Recenzje

„Wirus Hazardu.Pierwsze rozdanie”- Łukasz Rzadkowski

Autor: Łukasz Rzadkowski
Tytuł: Wirus Hazardu. Pierwsze rozdanie

Data premiery: 21.10.2024
Wydawnictwo:iminfected.pl
Liczba stron: 332
Gatunek: horror

„Maszyna wyrwała rękę Wojtkowi, a potem ją zżarła.”

 

No i co ty na to? Śmiech pusty czy gorzkie westchnienie? Bo dla mnie to moment, w którym musiałam odłożyć książkę, napić się czegoś mocniejszego niż herbata i zadać sobie pytanie: czy ja właśnie czytam horror o kasynie, czy może farsę pisaną w pijanym amoku? Łukasz Rzadkowski w swoim Wirusie hazardu. Pierwszym rozdaniu postawił wszystko na jedną kartę: zamiast budować napięcie, zamiast prowadzić nas w mroku powoli i z wyczuciem, wali prosto w twarz obrazami, które balansują na granicy obrzydzenia i groteski. I to trzeba mu oddać – facet nie boi się przegięcia.

Problem w tym, że ja się boję tego przegięcia, gdy z każdej strony lecą flaki, a ja mam uwierzyć, że w tłumie graczy i pracowników nikt nie słyszy krzyków, nikt nie czuje smrodu krwi, nikt nie dostrzega tego, że maszyny dosłownie żywią się ludźmi. No przepraszam bardzo, ale tu już nie wystarczy zawieszenie niewiary. Tu trzeba amputować zdrowy rozsądek i wyrzucić go razem z wnętrznościami Skauta, które autor z taką lubością miażdży w szczękach automatu.

Czytałam tę książkę z poczuciem rozdwojenia: z jednej strony wciągał mnie klimat kasyna – ten lepki, brudny, duszny świat, gdzie zapach potu i przegranych nadgryza każdy zakamarek, gdzie kru­pierzy stoją godzinami, a sprzątaczki ścierają z krzeseł nie tylko popiół, ale i ekskrementy tych, którzy nie zdążyli pobiec do toalety. Rzadkowski zna ten świat na wylot, i widać, że pisząc, po prostu zrzucał z siebie traumę kolejnych zmian. W tych fragmentach jest autentyczność, jest ciężar doświadczenia, który daje do myślenia. Ale potem nagle – trach! – automat szczerzy zęby, kabel jak wąż oplata ofiarę, wyrywa krtań i zalewa płuca krwią. I ja mam to łyknąć jak kolejny drink przy barze.

Nie zrozum mnie źle – ja lubię horror, lubię krew, lubię nawet tandetne slashery, jeśli są uczciwe w swoim kiczu. Ale tutaj coś się rozłazi. Bo autor z jednej strony chce nam powiedzieć: „patrzcie, hazard to wirus, to choroba, która pożera ludzi od środka”, a z drugiej serwuje sceny tak nieprawdopodobne, że zamiast strachu czuję wzruszenie ramion. A już najbardziej irytuje mnie ta obojętność pracowników – niby mają oczy, niby mają uszy, a jednak nic nie widzą, nic nie słyszą, podczas gdy nad ich głowami rośnie piramida trupów.

Pamiętam scenę z Anią – biedna kru­pierka, która w panice kryje się pod stołem ruletki. Nad jej głową rośnie stos ciał, aż w końcu blat pęka i cała ta krwawa masa miażdży ją na miazgę. I to ma być kulminacja grozy. Ale dla mnie to raczej groteska, teatrzyk kukiełkowy w wersji gore. Widziałam kiedyś film klasy Z, w którym rekiny wyskakiwały z kanałów burzowych i pożerały ludzi na przedmieściach – i miałam podobne odczucie: nie strach, tylko absurd.

A jednak – i tu wraca moja ambiwalencja – w tym absurdzie jest coś pociągającego. Bo kasyno, jako miejsce akcji, jest idealne. Tam naprawdę ludzie tracą rozum, naprawdę gotowi są sikać pod siebie, byle nie oderwać się od gry. Tam rodzą się spiski, paranoje i wybuchy agresji. W tej dusznej atmosferze faktycznie można poczuć, że hazard to wirus, że coś zagnieżdża się w ciele i umyśle, wysysa człowieka do sucha. I kiedy autor opisuje takie detale – jak Irek, który w paranoicznym amoku połyka kulkę ruletki, żeby potem w toalecie sprawdzić, czy nie jest na­mag­ne­so­wa­na – wtedy naprawdę czuję klimat. To jest groteska, ale mocno zakorzeniona w rzeczywistości, w tym, co znamy z opowieści o kasynach i ich klientach.

A potem przychodzi epilog. I tutaj, przyznaję, wybuchłam śmiechem. To już nawet Stephen King w swoich najgorszych dniach nie poszedłby w tak tani spisek. Epilog przypomina kiepską dopowiedź w stylu: „a teraz otwieramy drzwi do sequela”, tylko że tu drzwiami jest zgrzytliwy portal rodem z taniego horroru klasy Z.

I wiesz co? Nie mogę powiedzieć, że to zła książka. Bo czytało mi się ją szybko, momentami nawet z przyjemnością. Były sceny, które naprawdę mnie obrzydziły i wciągnęły – jak kabel miażdżący jądra Skauta czy karta-pocisk rozcinająca gardło. Były też fragmenty autentyczne i bolesne, jak te, gdy autor opisuje sprzątanie po klientach czy paranoje graczy. Ale całość rozjeżdża się w takim stopniu, że zostaję z poczuciem zmarnowanego potencjału.

Chciałabym, żeby Wirus hazardu był bardziej spójny – żeby wybrał jedną drogę. Albo pełen realizm kasyna, gdzie horror rodzi się z codzienności, z tego, że człowiek sam siebie rozkłada na części w pogoni za kolejną wygraną. Albo pulpowa rzeźnia, w której wszystko jest możliwe i logika nie obowiązuje. A tutaj mamy coś pomiędzy: świat zbudowany na prawdzie i doświadczeniu, w który nagle ktoś wstrzyknął potwora z taniego slashera. Efekt? Ani pełny realizm, ani czyste gore. Coś pomiędzy, coś, co ani mnie nie przeraziło, ani nie rozbawiło do końca.

A jednak doceniam, że Rzadkowski nie udaje. On sam w posłowiu mówi, że ta książka to jego autoterapia, sposób na wyrzucenie z siebie tego, co gniło przez lata pracy w kasynie. I to czuć – w gniewie, w przesadzie, w krwi i w ironii. Być może dlatego czyta się to lekko, mimo że fabularnie bywa ciężkostrawne. Być może dlatego nie chcę odrzucić tej książki jako kompletnej porażki. Bo za każdym razem, gdy miałam rzucić ją w kąt, pojawiał się jakiś obraz, jakiś detal, który przykuwał moją uwagę.

Czy poleciłabym? To zależy. Jeśli lubisz horror klasy Z, jeśli kochasz krwawe jatki, w których logika chowa się pod stołem razem z przerażoną krupierką, to będziesz wniebowzięty. Jeśli jednak oczekujesz spójnej, mocnej opowieści, w której groza wyrasta z rzeczywistości, raczej się rozczarujesz. Ja zostałam pośrodku: zafascynowana i zniechęcona jednocześnie. Ambiwalencja w czystej postaci.

I chyba właśnie o to chodziło autorowi – żebyśmy nie wyszli z tej książki obojętni. Bo niezależnie od tego, czy kupujesz wizję maszyn, które pożerają ludzi, czy raczej krzywisz się na jej absurd, zostaje ci w głowie jeden obraz: kasyno jako wirus, kasyno jako pasożyt, kasyno jako piekło w neonach. I jeśli to miała być puenta, to się udało.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *