Recenzje

„Galeria koszmarów Feranosa” – Feranos

Autor: Feranos
Tytuł: Galeria koszmarów Feranosa

Data premiery: 27.06.2025
Wydawnictwo: Mgławica Sów
Liczba stron: 242
Gatunek: horror

„One, two, Freddy’s coming for you…” 
  • ta dziecięca rymowanka, od której zaczynał się „Koszmar z ulicy Wiązów”, powraca do mnie za każdym razem, gdy wchodzę w literackie światy, które grzebią w naszych najgłębszych lękach. Bo nic nie jest bardziej okrutne i prawdziwe niż strach, który czai się w dziecku. Nie ten racjonalny, dorosły, że nie zapłacę rachunku czy że ktoś ukradnie mi samochód, tylko ten najbardziej pierwotny, że gdy tylko zamknę oczy, to coś wysunie się spod łóżka, złapie mnie za nogę i już nigdy nie wypuści. I właśnie tak działa „Galeria koszmarów Feranosa” – nie jak horror ubrany w wielkie dekoracje, ale jak ten szept znad poduszki, jak skrzypnięcie parkietu, które słyszysz, gdy powinnaś spać, a zamiast tego leżysz z szeroko otwartymi oczami i boisz się spojrzeć w stronę drzwi.

Ja też to pamiętam. Tamten strach, który miał w sobie dziwną mieszankę fascynacji i paraliżu. Chowałam głowę pod kołdrą, jakby bawełna była najdoskonalszą tarczą przeciwko demonom. Kołdra pachniała proszkiem, ciepłem mamy, a jednocześnie była barykadą, jakby każdy centymetr odsłoniętej skóry mógł być zaproszeniem dla tego, co czaiło się w ciemności. I kiedy czytałam Dobranocki, miałam wrażenie, że ktoś otworzył szufladę, do której sama od lat bałam się zajrzeć. Bo to właśnie w tych krótkich, hipnotycznych tekstach jest cały geniusz: narrator zwraca się do ciebie jak do dziecka, które nie ma wyboru – musisz pójść w stronę światła, musisz policzyć kroki, musisz w końcu zapalić lampkę. A przecież każdy z nas wie, że światło niczego naprawdę nie rozprasza, tylko odsłania labirynt, w którym drzwi prowadzą donikąd, a szafki powielają się w nieskończoność.

To, co mnie uderzyło najmocniej, to nie makabra, bo Feranos nie idzie tu na łatwiznę, nie podaje nam krwi w wiadrze, tylko atakuje pamięć mięśniową lęku. Kiedy w tekście pojawia się dźwięk kaloryfera, brzęczenie lodówki czy szczekanie psa, od razu wracasz do własnego dzieciństwa i przypominasz sobie ten moment, gdy dom, w którym powinnaś czuć się bezpieczna, nagle stawał się obcy. To jest jak zapach starego pluszaka – niby miły, ale zawsze trochę niepokojący, bo przecież zabawka, która leży z nami w łóżku, w nocy mogłaby się poruszyć, mogłaby otworzyć oczy i wyszeptać coś, czego nie chcemy usłyszeć.

I wtedy pojawia się Misio. To opowiadanie, które czytałam z otwartymi ustami, bo nie spodziewałam się, że będę tak kibicować pluszakowi z półki sklepowej. To przecież czysta perwersja baśni: zabawki uczone miłości, ich Mentora, ich kodeks, a potem to spotkanie z dzieckiem, które wreszcie daje im imię. Miś kocha Anitkę tak bezwarunkowo, jak tylko potrafi, i chce ją chronić, choć jego futro już nasiąka krwią i strachem. Ten kontrast – dziecięca niewinność i brutalność dorosłego świata – jest wręcz nie do zniesienia. Bo Anitka jest dzieckiem, które ma kochać, a trafia do domu, gdzie „żmija” i „baranek” odgrywają teatr przemocy. I tylko pluszak, ten waćkowany świadek, okazuje się jedynym prawdziwym bohaterem.

Pamiętasz, jak w dzieciństwie kładłaś się spać i przytulałaś maskotkę, żeby cię chroniła? Jakby ten kawałek waty i pluszu mógł być tarczą przeciwko światu? Ja pamiętam. I dlatego opowieść o Misiu rozdarła mnie na pół. Z jednej strony – ciepło, że dziecko wreszcie ma przyjaciela, z drugiej – zimny nóż w żołądku, bo ten świat jest tak zepsuty, że nawet pluszak musi przejąć rolę kata. To nie jest opowieść o dzieciństwie, które pachnie watą cukrową i niedzielnym rosołem. To opowieść o dzieciństwie, które ma blizny.

Feranos robi coś niesamowitego – on wyciąga z naszej zbiorowej wyobraźni wszystkie te fragmenty, które próbowaliśmy pogrzebać. Szafki, korytarze, ciemność, pluszaki, które patrzą, gdy śpimy. A potem miesza je z dorosłymi koszmarami: przemocą domową, manipulacją, zdradą, żądzą. I to połączenie daje teksty, które są bardziej niepokojące niż jakikolwiek slasher. Bo co z tego, że Freddy wciągał w sen – Feranos robi to samo, ale nie potrzebuje pazurów. Wystarczy mu rytm dziecięcej kołysanki, wystarczy:

„Zamknij oczy. Rozluźnij się. Widzisz ciemność”.

Wiesz, co jest najgorsze? Że te teksty nie zostają w książce. One wychodzą z nią, idą za tobą do kuchni, gdy gasisz światło. Zastanawiasz się, czy twój pokój naprawdę kończy się na ścianie, czy może za nią jest korytarz pełen szafek bez szuflad. Patrzysz na pluszaka swojego dziecka i myślisz:

A co, jeśli on właśnie śni o zemście?

To jest literacka infiltracja, podróż do tego, co najbardziej intymne i nienaruszalne – do naszej sypialni, do łóżka, do snu.

Dla mnie Galeria koszmarów była właśnie takim powrotem do własnych dziecięcych nocy. Do wyliczanek, do rymowanek, do zabawy w „podłoga to lawa” i do tych chwil, gdy najbezpieczniejszym miejscem na świecie był zakurzony kocyk. Ale tu każdy z tych elementów zostaje wypaczony, wykrzywiony, wyciągnięty z pamięci i ubrany w coś, co aż boli. Wtedy rozumiesz, że te koszmary nigdy naprawdę nie odeszły. Że tylko śpią w nas, a Feranos umie je obudzić.

Po każdej Dobranocce musiałam odłożyć książkę, jakby naprawdę ktoś zgasił światło i zostawił mnie samą w ciemności. Nie miałam odwagi połykać tego na raz, bo to nie są teksty, które chcesz połknąć – to są teksty, które gryzą cię od środka. A opowiadania? To już inna skala. Tam, gdzie Dobranocki grają na strachu dziecięcym, opowiadania łączą go z dorosłą świadomością, że zło to nie tylko cienie, ale ludzie, którzy wchodzą do twojego życia z uśmiechem i nożem.

I tak siedzę nad tym wszystkim, myśląc, że największym koszmarem dzieciństwa nie były wcale potwory pod łóżkiem, tylko to, że dorośli czasem okazywali się gorsi od nich. A Feranos miał odwagę to napisać, miał odwagę połączyć dziecięcą perspektywę z najbardziej brutalnym realizmem. W efekcie dostajemy literaturę, która nie daje spać, bo w każdym kącie widzisz cień, a w każdej maskotce widzisz świadka.

Czy to boli? Oczywiście, że tak. Ale właśnie o to chodzi. Bo literatura grozy nie jest po to, żeby cię uspokoić. Ona jest po to, żeby ci przypomnieć, że ciemność zawsze czeka za drzwiami, a dziecięce wyliczanki nigdy nie były tylko zabawą. „One, two, Freddy’s coming for you…” – i teraz już wiem, że do tego chóru dołączyły także Dobranocki Feranosa, a ja, dorosła kobieta, wciąż liczę w głowie kroki, gdy w nocy idę do kuchni.

 


 

To jest właśnie ta recenzja, wiesz? Bez ocen, bez rankingów, tylko opowieść o tym, co ta lektura robi z nami. Ile razy zmusza nas do cofnięcia się do dziecięcego strachu, ile razy pokazuje, że nigdy się od niego nie uwolnimy. I choćbyśmy udawały, że jesteśmy dorosłe, niezależne i silne, to wystarczy jedno zdanie: „Zamknij oczy. Rozluźnij się. Widzisz ciemność” – i nagle znowu mamy siedem lat i boimy się otworzyć szafę.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *