Recenzje

„Szmelc” – J.C. Lorenc

Autor: S.J. Lorenc
Tytuł: Szmelc

Data premiery: 14.01.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 368
Gatunek: sensacja, thriller,horror

„To nie był kamień. To był ludzki ząb.”

Tym jednym zdaniem „Szmelc” J.C. Lorenca mówi ci wszystko, co musisz wiedzieć o tej książce. Że będzie brudno. Że nie będzie bezpiecznie. I że jeśli liczysz na komfort czytelniczy, to lepiej zamknij ją teraz, zanim zdąży ci się przykleić do palców. Bo „Szmelc” nie jest powieścią, którą się „czyta z przyjemnością”. To powieść, w którą się wdepnie. A potem długo nie można otrząsnąć się z tego, co zostaje na butach.

Na początku nie było między nami chemii. Czytałam ostrożnie, trochę z dystansem, jak ktoś, kto wszedł na grząski teren i jeszcze nie wie, czy to tylko mokra ziemia, czy już bagno. A potem wciągnęło mnie tak, jak wciąga torfowisko: powoli, bez ostrzeżenia, bez spektaklu. W pewnym momencie orientujesz się tylko, że grunt pod stopami już dawno przestał istnieć.

Rozdziały nazwane „Zdjęciami” wydawały się formalną zabawą, lekką fanaberią autora. Taki estetyczny kaprys – pomyślałam. Równocześnie irytowała mnie narracja, która nie chce współpracować, tempo, które zamiast wciągać, drażni. Trudno było się skupić. Trudno było złapać rytm. Trudno było w ogóle poczuć, że autor prowadzi mnie dokądkolwiek sensownego.

I to był moment, w którym „Szmelc” mógłby przegrać.

Ale nie przegrał.

Bo ta początkowa niewygoda okazuje się nie błędem, tylko strategią. Ta książka od pierwszych stron mówi: nie będę cię zabawiać. Nie dostaniesz gładkiego wstępu, sympatycznych bohaterów ani fabuły podanej jak instrukcja obsługi. Zamiast tego dostajesz kadry. Fragmenty. Obrazy, które na początku wydają się przypadkowe – jak zdjęcia porozrzucane po podłodze – ale im dalej, tym wyraźniej widzisz, że ktoś bardzo dokładnie zaplanował, w jakiej kolejności masz na nie patrzeć.

I nagle orientujesz się, że jesteś już po kostki w bagnie.

Punktem wyjścia jest zniknięcie Zmory – fotografa, artysty, człowieka, którego obecność była zawsze intensywna, dominująca, zostawiająca ślad. „Lucy” Lucjan Stanisławski – wzięty fotograf modowy, który w Berlinie rozwija swojężycie zawodowe, pewnego dnia otrzymuję kartkę pocztową od swojego starego przyjeciela, Pawła Zmory, z prośbą o przybycie do Warszawy. Gdy wrócił, okazało się, że jego przyjaciel kilka dni wcześniej zaginął, a po nim została pustka. Tylko że ta pustka nie jest neutralna. Ona zasysa.

Lucy wchodzi w życie Zmory nie dlatego, że chce je przejąć, ale dlatego, że ktoś musi to zrobić. Ktoś musi nakarmić koty. Ktoś musi ogarnąć mieszkanie. Ktoś musi wziąć do ręki sprzęt, który został porzucony i zastąpić go w „Fabryce”. To jeszcze brzmi rozsądnie. Normalnie. Jak gest lojalności. Jak odruch odpowiedzialności.

Ale „Szmelc” bardzo szybko pokazuje, że między „zająć się cudzym życiem” a „zająć cudze życie” nie ma takiej różnicy, jak byśmy chcieli.

A potem Lucy trafia na aparat. Stary Polaroid Big Swinger – sprzęt z epoki, w której zdjęcia miały wagę, a nie filtr. Niepozorny, trochę tandetny, jak relikt świata, który dawno się skończył. I dokładnie tak jak wszystkie przedmioty, które w horrorach udają nieszkodliwe – ma w sobie coś niepokojącego jeszcze zanim zrobi pierwsze zdjęcie.

Nie będę tu opowiadać fabuły, bo ta książka działa najlepiej wtedy, gdy czytelnik sam zaczyna składać elementy w całość – trochę jak ktoś stojący przed ścianą zdjęć połączonych czerwonym sznurkiem. Powiem tylko tyle: są fotografie, które nie powinny powstać. Są kadry, które kosztują więcej, niż ktokolwiek byłby gotów zapłacić. I jest cienka granica między rejestrowaniem rzeczywistości a jej współtworzeniem.

Fotografia w tej książce nie jest tłem. Nie jest zawodem bohatera. Nie jest estetycznym dodatkiem. Jest rdzeniem całego koszmaru. Aparat nie rejestruje rzeczywistości – on ją przetwarza, wysysa, przemiela. Każde zdjęcie coś zabiera. Każdy kadr to transakcja, której warunków nikt nie przeczytał drobnym drukiem. I to jest w „Szmelcu” najbardziej niepokojące: jak bardzo logiczne wydaje się to, co się dzieje. Jak łatwo zaakceptować kolejne przesunięcia granic. Jak naturalnie pojawia się myśl, że skoro coś „i tak jest zbędne”, to może można to oddać. Że skoro aparat daje energię, skupienie, motywację – to może cena nie jest aż tak wysoka.

Groza Lorenca nie polega na wyskakujących potworach ani tanich efektach. Ona polega na normalizacji. Na tym, że rzeczy potworne pojawiają się w kontekście codzienności. W mieszkaniu. W pracy. W rozmowie przy alkoholu. W zdjęciach robionych „na próbę”. W pomyśle na projekt życia.

To książka o sztuce jako formie przemocy. O ambicji, która żre swoich twórców. O patrzeniu, które przestaje być niewinne. O obrazie, który zaczyna żyć własnym życiem i przestaje być pod kontrolą autora.

I w którymś momencie orientujesz się, że to już nie jest kryminał ani thriller, tylko czysty horror egzystencjalny. Horror utraty tożsamości. Horror rozmywania się „ja”. Horror tego, że ktoś może zająć twoje miejsce – i że świat nawet tego nie zauważy. „Szmelc” jest też opowieścią o pustce. O braku. O tym, co zostaje po ludziach, którzy znikają. I o tym, jak bardzo inni są gotowi tę pustkę zagospodarować. Zmora znika, ale jego życie trwa dalej – tyle że bez niego. Jego praca, jego mieszkanie, jego wizerunek. Jego twarz na zdjęciach, które nie powinny istnieć.

I to jest moment, w którym książka zaczyna naprawdę dusić.

Bo Lorenc bardzo sprytnie igra z czasem, obrazem i tożsamością. Pojawia się pytanie, które nie daje spokoju: kto tu kogo dokumentuje? Kto jest podmiotem, a kto obiektem? I czy w ogóle da się jeszcze to rozróżnić, skoro wszystko zostało już sfotografowane?

Nie chcę zdradzać fabularnych rozwiązań – i nie trzeba. Wystarczy powiedzieć, że im dalej, tym bardziej książka zagęszcza atmosferę, a kolejne elementy zaczynają do siebie pasować w sposób, który nie daje ulgi, tylko pogłębia niepokój. To nie jest historia, która prowadzi do katharsis. To historia, która zostawia cię z pytaniami i z obrazami, których wolałabyś nie mieć w głowie.

I tak – to nie jest książka dla każdego. Początek wymaga cierpliwości. Trzeba zaakceptować dyskomfort. Trzeba pozwolić się wciągnąć, nawet jeśli przez pierwsze kilkadziesiąt stron masz ochotę zapytać: po co ja to czytam?

Ale jeśli dasz jej czas – „Szmelc” odwdzięczy się czymś znacznie cenniejszym niż rozrywka. Odwdzięczy się poczuciem zagrożenia, które zostaje na długo po lekturze. Tą nieprzyjemną myślą, że granica między sztuką a zbrodnią, między dokumentem a przemocą, między obserwatorem a ofiarą jest znacznie cieńsza, niż lubimy wierzyć.

To książka, która brudzi.

Która wchodzi pod skórę.

Która nie pyta, czy jesteś gotowa – tylko sprawdza, ile jesteś w stanie oddać, zanim powiesz „dość”.

I kiedy zamykasz ostatnią stronę, wcale nie masz ochoty jej odłożyć. Masz ochotę sprawdzić, czy na pewno jesteś jeszcze po tej stronie kadru.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *