
Autor: Grzegorz Kopiec
Tytuł: Plon
Data premiery: 05.09.2023
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 416
Gatunek: horror
„Krew jest winna, więc i oni będą winni.”
Nie wiem, czy jest coś bardziej niepokojącego niż moment, w którym lektura zaczyna przypominać nie tyle fabułę książki, co osobiste fatum, wciągające cię w spiralę wydarzeń, których – choć dobrze wiesz, że to tylko fikcja – i tak nie możesz powstrzymać. Grzegorz Kopiec w swoim Plonie serwuje właśnie taką jazdę: zaczynasz powoli, ostrożnie, niemal obojętnie, bo akcja rozwija się niespiesznie, a potem nagle jesteś już na równi pochyłej i jedyne, co możesz, to czekać, aż przyspieszenie cię zmiażdży.
Akcja rozwija się leniwie, wręcz upiornie spokojnie, tak że człowiek chwilami ma ochotę zapytać: „Halo, panie Grzegorzu, czy pan aby nie zgubił dynamitu po drodze?”. Ale to tylko pozór, taka literacka gra wstępna – niby nic się nie dzieje, a tak naprawdę już wtedy wgryzasz się w świat bohaterów, nasiąkasz ich traumami, dziwnymi obsesjami, przeczuciami, które nie są tylko zwykłym gadaniem w malignie, tylko autentycznym, ciemnym echem czegoś, co się dopiero wydarzy. I kiedy już zaczynasz się oswajać z tym mrokiem, autor nagle pociąga za dywanik, a ty lądujesz na glebie, z oczami jak pięć złotych, bo oto nagle fabuła nie tylko się rozkręca – ona pędzi jak kula śnieżna spuszczona z Kasprowego.
I wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że autor nie idzie w tani horror ani w przesadzone gore, tylko igra z tobą psychologicznie. Daje ci bohaterów, którzy są tak pogmatwani, że zastanawiasz się, czy to oni są ofiarami, katami, a może tylko marionetkami w jakimś makabrycznym teatrzyku. Jerzy, Tadeusz, Robert – ich imiona same w sobie brzmią zwyczajnie, jakby mogli być twoimi sąsiadami z osiedla, ale w tej powieści każdy z nich to osobny wszechświat z pogmatwaną historią, a momentami masz wrażenie, że sam autor też nie do końca chce ci zdradzić, kto tu jest kim. I dobrze. Bo w świecie, w którym Netflix wypluwa kolejne kryminały jak parówki z taśmy produkcyjnej, naprawdę doceniam, gdy ktoś zostawia mnie z niedopowiedzeniem, z dziurą w brzuchu i myślą: „Cholera, ale czy ja na pewno wiem, co się tu wydarzyło?”.
O czym to w ogóle jest?
„Plon” to historia rodziny Wojtalów, której losy oplata mrok sięgający kilku pokoleń wstecz. Jerzy Wojtala, głowa rodziny, dawno temu przeżył tragedię, z której nigdy się nie otrząsnął. W dzieciństwie zyskał tajemniczego „przyjaciela”, którego istnienie do dziś pozostaje zagadką – Józka. Dziś Jerzy próbuje ochronić swoją rodzinę, bo choć kolejne wypadki i zgony, wyglądające na przypadkowe, wskazują na coś więcej niż zwykły pech. Policja grzebie w przeszłości, a demony – te prawdziwe i te wyobrażone – wracają, by domagać się zapłaty. To powieść, w której wizje mieszają się z rzeczywistością, a pytanie „czy da się oszukać przeznaczenie?” staje się osią fabuły.
No dobra, a teraz pogadajmy jak ludzie.
Czytając Plon, miałam momenty, kiedy przypominało mi się „Oszukać przeznaczenie” – wiesz, ta seria filmów, w której przypadek nigdy nie jest przypadkiem, a śmierć tylko czyha, żeby wyrównać rachunki. I wiesz co? Tutaj to działa. Nie w formie wtórnej kalki, ale jako inteligentne mrugnięcie do czytelnika. Kopiec nie bawi się w horrorowe efekciarstwo rodem z Hollywood, tylko pisze tak, że sama zaczynasz kwestionować każdy detal, każde zdarzenie, każdy „zbieg okoliczności”. To ta sama paranoja, którą czułaś, gdy nastolatką oglądałaś, jak ludzie giną w absurdalnych „wypadkach”, i nagle bałaś się wejść do solarium czy na rollercoaster. Tu dostajesz dokładnie ten klimat, tylko ubrany w dużo mroczniejszy, literacki kostium.
Styl, klimat, tempo.
