
Autor: John Glatt
Tytuł: Rodzina z domu obok
Data premiery: 09.02.2019
Wydawnictwo:Filia
Liczba stron: 368
Gatunek: truecrime, reportaż
„- Proszę posłuchać – powiedziała Jordan, ledwie łapiąc dech z wrażenia. – Mieszkam z piętnastoosobową rodziną, a rodzice stosują wobec nas przemoc.”
Tak zaczyna się ta historia. Nie od krzyku. Nie od policyjnych syren. Nie od gazetowego nagłówka o „domu grozy”, którym później karmiono telewizję śniadaniową i portale łase na ludzkie nieszczęście. John Glatt otwiera swoją książkę głosem dziewczynki, która po siedemnastu latach życia w zamknięciu po raz pierwszy próbuje rozmawiać ze światem zewnętrznym i robi to z ostrożnością człowieka, który nie jest pewien, czy w ogóle ma prawo prosić o pomoc.
To najmocniejsza decyzja reporterska w całej książce, bo Glatt od pierwszych stron ustawia proporcje tej historii. Sensacja schodzi na drugi plan. Najważniejsze pozostaje pytanie: jakim cudem trzynaścioro dzieci mogło przez lata znikać na oczach sąsiadów, urzędników, szkoły, kościoła i całego systemu, nie wzbudzając niczyjego realnego zainteresowania?
„Rodzina z domu obok” nie jest bowiem reportażem o potworach. Potwory są zbyt wygodne. Potwór zwalnia społeczeństwo z odpowiedzialności. Potwór pojawia się znikąd, jest wyjątkiem od reguły, aberracją, czymś egzotycznym i odległym. Glatt robi rzecz znacznie bardziej niekomfortową – pokazuje, że David i Louise Turpin nie spadli z kosmosu. Oni wyrośli z bardzo konkretnego świata, bardzo konkretnej przemocy i bardzo konkretnego milczenia.
I właśnie dlatego ta książka działa tak mocno.
Glatt zaczyna od ucieczki Jordan, od telefonu na 911, od dziewczynki, która nie zna adresu własnego domu, nie wie, czym są medykamenty i mówi operatorce, że chyba znajduje się niedaleko domu, ale tak naprawdę trudno jej to ocenić, bo nigdy wcześniej nie wychodziła sama na ulicę. Ta scena mogłaby zostać rozegrana jak thriller. Wielu autorów true crime właśnie by to zrobiło – podkręciłoby tempo, wrzuciło dramatyczną muzykę w tle, rozegrało ucieczkę jak hollywoodzki finał. Tymczasem Glatt pisze chłodno, niemal reportersko, a przez to jeszcze bardziej przerażająco. Jordan nie brzmi jak bohaterka sensacyjnej historii. Brzmi jak dziecko wychowane poza światem. Jej język jest prosty, pourywany, pełen niepewności. Kiedy operator pyta ją o ostatnią kąpiel, odpowiada po chwili zawahania: „Prawie rok temu”. I właśnie w takich momentach książka wbija nóż najgłębiej. Największą siłą „Rodziny z domu obok” pozostaje bowiem konstrukcja narracji. Glatt nie zatrzymuje się na odkryciu horroru w Perris. Nie interesuje go wyłącznie medialny moment, w którym policjanci wchodzą do cuchnącego domu i znajdują dzieci przykuwane łańcuchami do łóżek. On cofa się w czasie. Rozbiera tę historię warstwa po warstwie, jak patolog badający przyczynę śmierci, której źródło znajduje się znacznie głębiej niż ostatnia rana.
Najpierw David. Chudy, wysoki chłopak z obsesją na punkcie szachów, wychowany w radykalnym świecie zielonoświątkowego Kościoła Bożego, wnuk człowieka, który rządził rodziną żelazną ręką i traktował religię jak instrument absolutnej kontroli. Glatt bardzo dokładnie pokazuje rodzinne korzenie Davida, przemoc, fanatyzm religijny, patriarchalny porządek i kult posłuszeństwa przekazywany z pokolenia na pokolenie.
„Pewnego razu ukarał ich, zabierając im jedyną parę butów i tym samym zmuszając dzieci do chodzenia na boso po wiejskiej okolicy.”
To nie jest przypadkowa anegdota z rodzinnej historii. Glatt buduje w ten sposób ciągłość przemocy. Pokazuje, że zanim David Turpin zaczął zakuwać własne dzieci w łańcuchy, sam wyrastał w świecie, w którym cierpienie i upokorzenie funkcjonowały jako legalne narzędzia wychowawcze, a religia dostarczała dla nich moralnego usprawiedliwienia.
Potem Louise. I tutaj książka staje się jeszcze cięższa. Glatt opisuje molestowanie seksualne w rodzinie Taylorów z reporterską powściągliwością, która działa dużo mocniej niż emocjonalne rozedrganie. Nie ma tu taniego epatowania krzywdą. Jest za to chłodna rekonstrukcja domu, w którym wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mówił.
„Molestował moją mamę przez całe jej życie” – mówi Teresa o własnym dziadku.
I nagle historia Turpinów przestaje być opowieścią o „szaleńcach”. Zaczyna przypominać kronikę rodzinnego dziedziczenia przemocy, milczenia i wypaczonego pojęcia władzy.
Najbardziej przerażające pozostaje to, że Glatt nie próbuje swoich bohaterów wybielać. Nie tłumaczy ich traumą. Nie zamienia Davida i Louise w ofiary systemu. Robi coś znacznie dojrzalszego literacko – pokazuje mechanizm. Pokazuje, jak z ludzi skrzywdzonych mogą wyrosnąć ludzie okrutni. Pokazuje, jak religia staje się narzędziem izolacji. Pokazuje, jak dom powoli zmienia się w prywatne państwo totalitarne. I robi to z reporterską precyzją.
Najmocniejsze fragmenty książki wcale nie dotyczą samego odkrycia horroru, lecz codzienności dzieci Turpinów. Jednego posiłku dziennie. Spania za dnia i funkcjonowania nocą. Zakazu patrzenia przez okna. Glatt bardzo mądrze pokazuje też coś jeszcze – David i Louise stworzyli własną domową sektę. Nie przypadkiem w książce pojawia się ekspert od sekt Rick Ross, który tłumaczy mechanizmy narcystycznej kontroli i budowania absolutnego podporządkowania. Turpinowie wymagali od dzieci, by mówiły do nich „Matko” i „Ojcze”, niemal jak biblijni patriarchowie. W tym domu nie było rodziny. Był system.
I właśnie dlatego tak trudno czyta się sceny po uwolnieniu dzieci. Policjanci spodziewają się znaleźć grupę więźniów błagających o ratunek. Tymczasem trafiają na ludzi, którzy nie potrafią funkcjonować poza własnym więzieniem. Dorosłe kobiety ważące tyle co dzieci. Ludzi nieumiejących normalnie rozmawiać. Osoby, które nie wiedzą, czym jest lekarz, edukacja, życie społeczne czy zwyczajna codzienność. W jednej z najmocniejszych scen Jonathan Turpin zostaje uwolniony z łańcucha i zachowuje się tak, „jakby zupełnie nic się nie wydarzyło”. To zdanie zostaje w głowie na długo.
Glatt bardzo wyraźnie pokazuje również ogromną porażkę instytucji państwowych. Domowe nauczanie praktycznie nigdy nie zostało zweryfikowane. Nikt nie kontrolował warunków życia dzieci. Sąsiedzi widzieli niewiele, bo Turpinowie żyli jak duchy, ale właśnie to powinno budzić pytania. Tymczasem przez lata wszyscy woleli wierzyć w wygodną wersję rzeczywistości.
Przyzwoita dzielnica. Dobrze zarabiający ojciec. Religijna rodzina. Dom z zadbanym trawnikiem. Amerykański sen. A za drzwiami dzieci śpiące we własnych odchodach.
Najbardziej interesujące w sposobie pisania Glatta pozostaje jednak to, że autor ani przez moment nie próbuje literacko „upiększać” tej historii. Jego styl jest prosty, momentami wręcz surowy, ale właśnie dzięki temu książka ma siłę dokumentu. Nie czyta się jej jak thrillera psychologicznego. Czyta się ją jak akt oskarżenia wobec ludzi, którzy przez lata wybierali święty spokój zamiast zadawania pytań.
I może właśnie dlatego „Rodzina z domu obok” zostawia po sobie tak nieprzyjemne uczucie. Bo po zamknięciu książki bardzo trudno uwierzyć, że podobne historie są wyjątkiem.
Rick Ross mówi w pewnym momencie: „Wbrew pozorom takie sprawy nie są rzadkie, ale dowiadujemy się o nich dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś strasznego”.
To właściwie definicja całego true crime.
Ludzie uwielbiają myśleć, że zło wygląda spektakularnie. Że cuchnie od pierwszego wejrzenia. Że mieszka w opuszczonych piwnicach i nawiedzonych domach. Tymczasem Glatt pokazuje coś znacznie bardziej realistycznego i dużo bardziej przerażającego – zło bardzo często mieszka w identycznym domu jak wszystkie inne. Ma kredyt hipoteczny, samochód na podjeździe, chodzi do kościoła i mówi sąsiadom „dzień dobry”.
A potem zamyka drzwi…
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

