Recenzje

„Sesja” – Sebastian Imielski

Autor: Sebastian Imielski
Tytuł: Sesja

Data premiery: 15.09.2025
Wydawnictwo:Wydawnictwo Chemia Mózgu
Liczba stron: 108
Gatunek: sesnsacja, thriller

„Każda ofiara, jeśli tylko przetrwa wystarczająco długo, staje się w końcu łowcą.”

Są książki, które nie proszą czytelnika o uwagę, nie czarują pastelową okładką ani gładkimi słowami, nie podsuwają filiżanki herbaty i koca, jakby literatura miała być tylko przedłużeniem popołudniowej drzemki, lecz uderzają znienacka, brutalnie, jak cios w brzuch zadany w zaułku, gdy wracasz pewny siebie z kina, a potem długo próbujesz złapać oddech i zastanawiasz się, jak to możliwe, że coś tak cienkiego, tak skondensowanego jak nowela, zdołało zmienić rytm twojego serca i wryć się w głowę, jakby było krwawym snem, którego nie możesz się pozbyć. „Sesja” Sebastiana Imielskiego należy właśnie do tego gatunku – książek, które nie mają litości, bo nie chodzi w nich o czułe opowieści, tylko o wiwisekcję strachu i desperacji, o duszny zapis chwili, w której człowiek, zahukany, zaszczuty, zepchnięty do narożnika, odkrywa, że najlepszą obroną jest atak, i że moralność to luksus, na który mogą pozwolić sobie jedynie ci, którzy nie wiedzą, jak pachnie strach w czterech ścianach własnego domu.

Wydawałoby się, że fabuła jest prosta, wręcz klasyczna w swoim punkcie wyjścia: młode małżeństwo, dom, pies i rytm zwyczajnej codzienności, tej, którą tak łatwo brać za pewnik – dopóki w progu nie stanie ktoś, kto jednym ruchem rozmontuje tę sielankę i pokaże, że za cienką zasłoną normalności kryje się zawsze przepaść, w którą można spaść w każdej chwili. On wchodzi bez zaproszenia – Adam Zawiślak, zwany Dżingisem, postać, która nie ma w sobie nic z romantyzmu literackich łotrów ani diabolicznej elegancji złoczyńców, bo jest po prostu brudna, prostacka i brutalna, a przez to jeszcze bardziej przerażająca, bo przypomina tych wszystkich lokalnych zbirów, których każdy z nas pamięta z podwórka: typów, którzy potrafili zmienić czyjeś życie w koszmar tylko dlatego, że mogli.

I to właśnie jest w tej opowieści najbardziej niewygodne – nie ma tu wygodnego dystansu, żadnych masek, za którymi moglibyśmy ukryć własny lęk. Dżingis jest blisko, niemal za ścianą, jest wcieleniem tej sąsiedzkiej przemocy, która zawsze wydawała się czymś marginalnym, dopóki nie uderza wprost w nas. Małżeństwo próbuje najpierw tego, co logiczne: policja, instytucje, sąsiedzi – ale każdy krok kończy się ścianą obojętności, systemowej nieskuteczności, a przede wszystkim śmiechem samego oprawcy, który wie, że jest nietykalny. I w tym momencie zaczyna się właściwa „sesja” – nie ta planowana przez psychiatrów czy psychologów, lecz wymuszona desperacją, w której role ofiar i łowców przestają być oczywiste.

Bo trzeba to powiedzieć jasno: „Sesja” nie jest thrillerem o prostym schemacie ofiary i kata, gdzie światło i ciemność stoją po przeciwnych stronach barykady. To opowieść o stopniowej przemianie, o tej chwili, kiedy tracisz wszystko, co kochasz najbardziej, i wiesz, że jeśli nie zamienisz swojego strachu w działanie, to przepadniesz. Imielski prowadzi bohaterów w tę mroczną drogę, pokazując, jak z ofiar stają się łowcami, jak zaczynają planować odwet, który nie polega na rozlewie krwi, ale na czymś o wiele bardziej subtelnym i jednocześnie piekielnym: na ingerencji w psychikę prześladowcy. Na urządzeniu mu „sesji”, która ma być czymś więcej niż zwykłą zemstą – ma być przenicowaniem ról, pokazaniem, że władza nad drugim człowiekiem zaczyna się tam, gdzie rodzi się strach.

Cała nowela jest jak ciasny kadr filmowy – narracja jest fragmentaryczna, pełna powtórzeń, cofnięć, niedopowiedzeń, a czas nie płynie liniowo, lecz szarpie się jak taśma w starym projektorze, przez co czytelnik wchodzi w świat, w którym nic nie jest pewne, a granice między rzeczywistością a projekcją rozpadają się z każdą stroną. To właśnie ten zabieg sprawia, że „Sesja” nie jest kolejną opowieścią o zemście, ale psychologiczną wiwisekcją, która rozgrywa się w głowie czytelnika tak samo jak w głowach bohaterów.

