
Autor: Wojciech Kulawski
Tytuł: Między światami
Data premiery: 07.07.2023
Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
Liczba stron: 303
Gatunek: horror
„Zło nie musi przychodzić z zewnątrz. Wystarczy, że ktoś da mu dostęp – przez głowę, przez myśl, przez falę.”
Świat trzeba będzie spalić i zbudować od nowa – taka była moja pierwsza myśl po przeczytaniu „Między światami” Wojciecha Kulawskiego. Nie dlatego, że autor przedstawił apokalipsę. Nie dlatego, że świat przedstawiony popadł w ruinę – choć to również. Ale dlatego, że tak cholernie dobrze napisał książkę o tym, jak krucha jest nasza wiara w porządek, kontrolę i to, że jeszcze mamy coś do powiedzenia we własnym życiu. A ja, która zaczęłam lekturę z ironicznym uśmiechem – bo co to za tytuł, „Między światami”, brzmi jak coś, co wciągnęło się za młodu jako fantasy – skończyłam ją z rozdziawioną gębą i z myślą: „No to teraz niech ktoś spróbuje napisać lepiej.”
Bo Kulawski nie napisał kolejnego thrillera z efekciarską końcówką i jednowymiarowym bohaterem, który będzie się miotał między traumą a powinnością, z obowiązkową retrospekcją w tle i rozgrzeszającym finałem. Nie. On napisał książkę, która jest jednocześnie eksperymentem myślowym, psychologicznym boiskiem, horrorem egzystencjalnym i wielką, soczystą szyderą z tego, jak bardzo chcemy wierzyć, że technologia, miłość albo poświęcenie coś jeszcze znaczą.
Zacznijmy od pozorów. Mamy faceta, Leona Kowala, prywatnego detektywa, byłego glinę, który nie jest ani sympatyczny, ani szczególnie stabilny, ani tym bardziej „do lubienia”. Biuro Leona dostaje zlecenie odnalezienia kobiety, która rzekomo zaginęła, ale może wcale nie chce być znaleziona. Mamy też – pozornie zupełnie osobny – eksperyment neuropsychologiczny z udziałem trzech kobiet zamkniętych w laboratorium o wdzięcznej nazwie InfoSense, gdzie bada się ich mózgi, świadomość, reakcje na fale elektromagnetyczne. Już brzmi znajomo, prawda? A jednak Kulawski po paru rozdziałach robi coś, czego nie spodziewałam się zupełnie – i nie chodzi mi o twisty fabularne, choć te są i to takie, że miałam ochotę odłożyć książkę, usiąść i się zamyślić – tylko o to, że narracja rozlewa się jak wino z rozbitego kieliszka. Coraz więcej bohaterów, coraz więcej głosów, coraz więcej rzeczy, które zaczynają do siebie pasować tak idealnie, że aż niepokojąco.
Bo ta książka nie buduje napięcia tanimi trikami. Ona je plecie. Gęsto, duszno, z wyczuciem. I nagle okazuje się, że czytając coś, co wyglądało na historię o detektywie i grupie testowej, siedzę po uszy w paranoicznym koszmarze o wpływie myśli, o granicach świadomości i o tym, co się stanie, gdy człowiek naprawdę – ale tak do cna – utraci kontrolę nad sobą. Nie w symbolicznym sensie. W realnym. Fale, które zmieniają osobowość. Obrazy, które przenikają do głów. Emocje, które nie są już nasze. Zło, które nie potrzebuje fizycznego wejścia – wystarczy luka w świadomości.
Kulawski zaskakuje nie tylko fabularnie, ale też literacko. Bo język tej książki jest… funkcjonalny. Nie silący się na poetyckość, ale gęsty, obrazowy, precyzyjny jak skalpel. A kiedy trzeba – obrzydliwie brutalny. Są tu sceny, które wciągają cię za włosy do piekła i jeszcze pytają: „Chcesz dalej, czy wystarczy ci na dziś?” I, owszem, czasem miałam ochotę powiedzieć: „Wystarczy.” Ale nie mogłam przestać. Bo to książka, która hipnotyzuje – nie stylem, tylko ideą. Tym, że każda kolejna strona zmusza cię do kwestionowania wszystkiego, co myślałaś o postaciach, o fabule, o świecie przedstawionym.
Postacie? Prawdziwe bagno. I to w najlepszym sensie. Leon, który zaczyna jako cyniczny detektyw, okazuje się kimś znacznie bardziej złożonym – i znacznie bardziej przerażającym. Monika, Olga, Paulina – każda z kobiet uczestniczących w eksperymencie jest inna, każda wnosi coś, co na początku wydaje się psychologiczną ciekawostką, a kończy jako psychopatyczny dramat. Grażyna, kobieta-naukowiec, która z miłości przekracza kolejne granice etyczne – do momentu, w którym granic już nie ma. I wreszcie Sylwia – nieobecna, pogrążona w śpiączce, a jednocześnie obecna jak cień, który czujesz na karku, zanim zdążysz się odwrócić.
Kulawski buduje świat pełen metafor, ale ich nie tłumaczy. Tu nie ma didaskaliów. Nie ma „jakbyś, drogi czytelniku, nie zauważył…” Nie. On zakłada, że jesteś bystry, że wyłapiesz. Że się domyślisz. I daje ci to, co najlepsze – literacką godność. A jednocześnie nie ma w nim tej pretensjonalności, która często w thrillerach i horrorach „z wyższym IQ” jest nie do zniesienia. Tu wszystko jest tak podane, jak lubię: z luzem, ironią, ale też z uczciwym ciężarem tematu. Bo ta książka naprawdę mówi o czymś ważnym – o tym, jak cienka jest granica między eksperymentem a manipulacją. Między chęcią poznania a chęcią kontroli. Między miłością a obsesją. I, oczywiście, między światem a… tym drugim światem. Tym, do którego lepiej nie zaglądać, ale z którym, niestety, pewnego dnia możesz się obudzić w jednym łóżku.
Czy da się coś skrytykować? Oczywiście, i chwała Kulawskiemu za to, że nie jest nieomylny, bo przynajmniej nie muszę kończyć recenzji jak zakochana nastolatka. Przede wszystkim: końcówka. Mocna, owszem. Spektakularna, tak. Ale też miejscami zbyt przegięta. Trochę za dużo gore, trochę za bardzo w stronę B-klasowego horroru z piwnicy Tarantino. Rozumiem konwencję, doceniam konsekwencję, ale momentami miałam wrażenie, że autor tak się rozsmakował we własnym szaleństwie, że zapomniał, iż czytelnik też musi gdzieś mieć punkt zaczepienia. A tu nagle bach – opętania, demoniczne monologi i końcówka rodem z Lovecrafta na kwasie. Fajnie, ale może ciut za dużo na raz.
Poza tym: kilka wątków pobocznych mogło być domkniętych z większą czułością. Niektóre postacie, świetnie zapowiedziane, rozpływają się jak sen po whisky – zanim zdążysz je pokochać albo znienawidzić. A szkoda. Bo Kulawski potrafi pisać postaci i potrafi nimi rzucać o ścianę z wdziękiem i precyzją, jakich zazdroszczę.
Ale summa summarum: to jest książka, która zostaje w głowie. Nie przez efekciarskie zwroty akcji, nie przez krew i flaki, ale przez myśl. Przez klimat. Przez to, że nagle czujesz się obserwowany. Że zaczynasz się zastanawiać, ile z twoich myśli naprawdę należy do ciebie. Że wcale nie jesteś pewna, czy to ty decydujesz, co właśnie czujesz.
„Między światami” to opowieść o upadku – nie społeczeństwa, nie świata, ale jednostki. To książka o tym, że piekło nie jest miejscem z ogniem i diabłami. Piekło to świadomość, która nie wie już, kim jest. I która nie może już wyłączyć dźwięku.
Kulawski zrobił coś, czego nie spodziewałam się po polskim thrillerze z domieszką SF i mistycyzmu: napisał powieść tak cholernie dobrą, że po jej skończeniu przez chwilę siedziałam w milczeniu, z tą pustką w środku, której nie daje ci żadna przeciętna lektura. Tylko te najlepsze. Te, które wchodzą do środka i przestawiają ci meble w duszy.
Więc jeśli szukasz książki, która cię zaskoczy, przestraszy, obrzydzi i zachwyci – sięgnij po „Między światami”. Ale ostrzegam: po tej podróży możesz już nie być tą samą osobą.
Książkę przeczytałam w ramach akcji #BTuducha
#czytamzduchem, @books_in_blood1, @wojciech_kulawski
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
