
Autor: Karol Fitrzyk
Tytuł: Dusze czyśćcowe
Data premiery: 17.04.2024
Wydawnictwo: Wydawnictwo WasPos
Liczba stron: 226
Gatunek: horror
„Daj mi jeszcze chwilę.”
I tak właśnie się zaczęło, od zdania, które mogłoby być zwykłą prośbą o czas, a tu brzmiało jak ostatnie tchnienie, jak desperacka próba kupienia kilku sekund ciszy w świecie, który już dawno wydał wyrok. I wiesz, od pierwszych stron poczułam, że to nie będzie żadna opowieść o walce, tylko zapis powolnego rozkładu, taki, od którego robi się duszno, bo powietrze nasiąka potem i gorzałą.
Janek Stec, niby dziennikarz, niby uniewinniony, a jednak przez wszystkich uznany za winnego. I powiem ci, że nie obchodziło mnie wcale, czy on zabił, czy nie. Bo w tej książce nie chodzi o to, kto jest winny przed sądem. Tu chodzi o to, że człowiek, raz naznaczony, nosi tę winę jak tatuaż wypalony na czole, którego nie da się zmyć. I że kiedy patrzysz w lustro, to widzisz nie siebie, tylko tego, kim już wszyscy cię nazwali.
Ale to nie jest historia tylko o reputacji. To jest historia o alkoholu. A właściwie o tym, co zostaje, kiedy nie masz już nic, poza flaszką. Bo Janek nie pije dla przyjemności. On pije, żeby nie czuć. A kiedy próbuje nie pić, okazuje się, że czuje aż za dużo. Oczami wyobraźni widziałam, jak jego ciało krzyczało, jak ręce drżały, jak oczy gasły, kiedy brakowało mu tego cholernego koła ratunkowego w postaci piersiówki. I przyznam ci szczerze – dawno nie czytałam czegoś tak sugestywnego. Bo to nie były suche opisy objawów odstawienia. To był język, który śmierdział wymiocinami i zimnym potem, który sprawiał, że sama miałam sucho w gardle.
Ale wiesz co? To by było jeszcze do zniesienia, gdyby chodziło tylko o alkohol. Bo można by sobie powiedzieć: okej, kolejny zapis upadku, trochę fizjologii, trochę wstydu, człowiek się stacza, świat patrzy z pogardą. Tymczasem Fitrzyk dorzuca coś jeszcze, coś, co sprawia, że całość robi się nie tyle bolesna, co obłąkana. Bo w tej książce obok alkoholu pojawiają się duchy. Dosłownie. Dusze czyśćcowe.
Najpierw to są tylko legendy, opowieści ludzi, którzy lubią straszyć innych bajkami o wilkach przychodzących po tych, co zgrzeszyli. A potem nagle widzisz, że dla Janka to nie są żadne bajki. On zaczyna słyszeć te wilki, zaczyna widzieć w ich oczach coś więcej niż zwierzęcy instynkt. Zaczyna wierzyć, że one przyszły po niego, że czyściec to nie metafora, tylko realne miejsce, w którym utknął, a te wszystkie dusze, które cierpią, które nie mogą się wydostać, stoją obok i czekają, aż dołączy do nich na stałe.
I teraz wyobraź sobie ten obraz: człowiek na detoksie, trzęsący się w górskim domku, odcięty od świata, bez butelki, z ciałem rozrywanym głodem, a w głowie głosy, które mówią, że to koniec, że już przyszedł jego czas. Nie wiesz, co jest urojonym majakiem odstawienia, a co przekleństwem, które naprawdę go dopadło. I właśnie w tym tkwi cała siła tej powieści – że nie masz jak oddzielić psychologii od metafizyki, choroby od fatum.
Pamiętasz, mówiłam ci kiedyś, że najbardziej boję się ciszy? I że wolę hałas, choćby najgłupszy, niż ten dźwięk własnych myśli? W tej książce cisza jest jak wyrok. Tam w Krościenku, w śniegu, w pustce, cisza staje się krzykiem, tak głośnym, że nawet duchy wydają się bardziej realne niż własny oddech. I Janek – on w tej ciszy ginie. Bo każdy, kto choć raz próbował wyrwać się z nałogu, wie, że największym wrogiem nie jest flaszka, tylko samotność. A samotność u Fitrzyka ma kły i oczy wilka.
Wiesz, co mnie rozwaliło? Że nawet jeśli chciałam widzieć w tym tylko metaforę, to autor nie dawał mi na to zgody. Bo urojenia Janka są opisane tak, jakby naprawdę się działy. Dusze czyśćcowe wokół niego, wilki, które tropią jego grzechy, klątwa, która ściga go w każdej rozmowie, nawet w sklepie z byle jaką ekspedientką. To wszystko jest równie realne, jak jego spocona koszula i drżące dłonie. I nie wiem, czy kiedykolwiek czytałam coś takiego – że majak i rzeczywistość są sklejone do tego stopnia, że jedno i drugie jest boleśnie namacalne.
A Kamila? Ach, Kamila. Anioł stróż czy kat? Sama nie wiem. Bo z jednej strony ona go ciągnie za rękę, wyciąga z tłumu, kupuje jedzenie, troszczy się, a z drugiej – każde jej spojrzenie jest oskarżeniem. Jakby mówiła: wiem, że i tak wrócisz do flaszki, wiem, że nie masz siły, wiem, że przegrasz. I może właśnie dlatego Janek nie potrafi przy niej być. Bo kiedy człowiek próbuje się leczyć, a jednocześnie czuje, że nikt nie wierzy w jego trzeźwość, to właściwie po co się starać?
I widzisz, tu dochodzimy do sedna. Ta książka to nie jest zapis walki o wolność od nałogu. To jest zapis tego, że czasem wolności nie ma. Że człowiek grzęźnie w czyśćcu i już z niego nie wychodzi. Że wszystko, co pozostaje, to wybór między kolejną flaszką a ciszą, w której słyszysz duchy.
Kiedy zamknęłam książkę, byłam zmęczona jak po najgorszym kacu. Ale nie takim, który można przepić albo przeczekać. To był kac po cudzym życiu, które wciągnęło mnie w swoją paranoję i nie chciało wypuścić. I nie, nie poczułam, że „to o każdym z nas”. Nie. To o nim. O jednym człowieku, który przegrał wszystko – z alkoholem, z ludźmi, z samym sobą – i który swoje piekło nazywa czyśćcem, bo łatwiej myśleć, że to etap przejściowy. Tylko że tutaj nie ma przejścia. Tu jest koniec.
I właśnie dlatego ta książka siedzi we mnie do dziś. Nie dlatego, że opowiedziała mi coś mądrego o nałogach, ale dlatego, że pokazała, jak wygląda świat widziany oczami kogoś, kto wierzy, że dusze czyśćcowe naprawdę istnieją i że przyszły właśnie po niego. To jest nie tylko historia o alkoholu. To jest historia o człowieku, który stracił prawo do własnej rzeczywistości.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
