
Autor: Olga Rudnicka
Tytuł: Klątwa babci Józi
Data premiery: 22.04.2023
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 412
Gatunek: literatura obyczajowa, romans, komedia
„Od chwili, w której przyszła na świat, diabeł ze strachu nosa z piekła nie wychylił, a i sam Pan Bóg portkami trzęsie, że jeszcze na stare lata kobita się nawróci i do nieba mu przyjdzie”
Zaczęłam „Klątwę babci Józi” z podejrzliwością godną tej, z jaką Zośka patrzyła na kieliszek nalewki, zastanawiając się, czy Teresa znowu nie wypije za jej zdrowie. Bo obyczajówka to nie jest mój naturalny habitat – zwykle, gdy ktoś nie ginie w prologu, czuję się zagubiona jak Dorota na własnym ślubie. A jednak… to wciąga. A raczej wsysa. I zanim się obejrzałam, z trudem odklejałam się od tekstu, żeby wlać sobie kawy, czy – jak Teresa – tylko ukradkiem zwilżyć usta, bo wódki ci nie dadzą, jeśli raz już na weselu klęczałaś w kiblu, odmawiając modlitwę za dusze czyśćcowe.
Myślałam sobie: no dobra, będzie to pewnie coś pomiędzy „Dlaczego ja?” a „Kogel mogel 3”, tylko z bardziej poprawną składnią. Ale nie. Olga Rudnicka zrobiła mi numer, na który nie byłam gotowa. Wciągnęła mnie. Rozbroiła. A potem – jak każda dobra pisarka z talentem do podsłuchiwania życia – pokazała, że największe komedie pisze samo życie. Tyle że nikt nie śmieje się tak gorzko jak kobiety, które musiały już raz zmywać po czyimś bajzlu.
Bo „Klątwa babci Józi” nie jest książką o klątwie. To książka o tym, jak bardzo można się zaplątać we własnych kłamstwach, schematach, błędach pokoleniowych i w tym całym pierdolniku zwanym rodziną. A robi to z humorem tak ciętym, że czasem człowiek śmieje się i dopiero po chwili zauważa, że właśnie oberwał między oczy.
Rudnicka wrzuca nas do rodzinnego kotła, gdzie trzy siostry – Wieśka, Zośka i Teresa – siedzą na szczycie klątwy rzekomo rzuconej przez złośliwą babkę Józię, którą kościół co prawda pochował, ale z pewnym zastrzeżeniem:
„ksiądz proboszcz zamówił wielki kamień, żeby – jak sam powiedział – Józefa z grobu nie wylazła”.
Jeśli po takim zdaniu jeszcze zastanawiasz się, czy warto czytać, to powiem tylko: warto. I to bardzo.
Ta książka napisana jest z takim zmysłem obserwacji, że człowiek aż odruchowo rozgląda się po własnej rodzinie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem któraś z jego ciotek nie ma na imię Wieśka, Zośka albo Teresa. Każda z nich na swój sposób jest rozpaczliwie komiczna: Wieśka zakłamana i tłamsząca własne dziecko jak walec, Zośka żyjąca złudzeniem, że jeszcze coś jej w życiu przysługuje, Teresa – kontrolująca, wiecznie rozczarowana i skoncentrowana wyłącznie na jednym – byle nie było wstydu. A że wstydu i tak nie brakuje, to każda scena z ich udziałem przypomina dialog rodem z rodzinnej imprezy, na której wszyscy się nienawidzą, ale przyszli, bo „wypada”.
I teraz uważaj, bo to nie jest książka o ciotkach. To książka o kobietach, które wychowały się w cieniu klątwy. Dosłownie – prababka Józia (czyli ta tytułowa) miała podobno rzucić uroki na wszystkie żeńskie potomkinie za to, że jej siostra zabrała jej narzeczonego. Prawda to? Nie wiadomo. Ale żyć z tym trzeba, więc jej prawnuczki – Dorota, Hania i Amelia – rosną w cieniu tej rzekomej klątwy, próbując jakoś nie dać się światu i matkom. I tu zaczyna się cyrk.
Są w tej książce sceny, które rozbroją nawet najbardziej sceptyczną czytelniczkę. Scena w autobusie z wojowniczą staruszką, która biegnie sprintem, żeby złapać miejsce przy oknie i po drodze rzuca: „…bo ja potrafię walczyć o swoje!…Gdybym tak nie wpakowała laski w stopę jednemu, czy drugiemu, to nikt by mi miejsca nie ustąpił..” – to jest złoto, które Rudnicka serwuje bez zbędnej cenzury. Albo ciotki, które – trzeźwe po raz pierwszy od lat – patrzą na tort weselny Amelii jakby zawierał arszenik zamiast cukru. „To jednak jest obraźliwe. Traktują nas jak pijaczki.” No przecież jak to nie jest o nas wszystkich, to nie wiem, co jest.
Rudnicka nie ma litości dla swoich postaci – i całe szczęście. Nie owija w bawełnę, nie wygładza – pokazuje kobiety takie, jakie są naprawdę: silne, ale zmęczone; zakochane, ale cyniczne; spragnione miłości, ale zbyt dumne, żeby się do tego przyznać. I to właśnie ten miks sprawia, że „Klątwa babci Józi” nie jest obyczajówką do kawy z mlekiem, tylko gorzkim, choć cholernie zabawnym remedium na całą tę słodycz, którą próbują nas karmić inne powieści z tego gatunku.
I teraz będzie moment szczerości: książka nie jest idealna. Momentami tempo siada, niektóre postaci – jak Miłosz – są trochę zbyt grzeczne, zbyt poprawne, jakby wrzucone do tego szaleństwa, żeby zrównoważyć chaos. Ale wiecie co? Może i dobrze, bo jakby każda postać była jak ciotki po dwóch butelkach nalewki, to czytelnik by tego nie przeżył.
Nie da się też nie docenić, jak błyskotliwie Rudnicka łączy warstwę komiczną z tragiczną. Bo za każdą ripostą, za każdym „Nie chcę rozwodu” wysłanym z cudzego telefonu, za każdym odruchem ucieczki, stoi konkret: potrzeba bycia zauważoną, kochaną, potrzebną. Ta książka śmieje się z nas, żebyśmy my mogły się trochę mniej bać tego, co w nas prawdziwe.
Więc jeśli, tak jak ja, podchodzisz do obyczajówek z przymrużeniem oka i nerwem na spust, to wiedz, że „Klątwa babci Józi” to nie jest książka, która cię pogłaszcze. To książka, która ci powie: „Spójrz na swoją rodzinę. I nie mów, że nie masz w niej żadnej Wieśki.”
I może, tak jak ja, zakończysz tę lekturę ze wzruszeniem, którego się nie spodziewałaś. Bo klątwa może i nie istnieje, ale bagaż pokoleniowy – jak najbardziej. A skoro już musimy go nosić, to lepiej z Rudnicką pod pachą i śmiechem przez łzy, niż z milczeniem jak kamieniem w gardle.
Książkę przeczytałam w ramach akcji #BTklatwababciJozi oragnizowanej przez @agatagorny75
Dziękuję
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
