
Autor: Agata Sobisz
Tytuł: Posoka
Data premiery: 19.01.2026
Wydawnictwo: Nine Realms
Liczba stron: 348
Gatunek: fantasy, science fiction
„Las nie zapomina. Może milczeć latami, może pozwolić ludziom uwierzyć, że wszystko minęło, ale kiedy w końcu się upomni – robi to z cierpliwością czegoś, co czekało znacznie dłużej niż jedno ludzkie życie.”
Usiądź, mój czytelniku, nalej sobie czegoś dobrego do filiżanki i posłuchaj, bo mam dla ciebie historię, która zaczyna się jak legenda zasłyszana gdzieś przy kuchennym stole, ale z każdą kolejną stroną okazuje się czymś znacznie poważniejszym. I mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo kiedy sięgałam po „Posokę” Agaty Sobisz, spodziewałam się – jak pewnie wielu czytelników – kolejnej wariacji na temat słowiańskiej demonologii, trochę lasu, trochę legendy, może kilka dramatycznych scen z demonem czającym się między drzewami.
Tymczasem dostałam coś zupełnie innego.
Dostałam historię, która rozciąga się na niemal sto lat i zamiast jednej fabuły oferuje coś, co przypomina kronikę miejsca. Czartajewa – wsi, która mogłaby istnieć gdzieś na wschodnim pograniczu, tam gdzie historia nigdy nie jest jednowarstwowa, gdzie języki mieszają się tak naturalnie jak zapach wilgotnej ziemi z dymem z pieców, a pamięć o wydarzeniach sprzed dekad żyje w opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
I to właśnie pokolenia są tutaj kluczem.
Bo choć „Posoka” składa się z rozdziałów oznaczonych kolejnymi latami – od roku 1926 aż po współczesność – nie są to oddzielne historie o zupełnie nowych bohaterach. Wręcz przeciwnie. To wciąż te same rodziny, te same nazwiska, te same linie krwi, które z biegiem lat splatają się coraz mocniej w jedną opowieść.
Saga, powiedziałabym bez wahania.
Saga o miejscu, które nie potrafi zapomnieć.
A wszystko zaczyna się, jak to zwykle bywa w takich historiach, od jednego wydarzenia. Jednego momentu, który w chwili gdy się dzieje wydaje się może tylko kolejnym epizodem w życiu wsi, ale z perspektywy czasu okazuje się początkiem czegoś znacznie większego.
Gniewu.
Bo Leszy, który pojawia się w tej książce, nie jest romantycznym duchem lasu ani tajemniczym strażnikiem natury, jak czasem przedstawia go popkultura. Sobisz sięga raczej po pierwotny, ludowy obraz tej istoty – demona, który pamięta krzywdę i który potrafi być cierpliwy w swojej zemście w sposób, który dla człowieka jest niemal niewyobrażalny.
Jeśli ktoś go rozgniewał – a ktoś najwyraźniej to zrobił – nie zapomina.
Nie przebacza. I nie spieszy się. To właśnie ta cierpliwość czyni go tak niepokojącym.
Leszy jest tu raczej czymś w rodzaju strażnika starego porządku. Uosobieniem lasu, który pamięta więcej niż ludzie. Siłą, która nie tyle ingeruje w ludzkie życie, co raczej przypomina, że świat nie zaczął się wczoraj i że pewne rzeczy – zwłaszcza te zapisane w krwi – mają niezwykle długą pamięć.
A skoro już o krwi mowa. Tytułowa posoka nie jest tu tylko literackim ornamentem.
To słowo, które powraca w tej książce jak refren, jak echo, jak przypomnienie, że każda historia ma swoje źródło – a czasem również swoją cenę.
W Czartajewie przeszłość nie jest czymś, co można zamknąć w archiwum i zapomnieć. Przeszłość chodzi po tej ziemi. Mówi głosami ludzi. Wraca w losach ich dzieci.
I właśnie dlatego konstrukcja tej powieści jest tak sprytna.
Bo w „Posoce” zemsta nie przychodzi natychmiast. Ona rozciąga się na dziesięciolecia. Przechodzi przez kolejne pokolenia ludzi, którzy często nawet nie wiedzą, że uczestniczą w historii rozpoczętej na długo przed ich narodzinami.
Każdy rozdział wygląda jak oddzielna opowieść. Ktoś się rodzi, ktoś znika, ktoś opowiada starą historię o lesie, ktoś inny próbuje udawać, że te wszystkie legendy to tylko zabobony. Czytelnik przez chwilę ma wrażenie, że obserwuje zbiór powiązanych ze sobą anegdot.
A potem zaczyna rozumieć. Że te historie nie są przypadkowe. Że one układają się w wzór. Wzór powtarzających się wydarzeń, decyzji i tragedii, które rozciągają się przez kolejne pokolenia jak cienka, prawie niewidoczna nić. I nagle okazuje się, że rok 1926 nie jest wcale początkiem historii. Jest tylko pierwszym momentem, w którym ktoś ją zapisał.
Każdy rozdział przenosi czytelnika w inny moment w czasie. Widzimy Czartajewo w latach międzywojennych, potem w powojennej rzeczywistości, później w czasach coraz bardziej współczesnych. Zmienia się świat, zmieniają się ludzie, zmieniają się ich codzienne problemy i troski.
Ale las pozostaje ten sam.
I gdzieś na jego granicy wciąż czai się coś, czego nie można zignorować.
To bardzo elegancki zabieg narracyjny, bo dzięki niemu czytelnik nie dostaje jednego bohatera, z którym przechodzi przez całą historię. Zamiast tego obserwuje, jak los jednej rodziny przeplata się z losem drugiej, jak dzieci dorastają, zakładają własne rodziny, a potem ich dzieci zaczynają zadawać pytania, na które poprzednie pokolenia nigdy nie chciały odpowiadać.
I powoli zaczyna się rozumieć, że to, co wydarzyło się kiedyś, nie zostało zamknięte w przeszłości.
Zostało tylko odłożone. Na później.
Muszę też powiedzieć kilka słów o języku, bo to rzecz, która może niektórych czytelników zaskoczyć.
Początek książki jest momentami wymagający, zwłaszcza jeśli ktoś nie ma cierpliwości do stylizowanej mowy. W dialogach pojawiają się wtręty z języka rosyjskiego czy raczej z tej charakterystycznej mieszanki pogranicza, zapisywane fonetycznie, co sprawia, że przez pierwsze strony trzeba się trochę zatrzymać i złapać rytm tej mowy.
Przyznam ci się szczerze – na początku też musiałam się przyzwyczaić.
Ale potem stało się coś ciekawego. Zamiast przeszkadzać, ten język zaczął budować atmosferę miejsca. Nagle Czartajewo przestało być tylko fikcyjną wsią w książce. Zaczęło brzmieć jak prawdziwe miejsce, w którym ludzie naprawdę mówią w taki sposób, w jaki nauczyli się mówić od swoich rodziców i dziadków.
A skoro już jesteśmy przy atmosferze, muszę powiedzieć jedno: Sobisz potrafi pisać obrazy.
Las w tej książce nie jest dekoracją. Jest bohaterem. Ma swoje kolory, swoje dźwięki, swoje zapachy. Czasem jest zielony i spokojny, czasem czarny i gęsty jak noc, a czasem tak milczący, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie obserwuje go coś ukrytego między drzewami.
Ta plastyczność opisów sprawia, że wiele scen czyta się niemal jak fragment starej, dziewiętnastowiecznej powieści przygodowej, w której autor pozwala sobie na długie zdania, szerokie panoramy i narrację, która nie spieszy się, bo wie, że dobra historia potrzebuje czasu.
I tu dochodzimy do jednej rzeczy, którą w tej książce naprawdę cenię.
Cierpliwości.
Autorka nie próbuje straszyć czytelnika co kilka stron. Nie rzuca demonem na prawo i lewo. Leszy pojawia się raczej jak cień na obrzeżach historii – czasem ktoś o nim wspomni, czasem wydarzy się coś, co trudno racjonalnie wytłumaczyć, czasem ktoś z bohaterów zacznie się zastanawiać, czy pewne stare opowieści przypadkiem nie były bliższe prawdy, niż chcielibyśmy przyznać.
I właśnie ta powolność buduje napięcie.
Bo kiedy czytelnik zaczyna rozumieć, jak daleko sięga ta historia, jak wiele pokoleń żyło w cieniu wydarzeń sprzed lat, nagle okazuje się, że to nie jest opowieść o jednym demonie.
To jest opowieść o pamięci.
O tym, że pewne miejsca przechowują historie tak długo, aż ktoś w końcu będzie gotów je usłyszeć.
Nie wszystko w tej książce jest idealne – momentami chciałoby się zostać z niektórymi bohaterami dłużej, poznać ich bliżej, zobaczyć więcej z ich życia. Wielopokoleniowa konstrukcja sprawia, że niektóre wątki pojawiają się i znikają szybciej, niż czytelnik zdąży się do nich przywiązać.
Ale jednocześnie trudno sobie wyobrazić tę historię opowiedzianą inaczej.
Bo „Posoka” nie jest historią jednej osoby. Jest historią krwi. Krwi, która płynie przez kolejne pokolenia, niesie w sobie pamięć dawnych wydarzeń i przypomina, że przeszłość nigdy nie jest tak daleko, jak chcielibyśmy wierzyć.
A kiedy na końcu tej historii pojawia się zdanie, które przytoczyłam na początku naszej rozmowy, nagle wszystko zaczyna wyglądać inaczej.
Bo może w świecie, w którym tak wiele rzeczy wydaje się zapisanych w krwi i historii, jedyną prawdziwie wolną decyzją jest ta, którą człowiek podejmuje z własnej woli.
I może właśnie dlatego ta opowieść o demonie z lasu jest tak naprawdę historią o ludziach.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
