Recenzje

„Martwy ciąg” – Tomasz Kozioł

Autor: Tomasz Kozioł
Tytuł: Martwy ciąg

Data premiery: 26.03.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 464
Gatunek:horror

„Można uciec z domu, ale nie da się uciec od tego, co się w nim wydarzyło.”

I w tym jednym zdaniu mieści się cała prawda o tej książce – nie o fabule, nie o miejscu akcji, nawet nie o bohaterach, tylko o tym, co naprawdę tu pracuje pod skórą. Bo „Martwy ciąg” udaje przez chwilę historię o sile, o sporcie, o wyciąganiu się z bagna własnego życia, ale to jest tylko elegancko założona maska. Pod spodem siedzi coś znacznie mniej instagramowego, znacznie mniej „fit”, znacznie mniej inspirującego w tym tanim, plastikowym sensie. Siedzi trauma. I siedzi mechanizm, który tę traumę potrafi wykorzystać lepiej niż niejeden terapeuta – tylko że zamiast leczyć, robi z niej narzędzie kontroli.

I powiem ci od razu, bez żadnego rozgrzewkowego wstępu: to jest książka, która bardzo szybko przestaje być wygodna. Nie dlatego, że epatuje przemocą – choć ta jest obecna i wcale nie owinięta w watę – tylko dlatego, że z uporem godnym kogoś, kto wie, co robi, pokazuje, jak łatwo można pomylić ratunek z kolejną formą zniewolenia.

Bo przecież wszystko zaczyna się niewinnie. A raczej tak niewinnie, jak tylko może się zacząć historia chłopaka, który wyniósł się z domu, w którym przemoc była językiem codziennym. Ucieczka nie jest tu żadnym heroicznym gestem, tylko odruchem. Czymś tak oczywistym, jak cofnięcie ręki od ognia. I wydawałoby się, że skoro już się wyrwałeś, to teraz będzie lepiej. Że wystarczy znaleźć miejsce, ludzi, kierunek. Że wystarczy zacząć od nowa.

No i właśnie w tym miejscu pojawia się ktoś, kto mówi: „chodź, ja ci pokażę jak”.

I to jest moment, w którym człowiek z doświadczeniem życiowym zaczyna się niepokoić, a młody, poobijany chłopak zaczyna oddychać z ulgą.

Staliński nie musi krzyczeć. Nie musi nawet specjalnie się starać. Wystarczy, że daje coś, czego wcześniej nie było — strukturę, cel, poczucie bycia potrzebnym. Wystarczy, że opowiada historię, w której wszystko ma sens. W której ciężka praca prowadzi gdzieś konkretnie, w której wysiłek się opłaca, w której ktoś w końcu widzi, że masz potencjał.

I nagle robi się niebezpiecznie. Bo człowiek, który całe życie słyszał, że jest nic niewarty, bardzo łatwo zaufa komuś, kto mówi mu coś przeciwnego – nawet jeśli to „coś przeciwnego” jest tylko narzędziem.

I „Martwy ciąg” bezczelnie, konsekwentnie, momentami wręcz okrutnie rozbiera ten mechanizm na części pierwsze. Nie w formie wykładu, nie w formie analizy, tylko w tym, co robi najlepiej – w scenach, w relacjach, w napięciu, które rośnie tak długo, aż zaczyna brakować powietrza. Bo to nie jest książka, która opowiada historię. To jest książka, która ją ci pokazuje z takiej odległości, że nie masz gdzie się schować.

Podziemia starego klubu, remont, dźwiganie sprzętu – to wszystko wygląda jak tło, jak scenografia, jak pretekst do opowieści o „chłopakach, którzy próbują coś ze sobą zrobić”. I przez chwilę nawet można się na to nabrać. Można pomyśleć: okej, będzie o sporcie, o sile, o wychodzeniu z bagna.

Tyle że to bagno nie jest tam, gdzie myślisz. Nie w przeszłości. Nie w domu, z którego się uciekło. Ono idzie razem z bohaterem. Wchodzi z nim do tego klubu. Rozkłada się w tych murach, w tych relacjach, w tej strukturze, która z zewnątrz wygląda jak plan, a od środka jest systemem nacisku.

I najgorsze w tym wszystkim jest to, jak bardzo to jest wiarygodne.

Bo tu nie ma jednego momentu, w którym możesz powiedzieć: „o, teraz przekroczona została granica”. Granica przesuwa się powoli. Dyskretnie. Z dnia na dzień, z polecenia na polecenie, z „zrób jeszcze to” na „to przecież nic takiego”. A potem nagle jesteś w miejscu, w którym robisz rzeczy, na które jeszcze chwilę temu byś się nie zgodził. I nawet nie bardzo wiesz, kiedy to się stało.

To jest książka o tym momencie. O tej cienkiej linii między „jeszcze mam wybór” a „już jestem w to wplątany”.

I kiedy pojawia się śmierć – brutalna, przypadkowa, pozbawiona jakiejkolwiek godności – to nie jest zwrot akcji w sensie sensacyjnym. To jest moment, w którym wszystko, co było wcześniej, zostaje sprawdzone.

W teorii sprawa jest prosta. Ktoś ginie. Wzywa się pomoc. Kończy się historia.

W praktyce sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Bo nagle okazuje się, że strach nie działa w logiczny sposób. Że poczucie winy można tak łatwo przesunąć, że zaczyna obejmować wszystkich. Że ktoś, kto ma wystarczająco silną osobowość, potrafi w kilka minut przejąć kontrolę nad sytuacją, nad narracją, nad ludźmi.

I zanim zdążysz pomyśleć „to nie ma sensu”, już jesteś częścią decyzji, która nie powinna zostać podjęta.

Ukrycie ciała nie jest tutaj sceną do „wow”. To jest moment, w którym książka zmienia temperaturę. Z chłodnej, obserwacyjnej robi się duszna. Ciężka. Lepka.

I nie chodzi tylko o to, co robią bohaterowie. Chodzi o to, co się z nimi dzieje potem.

Bo „Martwy ciąg” nie interesuje się zbrodnią jako wydarzeniem. Interesuje się zbrodnią jako stanem.

Jako czymś, co zostaje w człowieku. Co zaczyna go rozkładać od środka. Rozpad nie jest spektakularny. Nie ma tu efektownych monologów, dramatycznych wybuchów, hollywoodzkich scen załamania. Jest coś znacznie bardziej niewygodnego: powolne pękanie.

Człowiek przestaje spać. Przestaje myśleć jasno. Zaczyna widzieć rzeczy, których może nie ma – albo które są tylko przetworzoną wersją tego, co się wydarzyło. Przestrzeń przestaje być neutralna. Ściany zaczynają „pamiętać”. Cisza przestaje być ciszą.

I nie dostajesz odpowiedzi, czy to jest rzeczywiste.

I bardzo dobrze.

Bo gdybyś ją dostał, byłoby łatwiej. Mógłbyś powiedzieć: to tylko halucynacje. Albo: to coś więcej.

A tak zostajesz w tym zawieszeniu, które jest bliższe prawdzie niż jakiekolwiek wyjaśnienie.

Relacje między bohaterami też nie idą w stronę prostych rozwiązań. Nie ma tu nagłego przebudzenia, wielkich deklaracji, „od dziś robimy inaczej”. Każdy radzi sobie tak, jak potrafi – czyli najczęściej wcale sobie nie radzi.

Jedni uciekają w jeszcze większą lojalność, bo to daje iluzję stabilności. Inni zaczynają się rozpadać szybciej, bo nie mają już żadnych mechanizmów obronnych. Jeszcze inni po prostu znikają – emocjonalnie, psychicznie, jakby ktoś powoli wyciszał ich obecność.

A nad tym wszystkim wisi postać, która powinna być przewodnikiem, a jest kimś zupełnie innym.

I nie, nie chodzi o to, że Staliński jest „złym bohaterem”. To byłoby zbyt proste. Zbyt wygodne.

On jest kimś znacznie bardziej niepokojącym – kimś, kto naprawdę wierzy, że ma rację. Kto potrafi usprawiedliwić wszystko, co robi, jeśli tylko pasuje to do jego wizji. Kto nie widzi ludzi, tylko funkcje. Narzędzia. Elementy układanki.

I w tym sensie jest przerażająco realistyczny. Bo takich ludzi nie poznajesz po tym, że są potworami.

Poznajesz ich po tym, że na początku wydają się rozwiązaniem.

Na tle tej całej dusznej, ciężkiej historii pojawia się coś, co mogłoby być oddechem – relacja, która nie opiera się na kontroli, tylko na obecności. I to jest jeden z tych momentów, w których książka pozwala sobie na coś subtelniejszego. Na pokazanie, że można inaczej. Że siła nie musi oznaczać dominacji. Że ktoś może być obok, a nie nad tobą.

I to nie jest wielka, romantyczna historia. To jest coś znacznie bardziej cichego.

Ale właśnie dlatego działa.

Bo w świecie, w którym wszystko jest napięciem, przemocą i manipulacją, zwykła normalność okazuje się czymś niemal egzotycznym.

I to ona ostatecznie przesuwa bohatera w stronę decyzji, która nie ma w sobie nic z heroizmu.

Tylko ciężar.

Przyznanie się do tego, co się wydarzyło, nie jest tu triumfem. Nie jest momentem „oczyszczenia”. Jest kolejnym etapem – bolesnym, niepewnym, pełnym konsekwencji.

I książka tego nie upraszcza.

Nie mówi: dobrze zrobiłeś, więc teraz będzie lepiej.

Mówi raczej: zrobiłeś to, co trzeba było zrobić. Teraz zobaczymy, co dalej.

I ten „co dalej” jest chyba najuczciwszą częścią całej tej historii.

Bo nie kończy się ona na wydarzeniach w klubie. Nie kończy się na rozliczeniu. Nie kończy się nawet na nazwaniu rzeczy po imieniu.

Kończy się tam, gdzie zaczęła się naprawdę — w relacji z tym, co było wcześniej.

Powrót do miejsca, z którego się uciekło, nie jest tu sentymentalną podróżą. To nie jest scena, w której wszystko się wyjaśnia, ktoś przeprasza, ktoś wybacza, świat wraca na właściwe tory.

To jest konfrontacja.

Z tym, co cię ukształtowało. Z tym, co cię złamało. Z tym, co przez lata definiowało twoje reakcje.

I kiedy w końcu coś się zmienia — nie spektakularnie, nie efektownie, tylko w tej jednej, kluczowej reakcji – masz poczucie, że to jest jedyny moment w tej książce, który można nazwać prawdziwym przełomem.

Nie dlatego, że wszystko się naprawia.

Dlatego, że coś przestaje się powtarzać.

„Martwy ciąg” nie jest książką, którą się „lubi”. To nie jest ta półka. To jest książka, która cię uwiera, która momentami męczy, która nie daje łatwej satysfakcji. Ale jeśli dasz jej przestrzeń, to zaczyna działać tam, gdzie większość thrillerów nawet nie próbuje zajrzeć.

W głowie.

I zostaje tam dłużej, niż byś chciał.

Bo kiedy już zamkniesz tę historię, bardzo trudno nie zadać sobie jednego pytania:

ile z tego, co nazywamy „drugą szansą”, jest naprawdę szansą – a ile tylko kolejną wersją tego samego schematu, w który tak desperacko chcemy uwierzyć, że tym razem będzie inaczej.

Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *