
Autor: Marie Tierney
Tytuł: Martwe zwierzęta
Data premiery: 02.04.2025
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 448
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Klaudia Wyrwińska
„…. Jesteśmy naszymi kośćmi …”
Jeśli kiedykolwiek w życiu trzymałaś w rękach „Szepty zmarłych” Simona Becketta i pomyślałaś: „O, to już jest hardcore”, to mam dla Ciebie wiadomość – „Martwe zwierzęta” Marie Tierney wjeżdżają z takim ładunkiem, że Beckett przy tym wygląda jak pogodynka z BBC. Bo tam, gdzie on chłodno analizuje rozkład zwłok w laboratorium, Marie Tierney wrzuca Cię prosto na trupią farmę… należącą do trzynastoletniej dziewczynki z zeszytem. Czerwonym.
Tak, dobrze czytasz. Ava Bonney, główna bohaterka tej historii, to nie kolejne dziecko z traumą, które ucieka w rysowanie kotków. To dziewczyna, która wie, że najpierw są gazy, potem larwy, a na końcu zostają kości. I te kości, cytując książkę, „są tym, kim jesteśmy”.
Tierney pisze bez taryfy ulgowej. Nie lukruje. Nie czaruje. Prowadzi narrację precyzyjnie, sucho, ale z literackim zacięciem. Każdy opis – od stanu ciała, po relacje rodzinne – ma w sobie coś, co drapie po wnętrzu. A że to debiut? No cóż – nie wygląda. Jest tak dopracowany, logiczny i dopięty, że można mu wybaczyć jeden mankament.
A tym mankamentem jest… przewidywalność. Tak, niestety – da się dość szybko wytypować, kto morduje. Nie wpływa to dramatycznie na odbiór książki, bo i tak czyta się ją jak z wypiekami, ale no… w thrillerze chciałoby się jednak zaskoczenia.
„Martwe zwierzęta” to nie jest opowieść o strachu. To opowieść o fascynacji, o śmierci, o trupach i o dziewczynce, która zamiast zmywać po kolacji, woli analizować, jak głęboko larwy zagnieździły się w padlinie.
Ava Bonney. Ma trzynaście lat i więcej empatii do rozkładającego się lisa niż do własnych rodziców. Matka to emocjonalna tarantula, ojciec ich zostawił, a świat nauczył ją, że jeśli chcesz przetrwać dzieciństwo – lepiej naucz się kłamać, milczeć i nie ufać nikomu ( no może poza chłopakiem, z którym zbierasz żabi skrzek ). Tylko że to nie żaby są tu problemem.
Akcja książki dzieje się w Birmingham, w dusznych latach 80. Małym, przytłaczającym angielskim mieście, gdzie każdy zna każdego, ale nikt nie wie, że za rogiem czai się zło. Gdy Ava odkrywa zwłoki chłopca – Mickey’ego – jej świat się zmienia. Nie dlatego, że się boi. Ava się nie boi. Ava obserwuje. Zapamiętuje. I zapisuje wszystko w swojej Czerwonej Księdze.
„Po raz pierwszy w życiu widziała ludzkie zwłoki i nic jej nie dolegało; nie wymiotowała ani nie płakała.”
Śledztwo prowadzi policjant Delahaye, ale szybko się okazuje, że Ava robi więcej niż cała komenda. Pomaga jej przyjaciel John, jedyna osoba, której ufa. Razem zakładają Pokój Narad i prowadzą tajne śledztwo. Tymczasem w mieście znika kolejne dziecko. I jeszcze jedno. Ava węszy – dosłownie, bo dzięki węchowi lokalizuje kolejne ciało.
„Ava korzystała ze swoich zmysłów – to za ich pomocą poznawała świat i choć cynicznie podchodziła do istnienia Boga czy Szatana, miała świadomość istnienia wrogich sił oraz pełnych nieszczęścia miejsc, gdzie śmierć czuła się jak w domu.”
Kto za tym stoi? Wilkołak? Psychopata w przebraniu? Zbieg z psychiatryka?
Brzmi jak mroczna młodzieżówka? Zapomnij. To klimat Becketta, ale filtrujesz go przez trzynastoletnią dziewczynkę, która nocą chodzi na swoją prywatną trupią farmę i zapisuje w „Czerwonej księdze”, jak szybko rozkłada się sarna, ile dni trzeba na napuchnięcie lisa i kiedy larwy ruszają do żarcia.
Czy trzeba tu jeszcze coś dodawać? Nie trzeba. Ale dodamy, bo ta dziewczynka to nie tylko chodzący mikroskop i maszyna do analizy. Ona czuje, tylko zupełnie inaczej. Jest opiekunką umarłych. Nie krzywdzi – dokumentuje. Nie boi się – bada.
Fabuła rozkręca się powoli – to prawda. Pierwsze rozdziały są jak mięso w lodówce – trzeba poczekać, aż zmięknie, zanim zaczniesz rwać je pazurami. Ale kiedy już ruszy… oho, zaczyna się rzeźnia.
A w tle… rodzinne tajemnice. Takie z tych, co cuchną bardziej niż zwłoki na słońcu. Zło nie ma twarzy potwora – tylko twarz człowieka, który powinien był chronić. I to boli bardziej niż opisy zwłok. Bo Ava to dziecko, które zderza się nie z mitologicznym potworem, ale z realną, ludzką ohydą.
I nawet jeśli domyślisz się, kto za tym stoi, to i tak zostajesz. Bo chcesz zobaczyć, jak Ava przekształca swoją fascynację śmiercią w coś nowego. Jak odkłada Czerwoną księgę i wręcza ją detektywowi, a potem wyciąga nowy zeszyt. Fioletowy. Bo teraz:
„Potwory się rodziły i potwory powstawały z czyimś udziałem. Ava postanowiła, że odtąd to potwory będą jej nowym hobby – zamierzała studiować ludzi polujących na ludzi.”
I wtedy wiesz, że to dopiero początek.
Czy warto przeczytać „Martwe zwierzęta”?
Zdecydowanie tak. Mimo przewidywalności, Martwe zwierzęta to jeden z mocniejszych debiutów ostatnich lat. Ostra jak skalpel, mroczna jak najgorszy sen i pełna emocji, które nie są wymuszone – są realne.
To książka o śmierci, ale i o przetrwaniu. O dzieciństwie, które przypomina „Władcę much”, tylko z dodatkiem patologa. To opowieść o dziewczynce, która zamiast bać się potworów, postanawia je badać. I jeśli to nie brzmi jak coś, co trzeba przeczytać – to nie wiem, co mogłoby tym być.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
