
Autor: Olga Domańska
Tytuł: Król Dalen
Data premiery: 13.11.2025
Wydawnictwo:Wydawnictwo Ridero
Liczba stron: 571
Gatunek: kryminał, thriller
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz książka zmęczyła mnie nie emocjonalnie, ale intelektualnie. Zmęczyła mnie nie fabułą, nie tematyką, tylko sposobem, w jaki została napisana. I to rozczarowuje najbardziej, bo „Król Dalen” Olgi Domańskiej na poziomie obietnicy zapowiadał się naprawdę dobrze.
Nie lubię pisać takich recenzji. Naprawdę. Wolę rozbierać książki na czynniki pierwsze z ciekawością, nawet jeśli coś nie do końca gra. Ale są takie lektury, które nie prowokują do dyskusji, tylko do odłożenia ich na bok z ulgą. „Król Dalen” jest pierwszą książką w tym roku, przy której straciłam cierpliwość, wyrozumiałość i chęć szukania usprawiedliwień. I nie dlatego, że to literatura wymagająca. Dlatego, że to literatura nierzetelna, źle napisana.
I to jest o tyle frustrujące, że pomysł – przynajmniej na poziomie opisu z okładki – naprawdę miał potencjał. Norweskie miasteczko Dalen, tajemnice, sprzeczności, wciągająca atmosfera miejsca, które „nie pozwala się wycofać”, bohaterka (Sara Berg), która nie pojawia się tam przypadkowo, przeszłość odciskająca piętno i prawda niewygodna dla wszystkich. Brzmi jak coś, co mogłoby być intrygujące, gęste, mroczne; jak skandynawski kryminał z naciskiem na klimat i napięcie. I ja w to weszłam uczciwie: z ciekawością, z otwartą głową, z gotowością, żeby dać się poprowadzić.
Obiecano mi sekrety tak ciemne, że lokalna społeczność jest „zbyt przestraszona, by zacząć mówić”. Ja naprawdę chciałam tę obietnicę kupić. Ba – ja ją kupiłam. Ten opis jest sprytny, dobrze skrojony pod czytelniczy głód. To jest konstrukcja, która potrafi zrobić robotę.
Tylko że zanim weszłam w mrok Dalen, potknęłam się o… papier. I wiem, że to brzmi jak marudzenie osoby, która liczy marginesy zamiast trupów, ale pierwsze wrażenie bywa bezlitosne. Układ książki od razu razi: marginesy są zbyt duże, strony sprawiają wrażenie niedoładowanych treścią, druk wizualnie nie przypomina standardowej beletrystyki, tylko coś pomiędzy „ładnie wydrukowanym dokumentem” a książką, która nie przeszła przez ręce kogoś, kto robi skład zawodowo. Efekt jest prosty: zanim tekst w ogóle dostaje szansę, mózg czytelnika już mówi „coś tu jest nie tak” i zamiast zanurzać się w historii, zaczyna analizować formę. A to jest jeden z najgorszych startów, jaki można zafundować powieści, która liczy na napięcie.
Potem robi się jeszcze ciekawiej – w tym znaczeniu, w którym „ciekawiej” bywa eufemizmem. Wstęp próbuje zbudować nastrój opisami, które są długie, chaotyczne i rozciągnięte do granic cierpliwości. Mam wrażenie, że tekst nie prowadzi, tylko zalewa szczegółami, mnoży obrazy bez funkcji fabularnej, dorzuca przymiotnik do przymiotnika, jakby chodziło tylko o ilość. A dobra proza selekcją stoi: wybiera jedno mocne wrażenie, które robi całą scenę, zamiast wrzucać czytelnikowi na plecy worek „wszystkiego naraz”. Tu rytm jest sztuczny, nienaturalny, a opisy brzmią tak, jakby miały „robić objętość”, zamiast po prostu być literaturą.
I kiedy jeszcze człowiek chce to sobie zracjonalizować: że może to kwestia stylu, że autorka szuka języka, że rozkręci się później – wtedy pojawia się błąd, który nie jest już kwestią stylu, tylko zwykłej logiki świata, a raczej braku logiki. W opisie pojawia się fragment, który jest dla mnie pierwszym gwoździem do trumny wiarygodności: „…rzekami poprzecinanymi pasmami górskimi”. To nie działa ani geograficznie, ani logicznie. Góry nie przecinają rzek – to rzeki przecinają pasma górskie, żłobią doliny, szukają drogi ujścia. Oczywiście, można pisać metaforami, ale metafora też musi mieć kręgosłup. Tu go nie ma. I taki błąd wybija z lektury jak drzazga: nie dlatego, że jestem złośliwa, tylko dlatego, że jeśli narrator myli podstawowe zagadnienia w świecie, to dlaczego mam mu ufać w relacji przyczynowo-skutkowej w intrydze?
A to zaufanie jest w kryminale walutą. Bez niego nie ma gry z czytelnikiem, nie ma napięcia, nie ma „jeszcze jeden rozdział”. Jest tylko człowiek, który co chwila przerywa, bo musi sprawdzić, czy to on nie rozumie, czy tekst właśnie sam siebie podminował.
Narracja bardzo szybko zaczyna przypominać konspekt fabularny, a nie powieść. Przeskoki czasowe pojawiają się bez przygotowania emocjonalnego. Sceny urywają się i zaczynają w losowych miejscach. Brakuje przejść, pauz, narracyjnego oddechu. Zamiast płynnej historii dostajemy ciąg notatek: tu sąd, tu rozmowa, tu retrospekcja, tu kolejna informacja. Czytelniczo to jest męczące, bo nie da się „usiąść” w scenie – cały czas jest się wyrzucanym z rytmu.
Dialogi to osobny problem. One nie brzmią jak rozmowy ludzi. Brzmią jak streszczenia rozmów zapisane w formie dialogowej. Postacie mówią rzeczy, których nikt nie mówi w rzeczywistości, bo każda kwestia ma coś „wyjaśnić” czytelnikowi. Emocje są deklarowane, nie przeżywane. Reakcje są nieludzkie: brak zawahań, brak ciszy, brak chaosu tam, gdzie chaos powinien być naturalny. Dialog w tej książce służy popychaniu fabuły, nie budowaniu relacji.
Ale prawdziwy problem zaczyna się tam, gdzie tekst traci logikę wewnętrzną. W jednej ze scen Sara rozmawia z Emilie o nieżyjącej Katy, po czym niemal natychmiast pojawia się zdanie wypowiedziane przez ojca Emilie: „Katy śpieszy się do szkoły.” I tu nie ma miejsca na interpretację. To nie jest zabieg artystyczny. To jest chaos. Bohaterki, imiona, statusy postaci – wszystko się miesza. Czy Katy żyje, czy nie? Czy autorka pomyliła imiona? Czy sceny zostały źle poskładane? Czy redakcja w ogóle tu była? Czytelnik zostaje sam z pytaniami, które nie wynikają z intrygi, tylko z błędów.
I w tym miejscu dochodzimy do sceny, która moim zdaniem, dopełnia obraz warsztatowej katastrofy: wypadek Emilie. Najpierw mamy zdanie: „czarny mercedes wjechał w młodą dziewczynę, którą odrzuciło aż na kilkaset metrów”. Kilkaset metrów!! Really??? Halo, autorko – to jest fizycznie niemożliwe! Kilkadziesiąt tak, ale kilkaset?? To nie jest „podkręcenie dramaturgii”. To jest fizyczna przesada, która brzmi jak ktoś, kto nie czuje skali, bo skala ma być „mocna”. A potem jest jeszcze gorzej. „..Sara prawie zemdlała na widok roztrzaskanego na kawałki ciała młodej dziewczyny..”, „..Zanim przyjechał ambulans, Sara podtrzymywała ledwo utrzymującą się na szyi głowę Emilie……spojrzała po raz ostatni w jej duże błękitne oczy…”. Wybacz, ale to jest moment, w którym proza przestaje być nieudolna, a zaczyna być nieodpowiedzialna. Bo jeśli głowa jest „ledwo utrzymująca się na szyi”, to nie ma „podtrzymywania” i patrzenia w oczy – jest natychmiastowa śmierć albo stan, w którym żadne filmowe pożegnanie nie ma racji bytu. Tekst chce jednocześnie makabry i emocjonalnej sceny, ale te dwa porządki w tej skali obrażeń się wykluczają. Efekt? Zamiast emocji jest sprzeczność, a sprzeczność nie porusza – ona wybija z lektury, mnie osobiście mocno drażni. Jest brak zrozumienia konsekwencji. Efekt nie jest poruszający – jest fałszywy.
Podobnie fałszywie brzmią „prawdy” kryminalne serwowane w dialogach. Zdanie w rodzaju „Morderca nigdy nie wróciłby na miejsce zbrodni” jest nie tylko nieprawdziwe, ale kompromitujące dla gatunku. Kryminologia i literatura kryminalna znają dziesiątki przypadków dokładnie odwrotnych. To brzmi jak potoczny mit, nie jak refleksja bohatera, który wie, o czym mówi. A kiedy takie zdania padają bez ironii i bez kontrapunktu, z naciskien na NIGDY, trudno nie odnieść wrażenia, że autorka po prostu nie zna materiału, którym operuje.
Na poziomie języka pojawiają się konstrukcje, które nie mają sensu semantycznego. „Emil zgłębił swój oddech” to zdanie, które może brzmieć „poważnie”, ale nie znaczy nic. Oddech można wstrzymać, przyspieszyć, odzyskać – nie „zgłębić”. Tego typu frazy powtarzają się regularnie i składają się na język, który jest poprawny na pierwszy rzut oka, ale pusty w środku.
I tu dochodzimy do wrażenia, którego nie da się zignorować: tekst momentami brzmi, jakby był pisany bez ludzkiego nadzoru. Nadmiar przymiotników, uogólnienia brzmiące jak gotowce, dialogi jako nośniki informacji, brak kontroli nad spójnością – to wszystko to są cechy, które bardzo często kojarzą się z tekstami generowanymi na bazie prompta, albo z pisaniem „na szybko”, bez redakcyjnego filtra. Nie twierdzę, że książkę na pewno napisało AI. Twierdzę, że czyta się ją jak tekst, który nie został przefiltrowany przez człowieka redaktora. A to w literaturze jest grzech ciężki.
Najbardziej frustrujące jest to, że ta książka nie męczy emocjonalnie – ona męczy intelektualnie. Zmusza do ciągłego zatrzymywania się, poprawiania zdań w głowie, kwestionowania logiki scen, sprawdzania, czy to ja coś przeoczyłam, czy tekst właśnie się rozsypał.
Nie sposób pominąć kontekstu wydawniczego, bo w tym przypadku nie jest on tłem, lecz jednym z głównych bohaterów tej porażki. „Król Dalen” ukazał się w modelu self-publishingowym, który nie zakłada obowiązkowej redakcji, korekty ani rzetelnej weryfikacji merytorycznej tekstu. System sprawdza jedynie, czy plik nadaje się do druku – nie czy zdania mają sens, dialogi brzmią ludzko, a fabuła nie rozpada się pod własnym ciężarem. I dokładnie to w tej książce widać: brak kontroli, brak selekcji i brak granicy między wersją roboczą a publikacją.
Self-publishing sam w sobie nie jest problemem. Problemem jest sytuacja, w której autor uznaje szkic za gotowe dzieło, a ambicję myli z warsztatem. Bez redaktora, który zatrzyma tekst, bez korekty, która wyłapie błędy, bez kogoś, kto powie „to jeszcze nie działa”, czytelnik zostaje sam – zmuszony do roli nieopłaconego redaktora i korektora w jednym. A to jest moment, w którym literatura przestaje być doświadczeniem, a zaczyna być wysiłkiem.
„Król Dalen” ma pomysł, ale nie ma warsztatu. Ma ambicję, ale nie ma kontroli. Ma pewność siebie, która nie została poparta redakcją, korektą i rzetelną pracą nad tekstem. I dlatego – przy całej mojej niechęci do takich werdyktów – ogłaszam ją najgorszą książką tego roku w moim rankingu „Przeczytanych książek w 2025r.”. Nie dlatego, że jest odważna czy kontrowersyjna. Dlatego, że jest niedopracowana, nielogiczna i męcząca. A to są rzeczy, których dobra literatura nie wybacza. A jeśli jeszcze na drugim biegunie mam Keigo Higashino jako swoje „Top of The Top” roku – czyli precyzję, logikę, chłód, który potrafi poruszyć jednym detalem – to „Król Dalen” wypada jak szkic, który ktoś w pośpiechu uznał za gotową powieść.
Gdybym miała jednym zdaniem zamknąć tę recenzję, powiedziałabym tak: „Król Dalen” kusi opisem i obiecuje mrok, ale gubi się w języku, spójności i warsztacie tak bardzo, że zamiast tajemnicy dostajemy zmęczenie i flustrację.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
