Recenzje

„Sycylijskie dziedzictwo” – Jo Piazza

Autor: Jo Piazza
Tytuł: Sycylijskie dziedzictwo

Data premiery: 10.09.2025
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 411
Gatunek: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Marta Czub

„Była panią własnego losu w czasie, kiedy wszystko sprzysięgło się przeciwko niej.”

Tak właśnie otwiera mi się w głowie ta opowieść, niczym szeroko rozpostarte okno na Sycylię, w której nie chodzi tylko o słońce i morze, choć ich blask oszałamia, ani o gaje oliwne i lawendę schnącą na kamiennych murach, choć pachną intensywnie, ale o kobiety – te, które przez wieki musiały być silniejsze, niż ktokolwiek chciał im pozwolić, te, które stały się osią tej historii, w której losy przeszłości i teraźniejszości splatają się jak grube, popękane od soli powrozy rybackich sieci.

Kiedy zaczęłam czytać, poczułam się tak, jakbym nagle przeniosła się na wyspę – w samo jej serce, tam gdzie ziemia jest popękana od upału, a wiatr niesie pył i zapach morza, i jakbym szła ramię w ramię z bohaterkami, Serafiną i Sarą, choć dzieli je sto lat, dwa światy, dwa języki, dwa rodzaje cierpienia. Opowieść nie wciągała mnie jak tani romans, który pożera się szybko i bezrefleksyjnie, tylko jak sycylijski posiłek, gdzie każde danie pojawia się w rytmie, w którym trzeba poczekać na smak, zanurzyć się w nim, powoli pozwolić, by podniebienie rozpoznało gorycz oliwy, słodycz pomidorów, dym grillowanych bakłażanów. Tak właśnie czytałam – w rytmie oddechu wyspy, w rytmie serca, które przyspieszało i zwalniało, bo to była podróż nie tylko przez fabułę, ale i przez całe dziedzictwo sycylijskich kobiet.

Ale nie kulinaria i nie pejzaże stanowią sedno – choć są niezbędne, by tę historię przeżyć całym ciałem. W centrum jest opowieść o dwóch kobietach – Serafinie i Sarze – i o tym, jak ich losy, oddzielone dekadami, splatają się w jedną tkankę.

Z jednej strony poznajemy historię Serafiny, a jednocześnie obok, w zupełnie innym czasie, zaczyna się historia Sary, współczesnej kobiety, której życie w jednej chwili rozsypuje się jak szkło. Rozwód, bankructwo, restauracja, która miała być jej światem, a stała się ruiną. I nagle list od ciotki Rosie – tej, która była jej przewodniczką, której słowa były kotwicą. Rosie, która okazuje się być córką Serafiny, i która zostawia jej nie tylko wspomnienia, ale i ziemię – ziemię, o którą trzeba walczyć.

Sara jedzie na Sycylię. Nie jako turystka, nie jako ciekawa świata podróżniczka. Jedzie jak ktoś, kto musi znaleźć grunt pod nogami. I tam – wśród ruin, wśród zapachu kawy i smażonego bakłażana, wśród kobiet, które pomagają jej odnaleźć siebie – zaczyna odkrywać prawdę o Serafinie. A im głębiej grzebie, tym bardziej mafia daje jej znać, że pewne rzeczy lepiej zostawić w spokoju.

Te dwie historie biegną obok siebie, aż zaczynają się ze sobą przeplatać, bo przecież Sara nie tylko szuka odpowiedzi w dokumentach i opowieściach, ale też w sobie – w tej części, która przypomina Serafinę bardziej, niż chciałaby przyznać. I właśnie w tym momencie książka staje się czymś więcej niż rodzinną sagą, staje się opowieścią o losie kobiet, które przez stulecia różniło wszystko – ubranie, język, dostęp do lekarzy, prawo głosu – ale które łączyło jedno: wieczna walka o prawo do miłości, do własnego ciała i do własnej ziemi.

Obie muszą zmierzyć się z plotkami, z ostracyzmem, z mężczyznami, którzy chcą decydować za nie. Obie znajdują siłę w przyjaźni, w miłości, w jedzeniu, w ziemi. Obie wiedzą, że cena jest wysoka – ale warto ją zapłacić.

Czytając, miałam wrażenie, że czas się rozmywa. Raz jestem w 1914 roku, kiedy mężczyźni opuszczają Sycylię, a kobiety zostają same z dziećmi i ziemią. Raz w XXI wieku, gdzie mafia wciąż ma swoje macki, a kobieta wciąż musi udowadniać, że zasługuje na swoje miejsce. I to rozmycie czasu, ta dwutorowość, sprawia, że zaczynasz rozumieć, jak bardzo teraźniejszość jest zakorzeniona w przeszłości, jak każda decyzja sprzed stu lat odbija się echem dziś.

Najbardziej uderzył mnie wątek ostracyzmu. Jak łatwo można było kobietę nazwać czarownicą, dziwką, zdrajczynią. Jak szybko plotka stawała się wyrokiem. Paola, piekarka, która po oskarżeniach męża popełnia samobójstwo. Ninetta, skazana za cudzołóstwo. Gaetana, zamordowana i porzucona. To nie są tylko historie z przeszłości. To echo słychać dziś, kiedy kobieta zostaje sama po rozwodzie i od razu dostaje etykietę: nieudacznica, ta, co nie umiała zatrzymać męża. Piazza pokazuje, że minęło sto lat, a mechanizm wciąż ten sam.

Nie potrafię opowiadać tej książki jak suchej fabuły, bo każda strona była dla mnie doświadczeniem – czułam ciężar gorącego powietrza, czułam słony smak potu na wargach, kiedy kobiety wspinały się na górę, by coś udowodnić sobie i światu, czułam głód, który koiły pajdą chleba nasączonego oliwą i posypanego kruszoną ricottą. Autorka tak obficie i świadomie karmi nas smakami Sycylii, że trudno oddzielić literaturę od kuchni – wszystko miesza się w jedno: bakłażany, pomidory, sery, oliwa, ciambella, cannoli, które pojawiają się na kartach nie jako dekoracja, ale jako część tożsamości. Bo na Sycylii jedzenie nigdy nie jest tylko jedzeniem – jest językiem, którym kobiety przekazują uczucia, jest jedyną bezpieczną formą czułości i władzy, jaka im została.

A przecież w tle cały czas stoi mafia – nie ta filmowa, glamour, z cygarami i garniturami, tylko ta codzienna, ciasna, wżerająca się w życie wiosek i rodzin jak pleśń, której nie można się pozbyć. Mafia i patriarchat są tutaj nierozdzielne – to oni piszą historię, a kobiety muszą ją rozplątywać, czasem po cichu, czasem krzykiem. Serafina wie, że jeśli zostanie w wiosce, pochłonie ją ten świat, a jej córka nigdy nie dostanie szansy, by być kimś więcej niż żoną i matką. Dlatego podejmuje decyzję, która wstrząsa.  I tu nagle fabuła miesza się z moimi własnymi myślami, bo kiedy czytałam, miałam przed oczami wszystkie te historie przekazywane szeptem, wszystkie te kobiety, które w kuchni mówiły głośno, a w salonie milczały, i wszystkie te razy, gdy wiedziałam, że milczenie to wcale nie była zgoda.

Kiedy autorka prowadzi nas przez Sycylię, przez krajobrazy i historię, nie ma w tym nic turystycznego ani wygładzonego. Góry są surowe, morze bywa niebezpieczne, ziemia jest biedna, a jednocześnie wszystko wibruje od życia. To miejsce pełne sprzeczności – raj i piekło jednocześnie. Sycylię czuje się każdym zmysłem: w kolorze nieba, które potrafi być tak błękitne, że aż nierealne; w zapachu smażonych sardynek na oliwie; w dotyku skały, która parzy dłonie; w dźwięku języka, który miesza się z krzykiem mew. To wszystko nie jest tylko tłem – to część losu bohaterów. Bo kto wyrasta na takiej ziemi, musi w końcu się z nią zmierzyć.

Najmocniej jednak uderzyła mnie rola kobiet. Jakie one miały wtedy wybory? Albo milczeć, albo ryzykować życiem. I kiedy czytałam o Serafinie, o jej przyjaciółkach, o Cettinie, o kobietach, które wspólnie tworzyły spisek, by uratować jedną z nich, zobaczyłam w tym echo czegoś bardzo współczesnego. Bo wciąż jest tak, że to kobiety, kiedy świat wali się na głowę, potrafią znaleźć rozwiązanie, które nie mieści się w głowie mężczyznom. Wciąż to one budują podziemne sieci wsparcia, przekazują sobie wiedzę, ratują się nawzajem, nawet jeśli historia potem przypisuje zasługi komu innemu.

Nie wiem, czy bardziej mnie bolała przeszłość Serafiny, czy samotność Sary, ale wiem, że obie historie dopełniają się nawzajem. Sara patrzy na posąg w fontannie i widzi twarz kobiety, która była jej przodkinią – nie jako ofiary, nie jako świętej, ale jako kogoś, kto się uśmiecha, kto wie, że wygrał. I to jest moment, w którym książka zamienia się w coś więcej niż opowieść o rodzinie – staje się przypowieścią o tym, że kobiety zawsze potrafią znaleźć drogę, nawet jeśli trzeba oszukać wszystkich.

Czytałam i myślałam o tej ziemi, która nigdy nie daje nic za darmo, a jednak rodzi oliwę i wino. Myślałam o tym, że historia kobiet zawsze była jak sycylijska gleba – popękana, trudna, nieurodzajna, a jednak, jeśli tylko ktoś odważy się ją uprawiać, potrafi wydać owoce, które karmią całe pokolenia. Tak widzę Serafinę – jako tę, która przeorała swoje życie, by jej córka mogła żyć inaczej. Tak widzę Sarę – jako tę, która wreszcie odczytuje dziedzictwo, które przez wieki było ukrywane.

I tak zostałam na Sycylii jeszcze długo po zamknięciu książki – z zapachem rozgrzanej ziemi w nozdrzach, z posmakiem wina na języku, z obrazem kobiet, które śpiewają pieśni, żeby zagłuszyć ból. To jedna z tych historii, które zostają w człowieku, jak sól w skórze po kąpieli w morzu – można ją spłukać, ale ona i tak wraca, kiedy tylko zaczynasz się pocić.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *