Recenzje

„Przestań, proszę” – Krystian Stolarz

Autor: Krystian Stolarz
Tytuł: Przestań, proszę.

Data premiery: 06.05.2025
Wydawnictwo:Prószyński i S-ka
Liczba stron: 424
Gatunek: kryminał, thriller

„Rozpłakał się głośno. Nie zwracał uwagi na przechodzących ludzi, a oni nie zwracali uwagi na niego. W końcu słabi nikogo nie obchodzą.”

To zdanie osiada we mnie jak ciężar, którego nie zdejmiesz nawet wtedy, kiedy książka dawno leży zamknięta na półce, bo jest w nim cała prawda o świecie. O świecie, który nauczył się patrzeć, ale już nie widzieć, słyszeć, ale nie reagować, mijać dzieci, jak gdyby były elementem krajobrazu, a nie istotami, którym odebrano prawo do bezpieczeństwa, do czułości, do czegokolwiek, co mogłoby przypominać normalne życie. I może dlatego właśnie ta książka nie daje o sobie zapomnieć. Nie opowiada historii dla samych emocji, nie udaje sensacji, nie stylizuje przemocy, tylko pokazuje ją tak, jak wygląda naprawdę – surowo, rzeczowo, bez znieczulenia, bez dekoracji, bez tego literackiego filtra, który zwykle chroni czytelnika przed pełnym wymiarem cierpienia. Autor jest policjantem i każdą stronę czuć tą policyjną twardością, która nie wynika z braku empatii, ale z nieustannego patrzenia na krzywdę z tak bliska, że człowiek uczy się mówić prosto, bo piękne słowa nie uleczą połamanych dzieci.

Kiedy o tym myślę, mam wrażenie, że każdy fragment tej powieści jest jak otwieranie kolejnych drzwi prowadzących w coraz ciemniejszy obszar. Najpierw myślisz, że to historia o jednym skrzywdzonym dziecku, potem zaczynasz rozumieć, że system zawodzi nie od wczoraj, że instytucje ustawione są w taki sposób, że reagują za późno albo wcale, że szkoła, rodzina, sąsiedzi, pracownicy socjalni i policja poruszają się w gąszczu procedur, w którym nikt nie dostrzega tego najważniejszego – Dzieci. Dzieci są niewidzialne, dopóki nie jest za późno. To, co autor robi – to bolesne wyliczanie zaniedbań, błędów, zaniechań – nie jest atakiem na ludzi, tylko lustrem, w którym odbija się bezradność całego systemu. I nagle zdajesz sobie sprawę, że to nie jest thriller, tylko dokument w przebraniu fabuły. Że Ola, Kamila, Wiktoria, Tymek, Michaś – każde z tych imion mogłoby należeć do kogoś, kogo mijasz codziennie.

Pierwsze, co mnie uderzyło po zamknięciu książki, to nie dramaturgia śledztwa, choć jest poprowadzone z chirurgiczną precyzją. To nie postać sprawcy, choć jego historia jest tak potwornie wiarygodna, że aż boli. To nawet nie ten misternie splątany finał, który rozdziera człowieka od środka. Najbardziej uderza mnie prawda – ta pozornie zwykła, codzienna, która brzmi:

Dzieci są najbardziej samotne wtedy, kiedy najbardziej potrzebują dorosłych.

I ten policjant, który prowadzi śledztwo, ten Florian, nie jest żadnym wyidealizowanym bohaterem, tylko człowiekiem targanym poczuciem winy, żalem, gniewem i tym wszystkim, co zwykle się ukrywa, żeby przetrwać kolejny dzień w służbie. I może dlatego jego emocje tak rezonują – bo są ludzkie, niepisane pod efekt, tylko pod prawdę, w której trudno oddychać.

Wątek Kamili to najboleśniejsza część powieści, choć autor nigdy nie epatuje okrucieństwem. On je pokazuje w tej najbardziej przerażającej odmianie – bezradnej, milczącej. Kamila jest dzieckiem, które nie miało ani jednego bezpiecznego miejsca, ani jednej dorosłej osoby, która powiedziałaby: „widzę cię, pomogę ci, jesteś ważna”. Jej życie było szeregiem prób przetrwania, a każda kolejna decyzja dorosłych tylko utwierdzała ją w przekonaniu, że nawet krzyk niczego nie zmieni. I kiedy czytam o tym, jak próbowała ukrywać siniaki, jak milczała przed panią psycholog, jak udawała normalność w szkole, myślę sobie, że to jest najbardziej wiarygodny obraz krzywdzonego dziecka, jaki trafił do literatury popularnej od lat. Nie efektowny, nie wykrzyczany, tylko taki, który zna każdy policjant i każda osoba pracująca z dziećmi: cichy, wycofany, czujny. Dziecko, które nauczyło się, że nikt go nie uratuje.

A jednak najmocniejszy cios przychodzi tam, gdzie najmniej się go spodziewasz – w tej przerażającej scenie, kiedy Kamila po napaści szuka pomocy i trafia pod drzwi osoby, której ufała odrobinę bardziej niż innym. To, co się tam dzieje, jest jednym z najbardziej wstrząsających momentów w książce, bo przełamuje jeszcze jedną iluzję: że zło ma jeden kierunek, jedną twarz, jedną metodę. Tu nie ma potworów rodem z horrorów – są ludzie, którzy pod uśmiechem noszą rozpad psychiczny i latami pielęgnowane rany. I może dlatego ten fragment czyta się z takim poczuciem bezsilności, bo jest tam wszystko, czego się najbardziej boimy: manipulacja ubrana w troskę, pomoc podszyta śmiercią, rozpacz wykorzystana jak narzędzie.

Wielką siłą tej książki jest to, że sprawca nie jest wydmuszką, ani demonem w ludzkiej skórze. Jest człowiekiem, którego historia odsłania tak potworny brak miłości, bezpieczeństwa i jakiejkolwiek opieki, że zaczynasz rozumieć mechanizm, który doprowadził go w ciemność. Nie usprawiedliwiasz go, ale widzisz, gdzie system pękł po raz pierwszy. Autor, jako policjant, wie, że zło często nie zaczyna się w piwnicy, tylko w domu – od chłopca, który krzyczał na ulicy, a dorośli nie reagowali, bo „w końcu słabi nikogo nie obchodzą”.

Śledztwo, które prowadzi Florian i Zuzanna, jest poprowadzone świetnie, ale nie jak w klasycznych kryminałach, gdzie wszystko zmierza do eleganckiej puenty. Tu każdy trop odsłania kolejną warstwę bezsilności. Tu nikt nie jest idealnym policjantem ani idealnym rodzicem, ani idealnym człowiekiem. Tu wszyscy próbują, ale najczęściej za późno. I choć brzmi to okrutnie, ta prawda sprawia, że fabuła nigdy nie odrywa się od rzeczywistości.

Kiedy myślę o wątku Wiktorii i Tymka, o dwójce dzieci, które próbują poradzić sobie z dorosłym światem za pomocą logiki dziecięcej, jestem rozbita jeszcze bardziej. Autor nie oszczędza nikogo: ani rodziców, ani nauczycieli, ani policji, ani czytelnika. Ale ta brutalność jest uczciwa — nie służy rozrywce, tylko zrozumieniu.

A finał? Finał jest jak rozdarcie, na które nikt nie jest przygotowany. Zostawia cię z jedną myślą: dorośli zawsze mają wybór. Dzieci nie.

I tak, irytowały mnie te mrugnięcia do polskich autorów, te drobne autoprzypisy, ten lekko meta-literacki prztyczek, który wytrącał mnie z rytmu, ale może dlatego, że wszystko inne było tak mocno osadzone w prawdzie, że nawet niewielka stylizacyjna zabawa wydawała się zbędna. To jedyny element, który wybijał mnie z emocji, choć umówmy się: to drobiazg, nie rysa.

A teraz najważniejsze: ta książka zostaje. Zostaje w gardle, w żołądku, w głowie. Zostaje w tych momentach, kiedy mijasz milczące dziecko na osiedlu. W tych chwilach, gdy myślisz, że przecież to „nie moja sprawa”. W tych refleksjach, które przychodzą później, kiedy zdajesz sobie sprawę, że właśnie o to chodziło autorowi – żebyś nigdy nie odwróciła wzroku w tę samą stronę, co ci, którzy mijali płaczącego chłopca.

Bo żadne dziecko nie milknie bez powodu. A jeśli milknie, to dlatego, że już raz krzyczało  i nikt nie usłyszał, nie zareagował.

I wiesz, kiedy zrozumiałam, że ta książka nie jest po prostu „dobra”, tylko potrzebna?

W momencie, w którym sama zaczęłam zadawać sobie pytania:

– A ja reagowałabym, gdybym usłyszała zza ściany tamten płacz?

– A ja zadzwoniłabym, czy pomyślałabym: „to nie moja sprawa”?

– A ja zauważyłabym to dziecko na osiedlu, które nagle przestało mówić „dzień dobry”?

– A ja…?

Bo literatura potrafi poruszać, wzruszać, zachwycać. Ale bardzo rzadko potrafi zawstydzać.

A ta książka zawstydza.

I bardzo dobrze.

Kiedy zamknęłam ostatnią stronę, nie poczułam ulgi. Nie ma tu takiego miejsca. Ta historia nie zostawia Cię „oczyszczoną”, tylko odpowiedzialną. Jakby ktoś położył Ci na dłoniach coś delikatnego i ciężkiego jednocześnie, mówiąc: „Teraz to jest też Twoje.”

I może właśnie dlatego jest to jedna z najmocniejszych książek, jakie przeczytałam.

Bo zmusza do reakcji.

Bo nie pozwala przejść obok.

Bo nie mówi: „Świat jest zły”.

Mówi: „Świat jest zły, kiedy milczysz.”

Bo prawda jest brutalna: dzieci nie mają narzędzi, żeby się bronić. Mają tylko nas.

A jeśli my zawiedziemy – nie ma już żadnej tarczy.

Dlatego ten apel jest prosty, bezpośredni, pozbawiony ozdobników:

Jeśli widzisz, że dziecko cierpi – reaguj.
Jeśli słyszysz awanturę za ścianą – reaguj.
Jeśli mijasz kogoś, kto błaga wzrokiem o pomoc, choć nie mówi ani słowa – reaguj.
Nie tłumacz się systemem, nie chowaj się za procedurami, nie czekaj, aż „ktoś inny się tym zajmie”.
W sprawach przemocy wobec dzieci obojętność też jest formą przemocy.
I jeśli to dotyczy ciebie albo kogoś, kogo znasz – pamiętaj, że są miejsca, które naprawdę pomagają.
Są ludzie, którzy odbiorą telefon. Zawsze.

 


 

NUMERY WSPARCIA (Polska)

 

Antydepresyjny Telefon Zaufania ITAKA: 22 484 88 01
Antydepresyjny Telefon Forum Przeciw Depresji: 22 594 91 00
Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym: 116 123
Telefon Zaufania dla Mężczyzn: 608 271 402
Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111
W nagłych sytuacjach zagrażających życiu – dzwoń na 112.
Dodatkowe źródła wsparcia:
Stowarzyszenie Aktywnie Przeciwko Depresji – depresja.org
Forum Przeciw Depresji – forumprzeciwdepresji.pl
„Życie warte jest rozmowy” – zwjr.pl


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *