
Autor: Alicja Czarnecka-Suls
Tytuł: Sekrety domu Wintera
Data premiery: 27.08.2025
Wydawnictwo:Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 432
Gatunek: kryminał, cozy kryminał
„Nie możesz pozwolić, żeby tajemnice z przeszłości zdominowały twoje życie (…)”.
Są takie książki, które otwierają się jak okno na wakacje, wpuszczają do środka sól, słońce, pył rozgrzanej drogi, zapach wina pitego wieczorem i śmiech ludzi, którzy znają się od dawna, więc mogą sobie pozwolić na drobne złośliwości, a zaraz potem, z miną niewiniątka, podsuwają człowiekowi pod nos stary dziennik, ruinę domu owianego legendą i historię, od której zaczyna lekko ciągnąć chłodem, choć przecież za oknem wciąż świeci kanaryjskie słońce. „Sekrety domu Wintera” właśnie tak działają. Najpierw rozsiadają się wygodnie obok czytelnika, poprawiają kapelusz, zamawiają lemoniadę z lodem i sprawiają wrażenie opowieści, przy której można przyjemnie odsapnąć, by po chwili, bez wielkiego ostrzeżenia i bez pretensjonalnych fanfar, wciągnąć go w sam środek rodzinnych przemilczeń, dawnych win, nazistowskich cieni i pytań, na które odpowiedzi wcale nie przynoszą ulgi.
To, co urzekło mnie od pierwszych stron, nie ma nic wspólnego z tanią sensacją ani z histerycznym budowaniem napięcia, bo Alicja Czarnecka-Suls wybiera drogę znacznie przyjemniejszą, a przy tym dużo trudniejszą: pozwala historii płynąć. Nie biegnie, nie popisuje się, nie szarpie czytelnika za rękaw jak ktoś, kto panicznie boi się, że za moment straci jego uwagę. Przeciwnie, ma w sobie ten rodzaj swobody, który cechuje opowieści pewne własnego wdzięku, własnej konstrukcji i własnej tajemnicy. Dzięki temu Fuerteventura nie jest tutaj dekoracją przyklejoną do fabuły jak pocztówka do lodówki, lecz przestrzenią żywą, szorstką i świetlistą zarazem, wyspą, na której suche powietrze miesza się z pamięcią, a krajobraz potrafi w jednej chwili wyglądać jak początek urlopu, w drugiej zaś jak brama do czegoś, czego rozsądny człowiek wolałby nie ruszać patykiem.
Lula, Ada, Kris i Gabryś wchodzą w tę opowieść z wdziękiem ludzi, którzy teoretycznie przyjechali odpocząć, praktycznie jednak są zbyt ciekawi świata, zbyt żywi i zbyt ludzcy, by usiedzieć spokojnie na tarasie z widokiem, kiedy tuż obok czai się historia prosząca się o rozgrzebanie. Bardzo lubię takie towarzystwo w książkach, bo ono nie musi być heroicznym oddziałem śledczym z serialu klasy premium, wystarczą mu temperament, charakter, trochę bezczelności i ta nieoceniona cecha, dzięki której czytelnik natychmiast czuje się dopuszczony do stolika. Ich rozmowy mają lekkość, którą trudno upozorować, a humor nie służy tu wyłącznie rozładowywaniu napięcia, lecz buduje rytm całej opowieści. Dzięki temu czyta się tę książkę z uśmiechem, który nie znika nawet wtedy, gdy z czasem robi się coraz bardziej oczywiste, że pod warstwą słonecznej przygody leży coś znacznie cięższego od wakacyjnej zagadki.
Bardzo podoba mi się również to, że autorka nie zamienia swoich bohaterów w papierowe figurki służące jedynie do przesuwania fabuły z punktu A do punktu B. Lula ma w sobie energię kobiety, która sporo widziała, sporo rozumie i nie zamierza udawać bardziej eterycznej, niż jest w rzeczywistości; Ada wnosi do tej historii miękkość połączoną z odwagą, która w odpowiednim momencie potrafi zaskoczyć; Kris ma ten rodzaj męskiej konkretności, która niekiedy bywa drażniąca, ale jeszcze częściej okazuje się niezbędna; Gabryś z kolei posiada wdzięk człowieka, który nawet w obliczu czegoś skrajnie niepokojącego nie traci ciekawości świata. Wspólnie tworzą kwartet, przy którym trudno się nudzić, choć największa siła tej książki leży gdzie indziej, głębiej, w przeszłości, która z początku wygląda jak interesująca legenda, po czym coraz wyraźniej okazuje się raną niedomkniętą, ropiejącą pod cienką skórą teraźniejszości.
