
Autor: Artur Kuchta
Tytuł: Miał być spokój, są kłopoty
Data premiery: 30.10.2024
Wydawnictwo:Artur Kuchta
Liczba stron: 229
Gatunek: komedia kryminalna
„- Królestwo za kanapkę z serem.”
Miało być spokojnie. Serio. Mela Trela po prostu chciała odpocząć.
Nie pojechała w Bieszczady, tylko na Mazury – do rodzinnego domku w Podgórkowie, gdzie miało pachnieć kawą, wilgotną trawą i ciszą. I może jeszcze kanapką z serem, bo Mela nie jest z tych, co sadzą pomidory i gloryfikują własny kompost. Mela to dziewczyna od laptopa i kodu. Informatyk z ironicznym filtrem, której marzy się święty spokój, a dostaje… krzyk za płotem, nieprzytomną sąsiadkę i wąsatego policjanta z francuskim kompleksem. Artur Kuchta nie pisze pocztówki, tylko komedię z nerwem, w której cisza nie jest stanem ducha, tylko przerwą między kolejnymi gagami. To jest książka o tym, że „nowe życie” rzadko wygląda jak folder, za to bywa śmieszne do łez, jeśli pozwoli się mu biec własnym tempem, a tempo w Podgórkowie wyznaczają koguty, psy, pani w sklepie i pomysły dwóch kobiet, które same siebie wrobiły w firmę detektywistyczną.
I tu zaczyna się ten cudowny absurd, który autor rozgrywa z wyczuciem.
Bo w tej książce nic nie idzie tak, jak planujesz. Mela przyjeżdża z myślą o „slow life”, a w pierwszej dobie dostaje pakiet „fast crime”. Krzyk, policja, włamanie, anonim w kuchennej szufladzie. Ktoś przyszedł, nic nie ukradł, tylko zostawił list. Brzmi jak teaser serialu, a to dopiero początek. I właśnie za to lubię tę książkę – bo ona się nie napina. Nie próbuje być „mroczna”. Jest dowcipna, przewrotna i totalnie ludzka.
Zresztą Mela jest cudownie nieperfekcyjna.
Nie ma daru dedukcji ani komendy głosowej „Hej, Watson”, ale ma nogę od stołka i refleks, żeby chwycić za telefon zamiast za heroizm.
To bohaterka, która ma dosyć życia na „domyśl się”, więc zaczyna działać po swojemu: z humorem, wkurwem i czosnkiem w tle. Bo jak już się gotuje makaron ze szpinakiem po nocy z włamywaczem, to przynajmniej człowiek ma poczucie sensu. A potem jeszcze ciasto. Malinowa Chmurka, rzecz święta.
I nagle ten komediowy vibe zaczyna działać jak antydepresant.
Cała wieś to osobny organizm: gada, kombinuje, wie więcej niż policja i Google razem wzięte. Sklep wygląda jak barak po remoncie z PRL-u, ale ciasta mają lepsze niż w modnej kawiarni. Trzy seniorki, kolorowe jak sygnalizacja świetlna, plotkują z klasą, a jednocześnie stają się nieformalnym sztabem operacyjnym. Wielkie Podgórkowskie FBI.
To one mianują Melę na „panią detektyw”, zanim Spyrka zdąży zrobić notatkę służbową. I to jest piękne – bo wszystko, co tu się dzieje, wyrasta z prozy życia. Z potrzeby sensu, z nudy, z ciekawości, z plotki, z ciasta, z lęku przed samotnością. I w tej zwyczajności jest całe clue tej historii.
Aldona – ta druga połowa duetu – wchodzi w tę fabułę jak huragan po kłótni z chłopakiem. Zamiast siedzieć i płakać, wpada do Meli, rzuca walizkę i deklaruje współpracę. W sekundę zyskujemy kobiecy duet idealny: jedna kombinuje, druga gada. Chemia między nimi to najlepszy motor tego całego cyrku. Dialogi są żywe, przekomarzanki błyskotliwe, a całość czyta się jak rozmowę dwóch kumpeli przy herbacie, której temperatura niebezpiecznie zbliża się do wrzenia.
I to jest właśnie siła tej książki – nie trup, nie tajemnica, tylko charakter.
Autor opowiada przygody jak odcinki serialu, który zna rytm życia i nie potrzebuje trupów, żeby było ciekawie. Tu zniknie kot i zostawi po sobie zagadkę większą niż przeciętne sudoku, tam ktoś podrzuci list, który wygląda jak zaproszenie do afery, a kończy się w sposób, który sprawia, że śmiejesz się głośniej, niż wypada. Gdzie indziej przewód przestanie działać w najmniej odpowiednim momencie i trzeba będzie ustalić, czy to był przypadek, sabotaż, czy zwyczajny pech, który w Podgórkowie ma twarz sąsiadki w kapciach. Każda „sprawa” ma własny smak i pointę, ale łączy je to samo źródło napędu: ciekawość i radość działania. Dziewczyny nie bawią się w heroizm, nie gonią sensacji; one raczej organizują świat wokół siebie, żeby przestał skrzypieć, i przy okazji robią show, które ogląda się jak najlepszą komedię sytuacyjną – z ciepłem, bez jadu, z tym rodzajem przyjacielskiego przekomarzania, które trzyma lepiej niż kawa.
A teraz policjant – Spyrka.
