
Autor: Zbigniew Jarzembek
Tytuł: Dwie czwórki
Data premiery: 30.06.2025
Wydawnictwo:Ridero
Liczba stron: 308
Gatunek: kryminał, sensacja
Audio czyta: Bartosz Głogowski
„W dwutysięcznym roku ktoś nadal ma odwagę grozić innym z powodu rzeczy, które działy się w czasie wojny?”
To zdanie brzmi jak zaczepka rzucona czytelnikowi – i dobrze, bo „Dwie czwórki” Zbigniewa Jarzembka właśnie na tym gra: na niewygodzie, na tym cichym napięciu, które nie potrzebuje fajerwerków, żeby działać, tylko cierpliwie rozkłada w czasie historię, która zamiast eksplodować, powoli sączy się pod skórę.
Skończyłam audiobook i mam wrażenie, że wyszłam z czyjegoś rodzinnego archiwum. Takiego, którego nie powinno się otwierać bez rękawiczek.
Fabuła, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie udaje niczego więcej niż dobrze skrojonej sensacji osadzonej w historii. Mamy trzy plany czasowe, rodzinne tajemnice, wojenne traumy, echa powojennych układów i współczesne śledztwo młodego człowieka, który zaczyna grzebać w przeszłości swojej rodziny. Jest Pomorze czasu wojny – brudne, napięte, pełne decyzji, które nie mają dobrych odpowiedzi. Jest powojenna Europa, w której nic nie układa się tak, jak powinno, a stare lojalności zmieniają właścicieli szybciej niż granice. Jest Tel Awiw, są służby, są ludzie, którzy wiedzą za dużo i tacy, którzy wiedzieć nie powinni. I jest współczesność, która tylko udaje, że nie ma z tym nic wspólnego.
Brzmi znajomo? Oczywiście. I właśnie dlatego to, czy ta książka działa, zależy nie od pomysłu, tylko od wykonania.
Autor ma jedną cholernie dobrą cechę: potrafi prowadzić czytelnika tak, żeby ten zawsze był o pół kroku za historią. Nigdy nie za bardzo, nigdy frustrująco, ale dokładnie tyle, żeby chciało się iść dalej. Żeby sprawdzić, co się wydarzyło naprawdę, kto kogo zdradził, kto milczał i dlaczego to milczenie ciąży bardziej niż jakiekolwiek słowa.
I kiedy wchodzą w to wszystko wątki szpiegowskie – Mossad, Stasi, powojenne układy – to nie są one tu dla ozdoby. One są jak druga warstwa tej samej opowieści. Bo to nie jest historia o wielkiej polityce. To jest historia o tym, jak wielka polityka wchodzi ludziom do domów i zostaje tam na dekady.
Najlepsze w tej książce jest to, że ona nie próbuje być efektowna. Nie ma tu tanich zwrotów akcji, które mają zrobić „wow”. Zamiast tego jest napięcie, które narasta niemal niezauważalnie. Takie, które łapiesz dopiero wtedy, kiedy orientujesz się, że już dawno przestałaś słuchać „dla fabuły”, a zaczęłaś słuchać, bo chcesz wiedzieć.
Bo coś tu się nie zgadza. Bo ktoś kłamie. Bo ktoś bardzo długo pilnował, żeby pewne rzeczy nigdy nie wyszły na jaw.
Jarzembek ma świetne wyczucie konstrukcji. Ta historia naprawdę się spina – wątki, które na początku wyglądają jak osobne opowieści, zaczynają się zazębiać, a moment, w którym czytelnik zaczyna widzieć więcej niż bohater, jest dobrze wyczuty. Tempo? Sprawne. Napięcie? Obecne, choć nie krzyczy. To raczej ten typ narracji, który buduje atmosferę zamiast epatować akcją.
Tyle że gdzieś po drodze widać wyraźnie, że to debiut.
Autor ma momentami niezdrową potrzebę tłumaczenia wszystkiego. Emocje są dopowiadane zamiast wybrzmiewać, bohaterowie częściej pełnią funkcję nośników fabuły niż ludzi z krwi i kości, a psychologia, choć obecna, bywa potraktowana po macoszemu, jakby najważniejsze było jednak doprowadzenie historii do punktu B.
I to jest dokładnie ten moment, w którym część czytelników się odkleja.
Bo jeśli szukasz gęstej, psychologicznej literatury, w której bohaterowie zostają z Tobą na długo, to nie jest ten adres. Tu ważniejszy jest mechanizm niż człowiek. Układanka niż jej elementy.
Ale, i to jest istotne, jeśli wejdziesz w tę historię z odpowiednim nastawieniem, ona się odwdzięcza.
Największą siłą „Dwóch czwórek” nie jest ani akcja, ani styl. Jest nią temat. To, co ta książka próbuje powiedzieć o pamięci, o milczeniu i o tym, że wojna nigdy nie kończy się wtedy, kiedy zamykają się podręczniki historii.
Jarzembek bardzo wyraźnie pokazuje jedną rzecz: prawda nie znika. Ona tylko zmienia formę. Przechodzi z pokolenia na pokolenie, czasem jako trauma, czasem jako sekret, czasem jako coś, czego nawet nie potrafimy nazwać, ale co i tak wpływa na decyzje ludzi, którzy – teoretycznie – nie mają z tym nic wspólnego.
I tutaj ta książka działa naprawdę dobrze.
Bo nagle okazuje się, że nie chodzi o to, kto był winny, a kto niewinny. Chodzi o to, czy w ogóle mamy prawo tę prawdę odkopywać. I czy jesteśmy gotowi ją unieść, kiedy już wyjdzie na powierzchnię.
To nie jest wygodne pytanie. I dobrze. „Dwie czwórki” są więc książką trochę na granicy.
Z jednej strony – solidna, wciągająca sensacja z historycznym tłem, która robi dokładnie to, co obiecuje. Z drugiej – tekst, który momentami zatrzymuje się o własne ograniczenia i przypomina, że to dopiero początek drogi.
I może właśnie dlatego zostaje po niej coś więcej niż tylko fabuła.
Nie konkretna scena, nie zwrot akcji, tylko myśl, która wraca po czasie: że są historie, które nigdy się nie kończą. I że czasem największym ciężarem nie jest to, co się wydarzyło – tylko to, że nikt nigdy nie odważył się o tym mówić.
Bo tu jest coś bardzo konkretnego. Historia, która nie kończy się razem z wojną. Ludzie, którzy nie potrafią od niej uciec. I czytelnik, który – trochę niepostrzeżenie – daje się w to wszystko wciągnąć głębiej, niż planował.
I to jest ten moment, w którym przestaje się analizować. A zaczyna się po prostu czytać dalej.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

