
Autor:
Tytuł: Miesiąc z komisarzem Montalbano
Data premiery: 01.01.2005
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 352
Gatunek: kryminał
Tłumaczenie: Stanisław Kasprzysiak
„… A teraz powiem, że mamy przejazdem nieżywego.
– To niech sobie jedzie dalej..”
Tramwaj zahamował z tym swoim nieśmiertelnym piskiem, który budzi w człowieku wszystkie złe wspomnienia. Ciepły poranek, kawa jeszcze nie działa, a na kolanach Miesiąc z komisarzem Montalbano. Jedno opowiadanie – jedna podróż. Trzydzieści tekstów na trzydzieści dni, jeśli ktoś lubi trzymać się kalendarza. Ale jeśli, jak Montalbano, uważacie, że porządek jest przereklamowany, to czytajcie po dwa. Albo pięć. Byle nie w środku kolacji – szkoda makaronu na wylew śmiechu przez nos.
Bo ten zbiór to nie są klasyczne kryminały, chociaż zbrodni w nich nie brakuje. To raczej literackie tapas – czasem ostre, czasem kwaśne, czasem tak zaskakujące, że człowiek nie wie, czy właśnie przeczytał historię o trupie, czy o tym, że komisarz pokłócił się z własnym żołądkiem. Albo z Livią. Albo z losem. Albo – najczęściej – z Catarellą.
Już pierwszy tekst zaczyna się typowo dla Camilleriego: nie od trupa, nie od broni palnej, tylko od „niewłaściwego” zapachu. Bo Montalbano, jak przystało na porządnego Sycylijczyka, wszystko analizuje nosem. Jeśli coś śmierdzi, to znaczy, że trzeba się temu przyjrzeć. I zazwyczaj ma rację.
„Triest umiał zamienić daremny pościg w spokojną, pogodną przechadzkę. Komisarzowi sprawił przyjemność wyraźny, mocny zapach Morza Adriatyckiego, tak różny do zapachu morza w jego stronach.”
Brzmi poetycko? Owszem. Ale spokojnie – chwilę później ktoś dostaje w twarz, a komisarz rzuca czymś wściekły o ścianę. Taki urok tych tekstów. Tu nie ma rozwlekłych wstępów. Jest tempo, są kąśliwe dialogi, są faceci, którzy nie umieją się dogadać bez krzyku, i kobiety, które i tak wiedzą lepiej. A pośrodku tego wszystkiego – on. Salvo Montalbano. Człowiek, który wie, że nie naprawi świata, ale chociaż spróbuje go zrozumieć. I dobrze zjeść w międzyczasie.
Nie każda zbrodnia musi mieć wielką scenę – wystarczy, że będzie miała sens.
Camilleri nie próbuje nas nabrać. Wiemy, że nie będzie spektakularnych zwrotów akcji. Tu napięcie buduje się jak ciasto na pizzę – powoli, cierpliwie, z szacunkiem do detalu. Opowiadania są krótkie, ale mają mięso. I nie chodzi o flaki z ofiary – raczej o obserwację ludzi. Ich motywacje, tchórzostwo, naiwność, tęsknotę za czymś, czego nie potrafią nazwać.
W jednym z opowiadań Montalbano śledzi mężczyznę, który regularnie odwiedza pewnego starzejącego się ginekologa – i za każdym razem wychodzi z gabinetu w znakomitym humorze. Okazuje się, że pacjentem jest… no właśnie, nie będę psuć. Ale Camilleri z wdziękiem balansuje tu na granicy absurdu i błyskotliwej pointy, dając nam opowieść tak absurdalną, że aż prawdziwą. I zabawną. Przez łzy.
W innym tekście poznajemy zazdrosnego męża, który najpierw planuje zbrodnię doskonałą, by chwilę później – pod wpływem komisarzowskiego „czy pan się, do cholery, słyszy?” – kompletnie się pogubić. Bo Montalbano nie jest tylko policjantem. On jest lustrem. Denerwującym, ironicznym, czasem złośliwym – ale jednak lustrem.
Camilleri potrafi jednym zdaniem opisać całą postać. A jego styl to majstersztyk powściągliwości – żadnych niepotrzebnych dygresji, żadnego wodolejstwa. Każde słowo ma wagę, każda scena – rytm. A język? W przekładzie Stanisława Kasprzysiaka zachowuje tę południową melodyjność, która sprawia, że czytelnik prawie słyszy akcenty bohaterów. I wie, kiedy Montalbano jest zły, a kiedy tylko udaje, że ma wszystko w nosie.
Dialogi są celne, cięte, pełne niedopowiedzeń i zgryźliwości. Catarella – ten językowy sabotażysta – mówi tak, jakby sam siebie nie rozumiał, ale trafia w punkt. Livia dzwoni zawsze wtedy, gdy Montalbano chce zjeść w spokoju. A sam komisarz? Można Go streścić jednym cytatem:
„Czy można być gliniarzem z urodzenia, mieć we krwi instynkt łowiecki, jak go nazywa Dashiell Hammet, a jednocześnie przepadać za dobrymi, wyszukanymi książkami? Można. Taki właśnie był komisarz Salvo Montalbano.”
Ten zbiór to nie są tylko kryminały – to szkice charakterologiczne. To portrety ludzi i sytuacji, które mogłyby się wydarzyć, gdyby świat był trochę bardziej sycylijski.
A gdzie w tym wszystkim jedzenie?