Dom Wintera jest oczywiście sercem tej historii, ale nie takim sercem pocztówkowym, romantycznie popękanym i fotografowanym z każdej strony przez zachwyconych turystów. To raczej miejsce, wokół którego krążą niedopowiedziane opowieści, cudze interesy, półprawdy i milczenie tak gęste, że niemal słychać, jak osiada na ścianach. Posiadłość, która z pozoru należy do przeszłości, w rzeczywistości okazuje się żywa aż zanadto, bo w tej książce nic, co dawne, nie leży grzecznie pod ziemią. Wszystko ma tu nieznośny zwyczaj wracać, wypływać, pęcznieć od znaczeń i wreszcie dopominać się, by ktoś spojrzał temu prosto w twarz.
Największą siłą „Sekretów domu Wintera” pozostaje jednak dla mnie nie sama zagadka, lecz sposób, w jaki zostaje spleciona z opowieścią o Ricardzie. To właśnie tutaj ta powieść zyskuje ciężar, który odróżnia ją od zwykłej przygodówki z historycznym dodatkiem. Ricardo nie jest cieniem z archiwum ani wygodnym symbolem wojennego zła, który można postawić w odpowiednim miejscu i spokojnie potępić, po czym zamknąć sprawę. Autorka daje mu coś znacznie bardziej niewygodnego: człowieczeństwo. Człowieczeństwo nie po to, by go wybielać, lecz po to, by nie pozwolić czytelnikowi na łatwy komfort moralnej wyższości. Okręty podwodne, szkolenia, rozkazy, tajne transporty, Argentyna, przemyt, bunkry, ukryte tunele, nazwiska pojawiające się w dzienniku jak ślady na piasku, który zaraz może rozwiać wiatr – to wszystko robi wrażenie, ale nie dlatego, że jest efektowne. Robi wrażenie, ponieważ co chwila przypomina, że za tą wielką historią stał konkretny człowiek, który widział, wybierał, wierzył, zabijał, bał się, a potem próbował żyć dalej, choć nie powinno dać się żyć dalej w taki sam sposób.
W tym miejscu książka zaczyna mówić o winie tonem znacznie ciekawszym niż większość powieści, które usiłują być „ważne”. Nie wygłasza mądrych sentencji z zadęciem godnym szkolnej akademii, nie poucza, nie stawia czytelnika pod ścianą, nie pyta go, czy odrobił lekcję z historii, tylko zwyczajnie, niemal mimochodem, pokazuje, jak długo potrafią żyć skutki jednego czynu, jednej decyzji, jednego strzału oddanego kiedyś w ciemność.
„Choć zbrodnia ginie wraz ze zbrodniarzem, to przekleństwo i wina przechodzą na kolejne pokolenia” – to zdanie nie wybrzmiewa tu jak ozdoba, lecz jak cichy dzwon, który rozchodzi się echem po całej opowieści, dociera do Jorge, do Dolores, do Ottona, do Luli i w końcu do samego czytelnika.
Właśnie Jorge okazał się dla mnie jednym z najbardziej poruszających elementów tej historii, choć długo wydaje się, że stoi trochę z boku, trochę w półcieniu, trochę jak ktoś, kto sam nie wie, czy bardziej chce znać prawdę, czy jedynie dopaść tych, którzy robili wszystko, by do niej nie dopuścić. Im dalej jednak w las, tym mocniej widać, że nie chodzi wyłącznie o odkrycie rodzinnej tajemnicy, ale o coś o wiele boleśniejszego: o próbę zrozumienia, czy człowiek może zbudować własne życie, kiedy od początku stoi na grząskim gruncie cudzych sekretów. Historia Jorge ma w sobie ten rodzaj smutku, który nie potrzebuje wielkich scen ani dramatycznych deklaracji. Wystarczy świadomość, że czasem nie da się już ustalić wszystkiego, że biologiczna prawda może pozostać nieuchwytna, że nie każda zagadka daje się rozwiązać tak elegancko, jak życzyłby sobie tego czytelnik, ale mimo to trzeba jakoś żyć, kochać, wybierać i decydować, kim chce się być teraz, skoro przeszłość nie raczyła okazać uprzejmości.
Dolores z kolei wnosi do tej opowieści coś, czego bardzo w tego typu książkach potrzebuję, a dostaję nie zawsze: puls prawdziwego życia. Nie jest dekoracją, nie jest wyłącznie narzędziem do odsłonięcia cudzych sekretów, nie jest też świętą ani femme fatale z wakacyjnej fantazji starszego pana. Jest kobietą z krwi, kości, błędów, pragnień, zmęczenia i tej cichej desperacji, która każe człowiekowi czasem chwytać się rzeczy niewłaściwych tylko dlatego, że wydają się jedynymi dostępnymi. Jej relacja z bliźniakami, jej późniejsze uwikłanie w świat Bremmenów, jej życie rozpięte między przeszłością a koniecznością przetrwania sprawiają, że powieść nabiera gęstości. Tutaj naprawdę czuć, że wojna nie kończy się wraz z podpisaniem dokumentów i salutem dla historii, tylko wpełza ludziom do domów, łóżek, dzieci i nazwisk, po czym urządza się tam na dziesięciolecia.
Nie sposób nie wspomnieć także o samym tonie tej książki, bo to właśnie on sprawił mi najwięcej przyjemności. Autorka potrafi z wdziękiem połączyć humor z melancholią, a lekkość z ciężarem, nie zamieniając całości ani w farsę, ani w pompatyczny traktat o dziedziczeniu zła. Czasem wystarczy jedna celna uwaga, drobna złośliwość, komiczny detal, by człowiek parsknął pod nosem, a chwilę później czytał już fragment, w którym serce robi się podejrzanie ciężkie. Taka mieszanka, jeśli zostanie źle odważona, kończy się zazwyczaj katastrofą, ale tutaj działa zaskakująco dobrze. Być może dlatego, że autorka nie sili się na sztuczność, tylko pozwala, by humor wynikał z charakterów, z sytuacji, z ludzkiej nieporadności wobec rzeczy zbyt wielkich, by dało się o nich mówić bez mrugnięcia okiem.
Podoba mi się też to, że „Sekrety domu Wintera” nie próbują udowadniać swojej inteligencji każdą stroną. Nie ma tu zadęcia, nie ma literackiego narcyzmu, nie ma tego męczącego tonu, który mówi czytelnikowi: popatrz, jaka jestem ambitna. Ambicja tej książki jest bardziej elegancka, bo ukryta w konstrukcji, w sposobie prowadzenia kilku planów czasowych, w umiejętności podtrzymywania ciekawości, w bardzo sprawnym łączeniu legendy, historii i przygody. To powieść, która chce opowiadać, a nie demonstrować. Chce zabrać czytelnika w drogę, a nie prężyć przed nim intelektualne piórka. Tę cechę cenię szczególnie wysoko, bo nic nie męczy mnie bardziej niż książka zadowolona z własnej wzniosłości.
Najzwyczajniej w świecie dobrze się przy tej opowieści bawiłam, a zarazem miałam poczucie, że pod tą zabawą leży treść, która nie rozłazi się pod palcami jak źle zagniecione ciasto. Uśmiechałam się, śledząc przekomarzania bohaterów, z rosnącą przyjemnością zanurzałam się w wyspiarski klimat, chłonęłam tajemnice domu Wintera, a jednocześnie coraz mocniej czułam, że naprawdę interesuje mnie nie tylko to, co zostało ukryte, lecz również to, co z ludźmi robi wiedza o ukryciu. Czy prawda zawsze jest wyzwoleniem? Czy każdą tajemnicę warto wydobywać na światło dzienne? Czy przeszłość da się zostawić za sobą, kiedy mieszka w rodzinie jak nieproszony lokator? Autorka nie odpowiada na te pytania nachalnie, za co jestem jej wdzięczna, bo literatura, która ufa inteligencji czytelnika, zawsze smakuje lepiej.
„Sekrety domu Wintera” bardzo mi się spodobały właśnie dlatego, że nie próbowały być czymś innym, niż są: barwną, inteligentną, chwilami wzruszającą, chwilami przewrotnie zabawną opowieścią o ludziach, których życie zostało uwikłane w historię większą od nich samych, a jednak nadal usiłujących ugrać z losu choć trochę zwyczajnego ciepła. To książka, przy której można się uśmiechnąć, zadumać, od czasu do czasu poczuć ukłucie w mostku, a potem zamknąć ją z bardzo przyjemnym wrażeniem, że spędziło się czas nie tylko z fabułą, lecz także z głosem, który naprawdę miał coś do opowiedzenia.
A przecież właśnie o to chodzi najbardziej. O historię, która potrafi wciągnąć czytelnika pod rozłożyste kanaryjskie niebo, posadzić go przy stole z bohaterami, pozwolić mu wypić z nimi kieliszek, pośmiać się z ich drobnych szaleństw, a następnie, już całkiem mimochodem, przypomnieć mu, że pod najjaśniejszym światłem zawsze kryje się jakiś cień. Tutaj ten cień ma kształt wojny, winy, przemilczeń i starego dziennika, ale sama opowieść nie tonie od tego w mroku, tylko przeciwnie – nabiera głębi, dzięki której zostaje w pamięci na dłużej.
Bardzo chętnie wrócę jeszcze do Luli i jej towarzystwa, bo takie książki są jak dobrze opowiedziana historia zasłyszana na tarasie o zmierzchu: pełne życia, odrobiny ironii, niepokoju i tego szczególnego blasku, który sprawia, że po ostatniej stronie człowiek nie ma ochoty żegnać się z bohaterami zbyt szybko.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