I tu pojawia się największe pytanie – jak daleko można się posunąć, żeby odzyskać poczucie bezpieczeństwa? Czy manipulacja psychiką oprawcy to jeszcze obrona, czy już akt własnego zezwierzęcenia? Imielski nie daje łatwych odpowiedzi, nie oferuje katharsis, nie ma tu poczucia, że zło zostało ukarane i można spokojnie odłożyć książkę na półkę. Jest za to ciężar, który zostaje pod skórą – bo każdy z nas musi sam odpowiedzieć na pytanie, co zrobiłby, gdyby to jego dom został zbrukany obecnością kogoś, kto postanowił zniszczyć życie dla czystej satysfakcji.

To nie jest literatura łatwa ani „miła w odbiorze”. To raczej rodzaj eksperymentu, do którego zostajemy wciągnięci, świadomi, że sami stajemy się uczestnikami tytułowej sesji. I właśnie dlatego ta książka działa – bo zamiast być kolejnym produktem literackim, jest doświadczeniem.

Imielski pisze oszczędnie, ale precyzyjnie, jakby każde zdanie było kadrem, który zostaje w pamięci. Nie ma tu miejsca na ornamenty, na stylistyczne popisy – jest duszność, powtarzalność, napięcie. Ta oszczędność działa na korzyść, bo wzmacnia klaustrofobiczny klimat. Czytelnik nie ma oddechu, tak samo jak bohaterowie nie mają oddechu we własnym domu.

I choć fabuła wydaje się prosta, to w tym tkwi jej siła – bo prostota to tylko powierzchnia, a pod spodem kryje się warstwa psychologiczna, która rozchodzi się w wielu kierunkach: trauma, strach, desperacja, moralność, zemsta. Każdy z tych wątków pulsuje własnym rytmem, a razem tworzą obraz, który jest dużo bardziej niepokojący niż jakikolwiek efekt specjalny.

„Sesja” jest nowelą, ale czytając ją, miałam poczucie, że obcuję z czymś większym – z czymś, co mogłoby być scenariuszem filmowym, z czego dałoby się zrobić duszny, psychologiczny thriller na miarę „Funny Games” Hanekego czy „Straw Dogs” Peckinpaha, bo łączy w sobie tę samą brutalność psychologiczną, w której nie chodzi o krew i przemoc fizyczną, lecz o nielitościwe patrzenie, jak człowiek traci wszystko, co definiowało jego dotychczasowe życie.

I może właśnie dlatego ta książka działa tak mocno – bo jest bliska, bo nie dzieje się w jakiejś odległej krainie, ale tuż obok, w domu podobnym do naszego, na ulicy podobnej do naszej, w świecie, w którym policja odsyła z kwitkiem, a sąsiedzi wolą odwrócić wzrok. To jest literatura, która wbija szpilę tam, gdzie boli najbardziej – w poczucie bezpieczeństwa.

Nie będę owijać w bawełnę – „Sesja” to lektura, która zostawia brud pod paznokciami, która nie pozwala się otrząsnąć, i choć jest krótka, to jej ciężar czuje się długo po odłożeniu ostatniej strony. To książka, którą albo odrzucisz, bo nie chcesz się zmierzyć z tym, co mówi o człowieku, albo pokochasz za jej bezkompromisowość. I właśnie dlatego warto – bo literatura, która nie zostawia w nas śladu, jest tylko papierem.

I dlatego właśnie cieszę się, że to ja mogę objąć „Sesję” swoim patronatem, bo w zalewie cukrowych historii, które tylko łaskoczą czytelnika po powierzchni, ta książka wchodzi głęboko, wbija się w ciało jak drzazga i przypomina, że literatura nie jest po to, żeby nas usypiać, ale żeby nami potrząsnąć. To nie jest bezpieczna lektura, nie jest „miła”, ale dzięki temu zostaje w człowieku dłużej niż dziesięć powieści o niczym, które przewijamy w tramwaju. Imielski udowadnia, że nowela może mieć siłę pięści i że kilkadziesiąt stron wystarczy, żeby całkowicie rozwalić nasze złudzenie bezpieczeństwa.

I jeśli mam być szczera, to właśnie takich książek potrzebuję – nie tych, które głaszczą ego czy karmią banałem, ale tych, które stawiają pod ścianą i każą spojrzeć sobie w oczy. „Sesja” to nie rozrywka, to konfrontacja. I dlatego warto po nią sięgnąć.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *