Recenzje

„Nie okłamuj mnie” – Willow Rose

Autor: Willow Rose
Tytuł: Nie okłamuj mnie

Data premiery: 29.03.2023
Wydawnictwo: Word Audio Publishing International
Liczba stron: 337
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Agnieszka Rewilak

„Napiszę opowieść o chłopcu, który stał się mordercą; opowieść o mężczyźnie, którego uważałam za ojca.”

Kiedy Willow Rose w pierwszym tomie serii z Evą Rae Thomas obiecuje thriller rodzinny, nie rzuca słów na wiatr – ale to, co dostajemy w Nie okłamuj mnie, to nie tylko thriller. To również ponura wiwisekcja amerykańskiego snu o rodzinie, która miała przetrwać wszystko, a rozpada się szybciej niż niechlujnie połatana relacja po rozwodzie. I chociaż książka momentami potrafi być precyzyjna jak skalpel, którym ktoś nieostrożnie grzebie w twojej przeszłości, to są tu też chwile, kiedy ostrze trafia gdzieś obok, a my zostajemy z uczuciem, że ta rana powinna boleć bardziej.

Willow Rose zaczyna z przytupem – porwaniem z pozoru przypadkowej dziewczynki z obozu letniego. Sophie Williams znika w środku nocy, pozostawiając po sobie tylko rozrzucone rzeczy osobiste i niedopitą butelkę z wodą. I jak to u tej autorki bywa – zniknięcie nie jest tylko zniknięciem. To pierwszy puzzel w układance, którą Rose składa z precyzją godną zegarmistrza, tylko że ten zegar odmierza nie godziny, ale długość cierpienia, traum i winy.

Wkrótce odnalezione zostaje ciało – tyle że nie tylko Sophie, a także innego dziecka. Dwa ciała brutalnie połączonych w jedno. Dosłownie. Ciało zbudowane z fragmentów chłopca i dziewczynki, jakby ktoś postanowił stworzyć fizyczną metaforę rodzinnego rozpadu, zszywając ze sobą strzępy niewinności. Ta makabryczna scena to nie tylko punkt zwrotny fabularnie, ale też moment, w którym czytelnik dostaje pierwszą prawdziwą odpowiedź: to nie będzie klasyczne śledztwo. To będzie polowanie na potwora, który ukrywa się tam, gdzie zawsze jest najciemniej – w cieniu domowego ogniska.

I tu na scenę wchodzi Eva Rae Thomas – była profilerka FBI, aktualnie matka, autorka książek, a w wolnych chwilach kobieta z przeoranym życiorysem i rozbuchanym instynktem detektywistycznym.

Jej siła nie wynika z celowo przerysowanej „kobiecej niezależności” ani z traumy, którą nosi od lat – chociaż jedno i drugie jest tu obecne – ale z czegoś znacznie bardziej interesującego: z nawyku zadawania pytań, także wtedy, gdy nie chce znać odpowiedzi. I to właśnie ten paradoks – potrzeba prawdy kontra potrzeba emocjonalnego bezpieczeństwa – jest sercem tej powieści. Nie trup w szafie. Nie tajemniczy porywacz. Nie dziecięce ciała złożone z niepasujących do siebie fragmentów. Ale ten moment, kiedy bohaterka orientuje się, że przez całe życie pozwalała się okłamywać, bo było jej to na rękę.

Rose nie bawi się tu w estetyzowanie zła. Przemoc – wobec dzieci, wobec kobiet, wobec prawdy – nie jest u niej pretekstem do budowania napięcia, tylko przedmiotem oskarżenia. Autorka, niczym prokuratorka w literackim trybunale, nie oszczędza nikogo, a już najmniej tych, którzy zakładają maski. Największe napięcie nie rodzi się z tego, że zagrożone jest życie kolejnego dziecka, ale z faktu, że przez wiele lat nikt nie chciał widzieć, co dzieje się tuż pod powierzchnią. Bo widzieć – to jedno. Ale przyjąć do wiadomości – to już zupełnie inna sprawa.

Eva, z pomocą Matta – agenta FBI i mężczyzny, który wie, co znaczy stracić dziecko – próbuje rowiązać sprawę. I to, co się odsłania, przypomina mozaikę z brudnych sekretów i publicznych kazań. Bo sprawca nie działa przypadkowo. Każdy wybór ofiary, każda wiadomość, każdy filmik wrzucony na YouTube (z duszącym się chłopcem, który ma w ustach dolarowe banknoty, z podpisem o karze za grzech rozwodu) – to starannie zaplanowana akcja.

Ten człowiek nie zabija, by zaspokoić prymitywne popędy. On wygłasza manifest. Atakuje rodziny rozbite, dzieci z domów bez ojca i matki, kobiety, które ośmieliły się żyć po swojemu. To coś więcej niż przestępstwo – to zemsta. A może krucjata?

Willow Rose prowadzi narrację na kilku poziomach. Z jednej strony mamy klasyczne śledztwo, z drugiej – fragmenty z przeszłości. Opowieść o chłopcu, który najpierw był świadkiem przemocy, potem uczestnikiem tragedii, a w końcu… cóż, powiedzmy, że system sprawił, że nikt nie zauważył, kiedy ten chłopiec zaczął widzieć świat w barwach czerni i bieli, dobra i zła, Boga i grzechu. A że granice wyznaczał sobie sam, to i sprawiedliwość wymierzał po swojemu.

Im głębiej wchodzimy w tę historię, tym jaśniejsze staje się, że przemoc rodzi przemoc. I że trauma nie zawsze prowadzi na kozetkę. Czasem prowadzi do budowy bunkra, w którym dzieci uczą się strachu od podstaw, jak alfabetu. Przerażająca prawda o bunkrze, który dzieci same pomogły zbudować – myśląc, że to zabawa – wbija się w czytelnika jak gwóźdź w plastikowy pasek.

Są tu momenty wstrząsające, są też wątki poruszające w sposób bardziej subtelny. Jak rozmowa Evy z jej córką Christine, która – nie mogąc poradzić sobie z rozwodem rodziców – próbuje uciec do ojca, tylko po to, by usłyszeć, że „to nie jest odpowiedni moment”. Willow Rose potrafi pokazać ten najbanalniejszy, ale i najboleśniejszy dramat: dzieci zawsze zostają między ogniem. I to one płacą rachunek, niezależnie od tego, kto podpisał rozwodowy wyrok.

Ale nie wszystko w tej książce gra bez fałszu.

Niektóre dialogi są trochę zbyt dydaktyczne, niektóre emocjonalne reakcje Evy – jakby urwane w pół zdania. Wątek miłosny między nią a Mattem? Cóż, może jestem cyniczna, ale nie wzruszył mnie ani pocałunek, ani „drugie podejście”. Wolałabym, żeby autorka skupiła się do końca na dusznym napięciu i narracyjnej złożoności niż doklejała romans jak plasterek cytryny do espresso. Może komuś to pasuje – mnie nie porwało.

Mimo to, nie da się odebrać tej historii siły.

Bo Nie okłamuj mnie to książka, która mówi o kłamstwach – tych małych i dużych, tych, które mówimy innym, i tych, które powtarzamy sobie samym. Ale przede wszystkim mówi o tym, co dzieje się, gdy ktoś bierze nasze słowa – o rodzinie, miłości, winie – i zaczyna używać ich jak broni. Gdy przeszłość, zamiast zostać przepracowana, staje się fundamentem dla ideologii. I w końcu: co się dzieje, gdy za zamkniętymi drzwiami domów – tych pełnych zdjęć z wakacji, makaronów na kolację i niedokończonych książek na kindle’u – czai się ktoś, kto zna cię lepiej, niż sam byś tego chciał.

Willow Rose nie daje prostych odpowiedzi. Ale zadaje pytania, które zostają z nami na długo po zakończeniu lektury. I chociaż jej narracja momentami się potyka, to całość – złożona z błyskotliwych zwrotów akcji, bolesnych retrospekcji i poruszających scen między matką a córką – zasługuje na uznanie.

Czy sięgnę po kolejny tom? Tak. Ale z lekkim niepokojem. Bo po tej lekturze wiem, że nic w tym świecie nie jest bezpieczne. Ani rodzina. Ani pamięć. Ani to, co wydaje się nam prawdą.

A już na pewno nie to, co mówimy, gdy mówimy: „Nie okłamuj mnie.”


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *