Recenzje

„Piekielny dom” – Richard Matheson

Autor: Richard Matheson
Tytuł: Piekielny dom
Data premiery: 10.01.2020
Wydawnictwo: Mag Seria: Artefakty
Liczba stron: 315
Gatunek: horror
Tłumaczenie: Paulina Braiter, Robert Waliś     

„To nie dom był zły. To ludzie uczynili go piekielnym.”

Wiesz, czasem człowiek myśli, że nic go już nie zaskoczy. Że widział już wszystkie duchy, przeżył wszystkie egzorcyzmy, zna każdy schemat „nawiedzonego domu”. A potem przychodzi Matheson, ten stary diabeł, i mówi: „potrzymaj mi piwo”. I stawia ci przed oczami Hell House – miejsce tak przesiąknięte zgnilizną, że nawet ściany zdają się oddychać cudzym wstydem.

W tym domu nie chodzi o duchy, tylko o ludzi, a właściwie o to, co w nich najgorsze – o lęk, który wżera się w skórę, o wstyd, który karmi się ciszą, o pragnienie, które udaje moralność. Ten dom nie potrzebuje potworów. Wystarczą ludzie, którzy przynoszą swoje sekrety, swoje tłumione żądze i marzenia, których nie wypowiada się głośno. To jest paliwo. To nim płoną ściany.

Historia zaczyna się niby klasycznie. Jest grupa śmiałków: naukowiec Lionel Barrett z głową pełną teorii i urządzeń, które mają rozwiązać tajemnicę zjawisk nadprzyrodzonych. Jego żona Edith – delikatna, wierząca w siłę miłości, a przy tym śmiertelnie zmęczona życiem, które z czasem zamieniło się w ciche, duszne „trwanie”. Jest też medium Florence Tanner – kobieta przekonana, że kontakt z duchami to misja, że może przynieść im ukojenie. I wreszcie Benjamin Fischer – jedyny, który już raz przeżył to piekło. Zamknięty, wycofany, z tą cichą świadomością, że Hell House nie wypuszcza nikogo naprawdę.

Zostają wysłani do legendarnej posiadłości Emerica Belasco – zwanego Ryczyącym Olbrzymem. Faceta, który za życia był bogiem zła. Jego dom stał się laboratorium wynaturzenia: orgii, tortur, bluźnierstw, wszystkiego, czego człowiek się wstydzi, ale nie potrafi przestać pragnąć. Po jego śmierci dom się zamknął – jak rana, która nigdy się nie goi. I właśnie tam czwórka bohaterów ma spędzić kilka dni, by „naukowo” udowodnić, że duchy nie istnieją.

Śmiech na sali.

Bo w „Piekielnym domu” nie chodzi o duchy.

Chodzi o ludzi, którzy nie potrafią znieść prawdy o sobie.

Matheson robi to, co potrafi najlepiej: rozbiera człowieka do kości. Nie potrzebuje tanich sztuczek. Strach buduje przez intymność, przez obserwowanie, jak ktoś, kogo właśnie polubiłaś, zaczyna się rozkładać od środka. Barrett wierzy tylko w naukę i w swojej arogancji jest ślepy jak dziecko. Florence chce ratować dusze, ale w tym jej ratowaniu jest coś desperacko narcystycznego – jakby chciała udowodnić, że potrafi więcej niż inni. Edith? W niej tkwi cichy głód, którego sama się boi. Seksualność, tłumiona przez lata, w tym domu budzi się jak dzikie zwierzę. Fischer… Fischer to lęk, który nauczył się chodzić po ziemi.

Dom ich rozbiera. Zdejmuje z nich warstwy racjonalizacji, duchowości, przyzwoitości. Zostawia nagie mięso emocji. I to jest potworne, bo nagle rozumiesz, że nie musisz widzieć ducha, żeby poczuć piekło.

Każdy z nich upada po swojemu. Jedni w ekstazie, drudzy w błocie. I to, co u Mathesona uderza najmocniej, to bezwzględna prawda o ludzkiej naturze. On się z nami nie patyczkuje. Nie mówi: „to tylko eksperyment”. Mówi: popatrz, co się stanie, gdy się obnażysz.

