
Autor: Matt Burczyk
Tytuł: Bieg przez pokrzywy
Data premiery: 29.05.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo WasPos
Liczba stron: 264
Gatunek: literatura obyczajowa
„Seba, życie to bieg przez pokrzywy. Żeby być szczęśliwym i osiągnąć sukces, nie można bać się ryzyka i bólu.”
I wiesz co? Jak to przeczytałam, to pomyślałam, że właściwie całe życie można sprowadzić do tego jednego zdania. Ale zanim do tego dojdziemy, muszę Ci opowiedzieć o książce, która mnie nie tyle wzruszyła, co zirytowała, rozśmieszyła, zmęczyła, a na końcu kopnęła w żebra tym jednym, brutalnie prostym podsumowaniem.
Bo „Bieg przez pokrzywy” Matta Burczyka to nie jest książka do głaskania, do podkreślania cytatów pastelowymi zakreślaczami i wrzucania na Insta z kubkiem sojowego latte. To jest powieść, która przypomina rozmowę z kumplem spod klatki: niby gadka o pierdołach, a nagle bach – puenta, której się nie spodziewasz, i okazuje się, że ten cały Seba, którego przez setki stron traktowałaś jak mema z blokowiska, mówi coś o Tobie.
No bo Seba… kurde, to typowy czterdziestolatek, którego życie zdążyło już kopnąć w dupę nie raz i nie dwa. Nie wyszło mu w pracy, nie wyszło mu w miłości, nie wyszło mu w ogóle w niczym. Życiowy przegryw, którego jedynym pewnym punktem jest ukochany mopsik. I już to brzmi jak zapowiedź kabaretu, prawda? Bo zamiast typowego bohatera aspirującego do sukcesu, mamy typa, który dryfuje, daje się nieść cudzym decyzjom, a kiedy los wrzuca go do gry, to najczęściej z zaskoczenia.
Ale właśnie w tym cały myk: bo Seba to nie jest postać, którą polubisz. On Cię będzie wkurzał. Jego bierność, jego głupie decyzje, jego wikłanie się w układy i znajomości, jego marudzenie – wszystko w nim jest jak lustro, w którym widzisz tych wszystkich znajomych z osiedla, którzy zawsze mieli wymówki, nigdy planu, ale jakoś im się w życiu układało. I chociaż masz ochotę nim potrząsnąć, to wiesz, że coś z niego jest w każdym z nas.
Autor bawi się groteską. Mamy więc Małomiasteczkowo – miejsce, które brzmi jak satyra na wszystkie polskie miasteczka razem wzięte. Burmistrz Spaprano – typowy małomiasteczkowy władca, który z polityki zrobił rodzinny biznes. Córka Dakota, celebrytka na miarę prowincji, która bardziej niż śpiewać potrafi filtrami upiększać rzeczywistość. Beatka – dziewczyna Seby, obecna, ale jakby jej nie było, bo Seba w końcu i tak od niej ucieka. Do tego plejada drugoplanowych pajaców – polityków, urzędników, biznesmenów, z których każdy jest przerysowany do granic możliwości, a jednocześnie tak boleśnie znajomy, że czujesz się, jakbyś oglądała serwis informacyjny.
I to nie jest przesada. Bo autor tak prowadzi narrację, że czujesz ten absurd: afery ekologiczne, które wysadzają kampanie wyborcze, pandemiczny chaos z maseczkami, rękawiczkami na drzewach i spirytusem na klamkach, faceci zdradzający żony, bo „musieli wyrzucić śmieci”, Tinder, który stał się ważniejszym narzędziem gospodarki niż tarcze antykryzysowe. A potem te wszystkie teorie spiskowe: chipy w szczepionkach, 5G, grafen – to wszystko, co naprawdę krążyło po internetach i co każdy z nas gdzieś, choćby kątem oka, widział. I nagle to nie jest fikcja. To jest krzywe zwierciadło, w którym widzisz swoje własne życie sprzed kilku lat.
A Seba? Seba w tym wszystkim szuka swojego miejsca. Najpierw przy Spaprano, w politycznym układzie, przy Beatce w pandemicznym zamknięciu, gdzie związek rozpada się szybciej niż makaron z Biedronki znika z półek. Potem przy Julce – aktywistce ze Strajku Kobiet, dziewczynie z Żabki, która jest jak podmuch świeżego powietrza i nowa wersja życia. I oczywiście, że to się nie układa łatwo. Bo Seba to nie jest bohater romantyczny, tylko gość, który co chwila wpada w kolejne absurdy. Ale Julka zmienia reguły gry – z nią jest inaczej, mocniej, bardziej prawdziwie.
I można by tak wymieniać wątki, bo w tej książce jest wszystko: polityka, pandemia, miłość, seks, zdrady, teorie spiskowe, groteski i absurdy. Ale tu nie o to chodzi. Tu chodzi o to, że przez te wszystkie warstwy docierasz do sedna, które przychodzi w finale.
Bo wtedy pojawia się babcia Jagoda. A raczej …. jej testament.
I to jest ten moment, kiedy cała książka, cała ta jazda bez trzymanki, cały ten cyrk, dostaje inny wymiar. Bo Jagoda zostawia Sebie lekcję. Pisze mu wprost, że życie to bieg przez pokrzywy, że trzeba się sparzyć, że ból jest częścią drogi, że nie można żyć tylko po to, żeby przetrwać, że nie można wiecznie bać się ryzyka, że trzeba tu i teraz, bo inaczej obudzisz się na emeryturze i będziesz żałować, że właściwie nic nie przeżyłaś.
I to nie jest ckliwy cytat rodem z Paulo Coelho. To jest brutalna, prosta prawda, którą każdy z nas niby zna, a jednak potrzebuje, żeby ktoś mu ją przypomniał. Jagoda to robi. I nagle ta książka, która przez setki stron była groteskowym kabaretem, staje się lustrem. Lustrem, w którym widzisz siebie, swoje wybory, swoje lęki, swoje uniki.
I wtedy pomyślałam o tym, że może za dużo razy wybrałam bezpieczną ścieżkę zamiast wejść w te cholerne pokrzywy. Że może zbyt często udajemy, że mamy czas, a potem budzimy się i tego czasu już nie ma.
I właśnie dlatego uważam, że ta książka jest warta przeczytania. Nie dlatego, że jest pięknie napisana. Nie dlatego, że bohaterowie są wzruszający. Ale dlatego, że w tym całym absurdzie, w tej grotesce, w tym kabarecie – nagle jest coś, co trafia prosto w serce.
„Bieg przez pokrzywy” to książka, która bawi, irytuje, męczy i wkurza. Ale zostaje. Bo kiedy odłożysz ją na półkę, to w głowie wciąż słyszysz słowa Jagody.
„Seba, życie to bieg przez pokrzywy. Żeby być szczęśliwym, trzeba się sparzyć.”
I wiesz co? To jest dokładnie to, czego oczekuję od literatury. Nie, żebym się zakochała. Nie, żebym płakała. Ale żebym pomyślała. I Burczykowi się to udało.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
