najsilniejszą psychikę, szczególnie jeśli ktoś żyje z wystawiania siebie samego na sprzedaż. Tu tekst nagle przestaje być lekki. Tu przestaje być naiwny.
Muszę Wam to powiedzieć wprost – rzadko trafiam na debiut, który tak mocno rozjeżdża się jakościowo w zależności od tego, na który temat padnie światło. Gdy autorka pisze o hejcie i zawiści, jest celna, świadoma, trafia tam, gdzie trzeba. Gdy pisze o relacjach bohaterek – bywa cukierkowo. Gdy pisze o policji – zbyt filmowo. Gdy pisze o emocjach – czasem pięknie, czasem zbyt szybko, jakby bała się dłużej zatrzymać przy emocjach bohaterki, bo jeszcze zburzy to lekki ton całości.
Ale wiecie co? Właśnie w tej nierównomierności kryje się pewna prawda. „Camgirl” jest książką napisaną sercem, choć jeszcze nie warsztatem. Jest zapisem intuicji. I choć niektóre sceny chciałoby się uciąć, inne przepisać, a jeszcze inne osadzić mocniej, to jest w niej coś, czego nie da się wyćwiczyć – szczerość. Szczerość dziewczyny, która odważyła się usiąść i napisać historię o lęku przed publicznym odzieraniem z prywatności.
„Strach ma wiele twarzy, ale najgorsza z nich to ta, której nie widzisz, kiedy patrzysz w ekran.”
Ten cytat utkwił mi w głowie, bo uderza dokładnie tam, gdzie powinien – w granicę między realnym zagrożeniem a cyfrową przemocą, której większość ludzi nie traktuje poważnie. A ta historia mówi jedno: powinna.
I może właśnie dlatego, mimo wszystkich moich wątpliwości, mimo całej tej niedojrzałości, jednak rozumiem sens tego debiutu. Bo przecież każdy z nas od czegoś zaczyna. Każdy autor ma swoje pierwsze zdania, swoje nieudane konstrukcje, swoje słodkie nadmiary i swoje braki. A ta historia, choć nierówna, choć nieporadna, choć zupełnie nie taka, jakiej oczekuję od kryminału, ma w sobie coś wartościowego – temat hejtu, zawiści i obsesji, podany szczerze, bez moralizowania, bez przesady, bez udawania mądrości. I to jest siła, którą doceniam najbardziej.
Gdybym miała Wam powiedzieć jednym zdaniem, czy ta książka jest dobra, nie umiałabym. Ale gdybym miała powiedzieć, czy jest potrzebna – tak, zdecydowanie. Bo w tej miejscami bardzo niedoskonałej historii kryje się jeden ważny głos: głos o tym, jak łatwo internet może stać się narzędziem przemocy. A jeśli debiut ma zostawić po sobie refleksję, to znaczy, że zrobił coś dobrze, nawet jeśli po drodze potknął się o własną narrację.
I wiecie co? Mam wrażenie, że autorka o tym doskonale wie. I że właśnie dlatego jej kolejna książka jest dojrzalsza, mocniejsza, bardziej świadoma. Ale „Camgirl”?
To był pierwszy krok. Niepewny, ale prawdziwy.
A ja cieszę się, że go przeczytałam, nawet jeśli kilka razy przewróciłam oczami 😉
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