Nie ma tu ozdobników. Język jest surowy, rytmiczny, zimny. Tak jakby autor chciał cię przytrzymać za kark i zmusić do patrzenia. Każda scena ma sens. Każda rozmowa coś odsłania. A erotyzm – o matko! – nie ma nic wspólnego z romantycznością. To brud, wstyd, obsesja, ciało użyte jak broń i pokuta w jednym. Florence, Edith – obie stają się lustrem dla kobiecości, która jest odarta z pudru i metafor. Matheson nie pozwala nam ich ocenić, tylko zrozumieć, jak łatwo pragnienie staje się narzędziem zła.

I wiesz co? To właśnie jest najbardziej przerażające. Nie duchy. Nie ten cały Belasco. Tylko to, że każdy z nas nosi w sobie swój własny Hell House – miejsce, gdzie chowamy rzeczy, których nie chcemy dotknąć, a które w końcu zaczynają nami rządzić.

Kiedy czytasz tę książkę, czujesz, jak gęstnieje powietrze. Jak ściany robią się bliższe, jakby i ciebie zaczynało to dotyczyć. I zaczynasz zadawać sobie te same pytania, które Matheson podrzuca między wierszami: co by się stało, gdyby ktoś zajrzał w mój wstyd? W moje pragnienia, w to, co udaję, że nie istnieje? Czy potrafiłabym stamtąd wyjść o własnych siłach?

W tym wszystkim genialne jest to, że Matheson nie daje prostej odpowiedzi. Nie mówi: dobro zwyciężyło, zło przegrało. Bo tu nie ma dobra ani zła w klasycznym sensie. Jest tylko człowiek, który próbuje się nie rozsypać, i dom, który mówi mu prawdę w najokrutniejszy możliwy sposób.

I dlatego „Piekielny dom” to nie horror o duchach, tylko horror o nas samych. O tym, jak bardzo potrafimy siebie nienawidzić. Jak bardzo potrzebujemy udowodnić światu, że jesteśmy lepsi, silniejsi, czyści. I jak każda ta potrzeba prędzej czy później obraca się przeciwko nam.

To książka, po której nie ma się ochoty zapalać światła, tylko siedzieć w ciemności i oddychać powoli. Bo nawet jeśli już nie boisz się o bohaterów, to boisz się siebie – tego, co mogłoby się stać, gdybyś sama stanęła w drzwiach tego domu.

A potem przychodzi koniec. Nie będę ci go zdradzać, ale powiem tylko jedno – Matheson nie daje ulgi. Nie ma katharsis, nie ma oczyszczenia. Jest coś o wiele gorszego: zrozumienie. I to zrozumienie boli bardziej niż jakikolwiek demon.

Bo Hell House, ten cały mit o nawiedzonym domu, to tylko metafora. Miejsce, gdzie stykają się wiara i nauka, duchowość i seksualność, życie i śmierć. Ale prawdziwy horror zaczyna się wtedy, kiedy pojmujesz, że to wszystko istnieje w tobie.

Nie wiem, czy można tę książkę „lubić”. Można ją podziwiać, można się nią zachłysnąć, można ją przeklinać. Ale nie da się przejść obok niej obojętnie. Matheson pisze jak chirurg – zimno, precyzyjnie, bez znieczulenia. A kiedy już zamykasz ostatnią stronę, zostajesz z jednym, obrzydliwie ludzkim pytaniem: ile z Belasca jest we mnie?

„Piekielny dom” to powieść, którą można czytać jak egzorcyzm. Z każdą stroną autor wyciąga z człowieka to, co gniło najdłużej, i każe na to patrzeć. Zamiast biczów i krzyży – pokazuje lustro. I to jest najstraszniejsze, bo w odbiciu nie ma żadnego potwora. Tylko my sami.

I może dlatego ta książka tak siedzi w głowie. Bo przypomina, że prawdziwe zło nie przychodzi z zewnątrz, tylko rodzi się z wewnętrznej potrzeby władzy, zranienia, poniżenia. Że każdy ma w sobie kawałek Hell House, nawet jeśli udaje, że nie słyszy, jak coś tam w środku skrzypi.

Więc nie, to nie dom był zły. To ludzie uczynili go piekielnym.
I właśnie dlatego ta książka jest genialna.

Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *