
Autor: Claire Douglas
Tytuł: Zła siostra
Data premiery: 09.10.2024
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 424
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
„…Wszyscy robimy różne głupstwa dla osób, które kochamy….”
Czytałam Złą siostrę Claire Douglas i… no nie wiem, czy to ja jestem spaczona przez thrillery, czy ta książka tak umiejętnie gra na moim niepokoju, ale miałam wrażenie, że już gdzieś to widziałam. Jakby ktoś mi podmienił wspomnienie na fabułę. I to nie jest zarzut – to jest ten rodzaj znajomego dreszczu, co ci chodzi po plecach, kiedy ktoś powie coś zbyt prawdziwego.
A potem wjeżdżają rodzinne sekrety, dziecięce traumy, plot twisty, które przypominają ci, że ufanie ludziom to sport ekstremalny. I powiem Wam szczerze – połknęłam ją w dwa dni, bo nie dało się inaczej.
Nie wiem, jak u Was, ale ja przy tej książce miałam déjà vu co dziesięć stron, podejrzenia co pięć i gęsią skórkę non stop. A kiedy wydawało mi się, że już wszystko rozgryzłam – autorka przywaliła mi z liścia w fabularny policzek. Czas więc pogadać o tej siostrze. Złej, rzecz jasna.
Zdarzają się takie książki, które niby nie robią szumu, nie krzyczą „czytaj mnie!”, a jednak wciągają cię po cichu, rozsiadają się w głowie i zostają na dłużej. Zła siostra Claire Douglas właśnie tak działa – powoli, metodycznie, trochę jakby układała puzzle, w których niektóre elementy zostały celowo pomylone.
Czytałam ją z rosnącym niepokojem, ale też z dziwnym poczuciem znajomości. Jakby ta historia już gdzieś kiedyś na mnie czekała. Może to przez ten dom, może przez to jezioro. A może przez tych ludzi, którzy tak bardzo chcą żyć po swojemu, że gotowi są przemilczeć prawdę, jeśli miałaby zaburzyć ich spokój.
To nie jest thriller, który wali dramatami co pięć stron. To raczej opowieść o tym, jak bardzo możemy się pomylić, sądząc, że coś już rozumiemy. A potem przychodzi ostatnia strona – i już wiesz, że nie przestaniesz o tym myśleć.
Punktem wyjścia jest rodzina – ta ułożona, wygładzona, pełna instagramowego porządku, którą poznajemy przez pryzmat Tashy, zmęczonej matki bliźniaczek, żony Aarona, kobiety usiłującej łapać kontrolę nad codziennością, która z dnia na dzień coraz bardziej wymyka się spod palców. Gdy na horyzoncie pojawia się tajemnicza współpracowniczka jej męża – Zoe – wszystko zaczyna się rysować w cieniu podejrzliwości. .
Douglas misternie snuje pajęczynę napięcia, z pozoru serwując thriller w stylu domestic noir, ale szybko okazuje się, że pod powierzchnią przyczajone są tematy o wiele cięższe: trauma po porwaniu dziecka, rozdarte macierzyństwo, siostrzana rywalizacja i ślepa miłość do bliskich, która w pewnym momencie zaczyna przypominać moralne samobójstwo.
I tu właśnie dochodzimy do tego, co w „Złej siostrze” działa jak perfekcyjny mechanizm zegarka ukrytego w pudełku z tajemnicami: dwie kobiety, Viv i Tasha, stojące naprzeciw tej samej decyzji, tylko w innych dekadach, w innych emocjonalnych konfiguracjach. Viv – matka Aarona, siostra Clarissy, kobieta, która wiedziała lub podejrzewała…
I kiedy myślimy, że to najcięższy kaliber tej książki – pojawia się Alice.
Bo Douglas nie byłaby sobą, gdyby nie dokręciła śruby. Alice, siostra Tashy, z pozoru perfekcyjna – piękna, mądra, zrobiona z sukcesu i zębów wybielanych jak w reklamie pasty – skrywa drugą twarz. Douglas z chirurgiczną precyzją pokazuje, że prawda to nie fakt – to narracja, którą najbardziej przekonująco opowie ten, kto najmocniej się jej trzyma.
Czytałam „Złą siostrę” z rosnącym poczuciem déjà vu – nie przez fabularne klisze, bo tych tu raczej unika się z gracją, ale przez atmosferę: ten znajomy klimat osaczenia, narastającego szaleństwa, w którym nikt nie mówi pełnej prawdy, a rodzina przypomina domek z kart, który zaraz ktoś dmuchnie w diabły. Przypominało mi to echo „Zaginionej dziewczyny” Flynna, trochę „Małych kłamstewek”, ale z wyraźnie brytyjskim pazurem. W dodatku Douglas nie zapomina o tym, że język może być nożem – pisze ładnie, zgrabnie, ale czasem wbija zdania w punkt tak, że aż cię zatrzymuje w połowie akapitu.
A teraz – bez spoilerów, ale z ciężarem emocji, który trzeba unieść.
Viv i Tasha – dwie kobiety, dwa pokolenia, dwa lustra. Obie postawione przed tym samym pytaniem: czy lojalność wobec rodziny usprawiedliwia milczenie w obliczu zła? Viv zamilkła z miłości do siostry. Tasha milknie z miłości do matki. Obie wiedzą. Obie próbują przekonać same siebie, że ich decyzje były właściwe. Ale jedna różni się od drugiej tym, że Tasha jest świadoma – zna całą historię, rozumie ciężar, widzi mechanizm. I mimo to sięga po dłoń siostry.
Douglas nie zostawia nas z tanim katharsis. Nie daje zakończenia, które uwolniłoby nas od niepokoju. Bo „Zła siostra” nie kończy się tak, jak chcielibyśmy – ale tak, jak musi. Z wątpliwością, z decyzją, z pytaniem, które nadal buzowało we mnie długo po ostatniej stronie: co ty byś zrobiła, gdyby chodziło o twoją rodzinę?
To nie jest książka, która epatuje przemocą, jak robi to Ketchum w Dziewczynie z sąsiedztwa, ale psychiczny ciężar, który z niej wycieka, potrafi rozłożyć emocjonalnie bardziej niż niejeden brutalny thriller. Bo najgorsze zło nie zawsze nosi maskę potwora. Czasem ma ciepły uśmiech i dobre intencje.
I to właśnie jest najbardziej przerażające.
„Alice jest moją siostrą. Co mogę zrobić innego, jak tylko siedzieć cicho? A jeśli będę powtarzać to sobie wystarczająco często, może koniec końców w to uwierzę?”
Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym była na miejscu Viv. Albo na miejscu Tashy. Ale wiem, że po tej książce przez chwilę patrzy się na bliskich inaczej. Z taką cichą, trochę drapiącą myślą: jak daleko można się posunąć w imię miłości, a gdzie zaczyna się już tylko lęk przebrany za lojalność. Claire Douglas nie daje gotowych odpowiedzi. Ale zadaje pytania, które jeszcze długo nie pozwolą ci zasnąć. A to – umówmy się – potrafią tylko najlepsze historie.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