Bo przecież to Montalbano. A Montalbano nie myśli dobrze, jeśli nie zje dobrze. Choć w tym zbiorze kulinariów jest mniej niż w powieściach, to jednak ich obecność jest znacząca. Nie chodzi o ilość, tylko o sposób opowiadania.
To nie są opowiadania dla fanów gotowania. Ale jeśli czytelnik wie, że sardele powinny być świeże, a makaron al dente, to te niuanse smakowe i tak go dopadną. Gdzieś między trupem a rozważaniem o moralności – pojawi się makrela, oliwki z Gaety, albo ośmiornica duszona z czosnkiem. I od razu człowiek chce jechać do Vigaty. Albo chociaż na ryneczek po świeże mule.
Co mnie ujęło najmocniej?
Fakt, że Montalbano nie jest wzorem. Czasem przymyka oko. Czasem przekracza przepisy. Czasem się myli – i nie ma z tego powodu żadnych dramatycznych przemian wewnętrznych. Bo to nie bohater amerykańskiego thrillera, tylko Sycylijczyk z krwi i kości. Facet, który wie, że sprawiedliwość to nie zawsze litera prawa. I który ma dość samoświadomości, żeby nie robić z siebie męczennika.
„Między nimi dwoma przyjaźń układała się, układała i jakoś nie mogła się ułożyć.”
Tym zdaniem można by opisać niejedną relację komisarza – z kobietami, z podwładnymi, z przełożonymi, ze światem. To człowiek, który nie pasuje do swojego czasu. Ale też nie zamierza się z nim bić. On go raczej obśmiewa, obserwuje, rozbiera na czynniki pierwsze. A jak się już znudzi – to idzie na obiad.
Czy to książka dla każdego? Nie. Czy warto? Bardzo.
Nie jest to książka, od której warto zaczynać znajomość z Montalbano. Ba, jeśli to wasze pierwsze spotkanie z komisarzem, możecie się nawet poczuć zagubieni. Kim jest ten gburowaty doktor? Skąd się wziął głupkowaty Catarella, którego kwestie brzmią jak próba fonetycznego sabotażu? Czemu komisarz mówi o sobie jakby był literackim alter ego kogoś innego? Odpowiedź na to ostatnie pytanie kryje się gdzieś między Simenonem, Poe a Pirandellem – i jak nie znacie ich twórczości, możecie mieć wrażenie, że was coś omija. I rzeczywiście: Miesiąc z komisarzem Montalbano nie jest książką wyjaśniającą. Ona tylko mruga okiem do stałych bywalców tej literackiej trattorii.
Ale nie dajcie się zniechęcić.
Bo nawet jeśli nie nadążycie za wszystkimi intertekstualnymi grami autora, to zostanie wam atmosfera. Tę Camilleri serwuje z mistrzowską pewnością siebie. Wystarczy kilka zdań, by przenieść czytelnika w sam środek sycylijskiego chaosu, gdzie szaleństwo sąsiaduje z humorem, a logika – z absurdalnym urokiem codzienności. W jednej chwili Montalbano śledzi ślady zbrodni, by w następnej zasiąść przy stole i raczyć się ośmiorniczkami po neapolitańsku. I właśnie te kulinarne momenty – ślinka leci, kiedy czytamy o orzeszkach pinii, oliwkach z Gaety i czosnku „w odpowiedniej proporcji” – są najlepszymi przyprawami do tej książki.
Montalbano w tych opowiadaniach to nie tylko policjant. To filozof w kapciach. Człowiek, który nie wierzy w idealną sprawiedliwość, ale robi co może, by choć odrobinę tej sprawiedliwości do Vigaty przemycić. Czasem niezgodnie z prawem. Czasem z przymrużeniem oka. Czasem po prostu dlatego, że nie chce mu się tłumaczyć przełożonym. I nie jest święty – jego podejście do kobiet bywa irytujące, uwikłane w stereotypy tak twarde jak przypieczona kromka chleba. Ale nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy – wydaje się prawdziwy.
Ten zbiór to literacka Sycylia w miniaturze. Jest tu i upał, i kurz, i cichy cynizm wobec świata. Ale jest też radość z życia – z posiłku, z dobrej książki, z dobrze rozegranej rozmowy. Camilleri nie sili się na dramaturgię. On po prostu mówi: „Tak tu jest”. I każe nam patrzeć. A my – czy chcemy, czy nie – patrzymy. Bo coś w tej jego prozie przyciąga. Jak zachód słońca nad morzem, którego nigdy nie mamy dość, choć wiemy, że wygląda codziennie tak samo.
Miesiąc z komisarzem Montalbano to nie jest książka, którą pochłania się na raz. To książka np. do tramwaju. Do espresso. Do przerwy na lunch. Do zatrzymania się na chwilę i spojrzenia na świat przez filtr irytacji, słońca, sycylijskiego humoru i głęboko zakorzenionego przekonania, że człowiek człowiekowi potrafi zgotować nie tylko piekło – ale też całkiem smaczną kolację.
Nie wszystko w tym zbiorze błyszczy. Ale wszystko gra. I jeśli wśród tych trzydziestu tekstów znajdziecie choć jeden, który sprawi, że się zaśmiejecie, zamyślicie albo zatęsknicie za jakimś morzem – to znaczy, że trafiliście na swoją porcję Camilleriego.
Bo do Vigaty nie trzeba biletu.
Wystarczy dobra książka.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