Gdyby wąsy miały osobowość, jego właśnie by dostały. Facet z papierowym notatnikiem, francuskim „sacrebleu” na końcu zdania i melancholią w oczach człowieka, który wolałby kosić trawnik niż ścigać drobnych złodziejaszków. Ale jest w nim coś takiego, że chcesz mu zaufać. Nie głupi, nie śliski, nie cwaniak – po prostu stary gliniarz z sercem do roboty. Z jednej strony śmieszy, z drugiej rozbrajający. I bardzo dobrze, bo ta historia nie potrzebuje kolejnego macho z pistoletem w kaburze. Potrzebuje faceta, który powie „oui” i wypije zimną kawę, bo życie to nie film.
Jeśli więc ktoś pyta, czy to „kryminał”, odpowiadam: to komedia z wątkiem kryminalnym, który jest jak linia melodyczna w piosence – nadaje rytm, ale to instrumenty dęte robią zabawę. W tej partyturze dętymi są: remiza, festyn, kuchnia, w której zawsze coś pyrka, i sklep, w którym za ladą stoi instytucja, a nie człowiek. Kuchta wie, że Polska prowincjonalna ma własną dramaturgię, i zamiast wyśmiewać, daje jej przestrzeń, żeby sama opowiedziała o sobie: o kolejkach, o plotkach, o „zrobimy to jutro”. Dzięki temu śmiejemy się bez poczucia winy; to śmiech wspólny, a nie wymierzony w kogokolwiek.
Autor nie udaje, że pisze literaturę wysoką – i całe szczęście. Pisze tak, jakby sam siedział z nami w kuchni i opowiadał, że „no dobra, dziewczyny, słuchajcie, bo coś się odjebało w Podgórkowie”. I ty siedzisz, i słuchasz, i myślisz: „kurde, chcę tam być, choćby tylko po kawałek tej cholernej Malinowej Chmurki”.
Ważne też, że autor nie dobija żartu. Scena goni scenę, ale każda ma oddech, w którym można puścić oko albo westchnąć, bo te wszystkie wygłupy dzieją się ludziom, których da się lubić. Gdy Mela improwizuje, naprawę widzimy w tym kadrze wszystkie nasze domowe potyczki z rzeczywistością. Gdy Aldona wjeżdża w temat z impetem i po drodze buduje plan marketingowy większy niż problem, słyszymy nasze własne hasła wypowiadane z przesadą, żeby dodać sobie odwagi. To jest prosta chemia komedii: rozpoznanie plus timing równa się śmiech.
Czytając, złapałam się na tym, że Podgórków zaczyna działać jak miasteczko z serialu, do którego wraca się dla atmosfery. Każdy ma tutaj swoją funkcję: ktoś napędza akcję, ktoś ją komentuje, ktoś niesie plotkę, która raz jest paliwem, a raz dymem i lustrem. Kiedy bohaterki podkręcają tempo, tekst przyspiesza, kiedy siadają z herbatą, język siada z nimi; nie ma tu napięcia wymuszonego, jest organiczny rytm, który sprawia, że kartki unoszą się w rękach jak chorągiewki na wietrze. I tak, zdarzają się momenty, w których myślisz: „a może już dość tego śledztwa o nic”, po czym wpadasz na puentę, która ustawia całą scenę i masz ochotę parsknąć śmiechem, bo to dokładnie ten rodzaj rozwiązania, które w życiu zdarza się częściej niż hollywoodzki twist.
Najbliżej prawdy będzie więc zdanie, że to książka do poprawiania nastroju. Nie z tej taniej półki, gdzie dowcip kończy się na żarcie z dowodu osobistego, tylko z półki, gdzie dowcip wynika z obserwacji i języka. Gdyby wyjąć z niej wszystkie „zagadki”, zostałaby świetna komedia obyczajowa; z zagadkami dostajemy bonus w postaci lekkiego dreszczyku, który robi swoje, bo jednak lubimy tropić, nawet jeśli trop prowadzi do kuchennej szafki. I jeszcze jedno: jest tu coś, co rzadko bywa w podobnych książkach – czystość tonu. Zero moralizowania, zero pretensji, zero dociskania do znaczeń. Kuchta ufa czytelnikowi, że ten wie, kiedy się śmiać, a kiedy po prostu przewracać stronę.
Czy są potknięcia? Jasne.
Dialog czasem się rozlewa, puenta przychodzi o trzy zdania za późno, a czasem widać, że autor bawi się trochę zbyt dobrze, żeby pamiętać o tempie akcji. Ale trudno to nazwać wadą. To jak krzywo rozlany lukier na cieście – i tak smakuje.
Podgórkowo jest miejscem, w które chciałoby się wpaść na weekend i nie wyjechać przez pół roku. Bo nawet jeśli ktoś kogoś obrabuje, to zaraz znajdzie się ciasto, kawa, plotka i plan działania.
A spokój? Jeśli gdzieś tu jest, to właśnie w tym śmiechu, który zostaje po ostatniej stronie, kiedy już nie musisz nic wyjaśniać, niczego bronić, niczego udawać. Siadasz, odkładasz książkę, pies przeciąga się pod stołem, a Ty myślisz: dobrze, że komedie wciąż potrafią być mądre bez zadęcia i czułe bez cukru. I to jest końcówka, jaką lubię najbardziej – miękka, spokojna, z uśmiechem, który trzyma się twarzy dłużej, niż planowałeś.
Więc jeśli miał być spokój – zapomnij.
Ale jeśli miał być ubaw, dystans, i kawał babskiego cozy z polskim akcentem to właśnie tu.
Ja to kupuję w całości.
Nawet bez Leśnego Mchu.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