Styl autora jest nieoczywisty – z jednej strony ma w sobie coś ze starych, topornych kronik kryminalnych, z drugiej – widać w nim tę literacką subtelność, która pozwala mu bawić się czasem, złudzeniami, odbiciami. To nie jest prosty zapis wydarzeń, tylko raczej coś w rodzaju transu – raz brudny, raz hipnotyczny, czasem rozwlekły jak modlitwa klepana pod nosem, a czasem rwany, jakby ktoś nagle poderwał cię w środku nocy za ramię. To spowolnienie na początku działa dokładnie tak, jak powinno – usypia twoją czujność. A potem zwroty akcji wpadają jak kamienie w okno – trzask, huk, odłamki lecą w oczy i nie masz wyboru, musisz iść dalej, choćby cię to miało kosztować nerwy.
Książkę czyta się dobrze – i mówię to bez ogródek. To nie jest ta literatura, która udaje filozoficzne traktaty, gdzie połowa stron to wynurzenia o sensie życia i cierpieniu świata, a druga połowa to przypisy. Nie, tutaj masz fabułę, która trzyma, język, który gryzie, i atmosferę, która owija się wokół gardła jak duszny dym z kadzidła.
Podoba mi się, że autor nie boi się brutalności, ale też nie tapla się w niej bez sensu. To nie jest krwawa jatka dla samego efektu – każda scena ma tu ciężar, każdy trup coś znaczy. Zresztą, czytając, miałam wrażenie, że „Plon” to książka o czymś więcej niż tylko o śledztwie czy zbrodni. To opowieść o rodzinie, o tym, jak przeszłość potrafi zatruć teraźniejszość, jak trauma przesiąka przez pokolenia i jak człowiek w końcu sam staje się plonem tego, co ktoś kiedyś zasiał. I może to brzmi patetycznie, ale serio – tak się to czuje, gdy zamykasz książkę w środku nocy i zastanawiasz się, czemu w twoim mieszkaniu nagle zrobiło się tak cholernie cicho.
To nie jest horror na zasadzie „bum, wyskoczył trup z szafy”. To jest chłód, który wpełza ci w kręgosłup, kiedy czytasz o tym, jak krew przestaje być symbolem życia, a staje się ciężarem, dziedzictwem, przekleństwem.
Narracja opiera się na ciągłym balansowaniu: pomiędzy wizją a halucynacją, między wspomnieniem a teraźniejszością, między faktem a paranoją. I tak jak bohaterowie nie wiedzą, komu ufać – Józkowi, Jerzemu, swoim własnym zmysłom – tak i czytelnik nie ma komfortu jasnych odpowiedzi.
Wrażenia z lektury.
Czytałam Plon z tym dziwnym uczuciem, że autor manipuluje moimi emocjami dokładnie wtedy, kiedy mu na tym zależy. Początek – spokój, wręcz powolność. Potem – nagłe szarpnięcia, zwroty akcji, które nie są tanimi twistami, tylko logicznymi konsekwencjami wcześniejszych zdarzeń. A im bliżej finału, tym bardziej czujesz, że autor trzyma cię za gardło i nie puści, dopóki nie zobaczysz wszystkiego, nawet jeśli najbardziej chciałabyś odwrócić wzrok.
Jest w tej książce coś, co przypomina rozmowę z własnym koszmarem: na początku myślisz, że to tylko dziwny sen, a potem orientujesz się, że wszystko, co się dzieje, ma sens – tyle że jest to sens mroczny, nieubłagany i nie do zniesienia.
A więc, czy warto?
Nie będę ci wciskać, że Plon to książka dla każdego. Nie jest. Jeśli szukasz łatwego thrillera na plażę, zapomnij – połowa fabuły to ciemność, ciężar, język ostry jak żyletka. Ale jeśli masz ochotę na historię, która rozkręca się powoli, a potem daje ci po głowie serią zwrotów akcji, od których nie sposób się oderwać – to właśnie znalazłaś.
I może właśnie w tym tkwi największa zaleta tej powieści: w świecie, w którym literackie thrillery często są przewidywalne jak niedzielne kazanie, Plon daje ci ten rzadki, autentyczny dreszcz niepewności. Nie wiesz, co jest halucynacją, co fatum, a co zwykłą ludzką podłością. I nie dostaniesz prostych odpowiedzi.
Zakończenie
To nie jest książka, która zostawi cię w spokoju. To książka, która będzie się tlić w twojej głowie jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony. I nawet jeśli – jak ja – przyznasz, że przypomina momentami „Oszukać przeznaczenie”, to nie będziesz tego traktować jak zarzutu, ale jak zaletę. Bo czasem właśnie o to chodzi w literaturze grozy: żeby pokazać ci, że przypadek nie istnieje, a każda krew, która spłynęła kiedyś w przeszłości, prędzej czy później wróci po swoje.
„Plon” jest jak przekleństwo – zaczyna się niewinnie, a kończy wtedy, kiedy już dawno przestałaś wierzyć, że to tylko opowieść.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dziękuję za mądrą recenzje, a wręcz głęboką analizę powieści. Dla takich opinii się pisze, takich opinii się poszukuje.
Pięknie napisane. Dziękuję raz jeszcze!