Recenzje

„Przedszkole” – Natalia Kalisiak

Autor: Natalia Kalisiak
Tytuł: Przedszkole

Data premiery: 25.07.2025
Wydawnictwo:Czarny Papillon
Liczba stron: 173
Gatunek: kryminał, thriller

„Pobawisz się z nami?”
Cztery słowa zapisane dziecięcym pismem. I od tej chwili już nic nie jest takie samo.

Ja naprawdę nie spodziewałam się, że coś, co zaczyna się jak spokojna opowieść o zwykłej kobiecie, stanie się dla mnie takim emocjonalnym trzęsieniem ziemi. „Przedszkole” Natalii Kalisiak to książka, która wchodzi cicho, bez fanfar, ale kiedy już przekroczysz ten pierwszy próg, to czujesz, że nie ma odwrotu. To trochę jak wejść do budynku, w którym powietrze jest zbyt gęste od wspomnień. Niby nikt cię nie dotyka, ale czujesz czyjś wzrok na karku.

To nie jest historia, którą można streścić. To raczej doświadczenie, taki literacki zjazd w dół po śliskiej, mokrej poręczy wspomnień, w których czas przestaje być linią, a staje się czymś w rodzaju spirali. Wszystko tu krąży, powraca, zapętla się jak w złym śnie, a ty – razem z Dorotą, główną bohaterką – próbujesz zrozumieć, gdzie kończy się teraźniejszość, a zaczyna to, co nie zostało przeżyte do końca, tylko utknęło w ścianach, w drewnie, w wodzie.

Bo od tego się zaczyna: od powrotu. Dorota przyjeżdża do małego miasteczka, żeby otworzyć przedszkole w starej kamienicy – budynku z historią, o którym ludzie mówią szeptem. Ma za sobą trudną przeszłość, ma córkę, Basię, i ma plan, żeby wreszcie zacząć żyć normalnie. Tylko że w tej książce nie istnieje coś takiego jak „normalnie”. Wszystko, co miało być nowe i świeże, od początku pachnie przeszłością – wilgotną, ciężką, nieufną. To przedszkole to nie bajkowe miejsce dla dzieci. To dom, który pamięta, i to nie pamięta dobrze.

Już pierwsze dni zajęć przynoszą zgrzyty, te drobne, niby zwyczajne, ale niepokojące – błędnie wypowiedziane imię, dzieci, które rysują rzeczy, o jakich nie mogły wiedzieć, dźwięki, które niosą się z pustych pokoi. A potem jest Basia, która mówi, że „Asia nie chce się z nią bawić” – i wiesz, że to nie jest zwykła dziecięca fantazja. I od tego momentu już nic nie jest oczywiste.

Autorka zrobiła coś niesamowitego – zbudowała historię jak labirynt. Dwie osie czasu, dwa światy, które się przeplatają. Jeden niby teraźniejszy: Dorota, nauczycielka, zwyczajna kobieta próbująca odnaleźć się w nowym miejscu, wśród przedszkolaków, z własnymi demonami i zmęczeniem życiem. A drugi – ten wcześniejszy, mroczniejszy, niby przeszły, ale tak naprawdę nigdy się nie skończył.

Tu każda warstwa jest jak tafla lustra, w której odbija się coś jeszcze – coś sprzed lat. Bo to przedszkole to nie tylko współczesność. Pod podłogą, pod farbą, pod tynkiem drzemie historia z 1947 roku, historia ludzi, którzy chcieli dobrze, a zrobili coś niewybaczalnego. I choć wszystko to jest przefiltrowane przez pokolenia, przez winy i milczenia, czujesz, że zło nie zawsze ma twarz potwora. Czasem ma twarz człowieka, który kochał za bardzo i to w sposób bardzo egoistyczny.

Czytając, miałam wrażenie, że to nie fikcja, tylko dokument, coś, co mogłoby wydarzyć się naprawdę. I pewnie się wydarzyło. Bo powojenne sierocińce istniały naprawdę, bo te dzieci były, miały imiona, tylko ktoś je zgubił w papierach, w szufladach, w zapomnieniu. Kalisiak im te imiona oddaje. I robi to tak subtelnie, że nawet nie zauważasz, kiedy zaczynasz czuć wzruszenie.

Sama nie wiem, kiedy dokładnie poczułam, że coś jest nie tak. Może wtedy, kiedy w książce pojawiły się te dziecięce rysunki. Wiesz, takie zwykłe bazgroły – domek, drzewo, kilka postaci trzymających się za ręce. Ale potem to zdanie, napisane dziecięcym, koślawym pismem: „Pobawisz się z nami?”

I wtedy poczułam, że przebiegł mnie dreszcz. Bo w tym pytaniu nie było niewinności. Było zaproszenie. Z tych, których nie powinno się przyjmować.

Autorka doskonale wie, jak zagrać ciszą. Jak opisać moment, w którym nic się nie dzieje, a ty mimo to czujesz, że zaraz wydarzy się coś strasznego. Nie ma tu tanich straszaków ani krwi na ścianach. Jest chłód, który wpełza w myśli. Szum liści za oknem, który nagle brzmi jak szepty.

Dorota jest jak lustro. Patrzysz na nią i widzisz siebie – zmęczoną, racjonalną, próbującą ogarnąć życie. Ale wokół niej zaczyna się dziać coś, czego nie da się wytłumaczyć. Czasem myśli, że to tylko stres. Czasem próbuje zignorować to, co widzi kątem oka. Ale te dzieci wracają. Ich śmiech. Ich cień. Ich historia.

I wtedy zaczynasz rozumieć, że „Przedszkole” to nie jest horror w klasycznym sensie. To raczej opowieść o pamięci, która nie pozwala odejść. O winie, o zaniechaniu, o tym, co się dzieje, kiedy dorośli nie potrafią ochronić najmniejszych.

Najbardziej przerażające jest to, że nic tu nie jest oczywiste. Nie wiesz, czy Dorota naprawdę widzi to, co widzi. Czy może to tylko echo dawnej tragedii. Autorka genialnie bawi się niedopowiedzeniem – każda scena ma drugie dno.

I kiedy myślisz, że rozumiesz, nagle dostajesz nową perspektywę. Bo historia opowiadana jest z kilku punktów widzenia: księdza proboszcza, Marii czy Jadwini. I każdy z nich widzi ten sam świat trochę inaczej. Jakby czas był pęknięty, jakby wspomnienia przenikały się przez cienką warstwę rzeczywistości.

To właśnie ta wielowątkowość sprawia, że książka działa na emocje tak silnie. Bo każdy z bohaterów niesie w sobie jakąś winę, coś, o czym woli nie mówić. I kiedy te wszystkie milczenia zaczynają się łączyć, tworzy się obraz, od którego trudno się oderwać.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że czytam coś na pograniczu realizmu i snu. Czas się rozmywa, rzeczywistość faluje, a wspomnienia wchodzą w teraźniejszość jak mgła. Dzieci, które powinny być tylko wspomnieniem, stają się realne.

I to właśnie ta płynność między światami sprawia, że książka tak działa. Nie wiesz, kiedy przestajesz wierzyć w racjonalne wytłumaczenia. Nie wiesz, kiedy sam zaczynasz słyszeć śmiech zza ściany.

A potem przychodzi moment, w którym rozumiesz, że to wcale nie o duchy chodzi. Że te dzieci to może po prostu echo ludzkiego sumienia. Że każde miejsce, w którym wydarzyła się tragedia, przechowuje ją jak oddech w ścianach.

„Przedszkole” to historia o tym, jak przeszłość wciąż trzyma nas za rękę, nawet kiedy udajemy, że już dorośliśmy. I że są takie zabawy, z których nie da się wrócić.

To też opowieść o matkach – o tym, jak bardzo potrafimy się bać o swoje dzieci, i o tym, jak bardzo boimy się przyznać, że czasem zawiedliśmy. Dorota, Maria – każda z nich próbuje chronić, a jednocześnie każda jest częścią tego, co się stało. Bo w świecie „Przedszkola” nikt nie jest tylko winny albo tylko niewinny.

I wiesz co? To, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to nie były wcale te nadprzyrodzone momenty, choć były mocne. To był klimat. Ta cisza między słowami. To, jak autorka potrafiła sprawić, że zwykłe zdanie – „dzieci się bawiły w chowanego” – brzmi jak zapowiedź końca świata.

A kiedy przewracasz ostatnią stronę, zostajesz z jednym pytaniem, które brzmi w głowie jeszcze długo po zamknięciu książki: czy ty też byś się pobawiła?

„Przedszkole” to książka, która zostaje w tobie. Nie przez fabułę, nie przez twisty, tylko przez emocje. Przez to, jak opowiada o stracie, winie, pamięci i tym, że niektóre historie nigdy się nie kończą.

I przez te rysunki – czarno-białe, dziecięce, naiwne, a jednak przejmujące do szpiku. Jakby ktoś otworzył notatnik małego ducha i pozwolił ci tam zajrzeć.

Więc jeśli chcesz czegoś, co nie tylko cię przestraszy, ale też zostawi z refleksją o tym, co znaczy być dorosłym w świecie, gdzie dzieci wciąż chcą się bawić – przeczytaj. Ale ostrzegam: jak usłyszysz potem śmiech z pustego pokoju, nie odwracaj się.

 


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *