Recenzje

„Aurora w mroku” – Barbara Baraldi

Autor: Barbara Baraldi
Tytuł: Aurora w mroku
Data premiery: 15.05.2024
Wydawnictwo: Wydawnictwo LeTra  Cykl: Aurora Scalviati (tom 1)
Liczba stron: 432
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Zofia Anuszkiewicz

„Jeśli nie przestaniesz się ruszać, nie będą mogli cię złapać.”

To zdanie otwiera „Aurorę w mroku” Barbary Baraldi i, paradoksalnie, definiuje nie tylko fabułę tej książki, ale i jej bohaterkę. Aurora Scalviati nie potrafi się zatrzymać. Ani w śledztwie, ani w życiu, ani w głowie. Biegnie – choć nikt jej nie goni, analizuje – choć nikt nie pyta, rozrywa stare rany – choć dawno powinny się zasklepić. A Baraldi – z chirurgiczną precyzją i upodobaniem do mrocznych paradoksów – prowadzi ją przez labirynt, w którym zło nie ma jednego źródła, tylko tysiąc odbić.

Zaczyna się jak klasyczny prolog gotyckiego thrillera: opuszczony dom, legenda o Ranuzzim – człowieku, który dwadzieścia lat wcześniej wpadł w szał i zabił całą rodzinę, zostawiając po sobie jedynie ściany pokryte napisami. „Nie zrobisz krzywdy” – mantrę, która powraca w snach i śledztwach, jakby słowa miały moc przeklinania przestrzeni. W tym domu nie słychać jęków, nie ma duchów ani skrzypiących drzwi – jest cisza, tak gęsta, że przypomina odgłos oddechu tuż przed krzykiem.

I właśnie w tę ciszę wchodzi Aurora – profilerka włoskiej policji, która po załamaniu nerwowym i terapii elektrowstrząsowej zostaje zesłana na prowincję, niby dla odpoczynku, a w rzeczywistości po to, by zniknęła z oczu tym, którzy nie potrafią poradzić sobie z jej nieprzewidywalnością. Ma być cicho, spokojnie, bez ekscesów.

Baraldi buduje ją jak postać tragiczną – genialną i niestabilną. Aurora jest impulsywna, pije za dużo kawy, śpi za mało, ucieka od ludzi. Ale kiedy już otwiera usta, nawet najtwardszy gliniarz czuje, że stoi przed kimś, kto widzi więcej niż raport i odcisk buta. Jej intuicja jest brutalna, niemal nadprzyrodzona. To dar i przekleństwo, które Baraldi pokazuje bez romantyzowania. Aurora nie ma żadnej supermocy. Ma psychozę pourazową i głosy w głowie, które czasem podsuwają jej trafne tropy, a czasem tylko paranoję.

Aurora nie jest typową bohaterką kryminału. Nie błyszczy, nie uwodzi, nie gra ofiary. To kobieta z raną, którą nosi jak tarczę. Jest bystra do bólu, cyniczna, bezczelna wobec autorytetów i – co najważniejsze – wciąż niezdolna do zaufania. Jej relacja z prokuratorem, Torresem, to nieustanna wojna. On chce ją kontrolować, ona nie chce dać się zamknąć w procedurach. W jej sposobie bycia jest coś ze zwierzęcia, które przetrwało pożar: instynkt, czujność, strach i piękno w jednym. Jej przełożony Piovani chce ją odsunąć. Oficjalnie – dla dobra sprawy, nieoficjalnie – bo boi się jej. A Aurora się nie cofa. Robi to, czego nie wolno. Włamuje się do akt, prowadzi rozmowy za plecami zwierzchników, prowokuje świadków, ryzykuje wszystko, bo wie, że tylko ona rozumie logikę mordercy. Bo czuje, że jego trauma jest odbiciem jej własnej.

Baraldi jest bezlitosna wobec swojej bohaterki. Każdy krok Aurory w stronę prawdy to równocześnie krok w stronę obłędu. Każda noc kończy się wizjami, które pachną dymem i krwią. Każdy dźwięk przypomina coś, co już było.

Nie przypadkiem Baraldi każe jej przechodzić przez świat jak przez mgłę – bo Aurora nie rozróżnia już, gdzie kończy się śledztwo, a zaczyna obsesja. Czasem to, co widzi, nie jest prawdą, a czasem prawda wygląda jak halucynacja. Jej percepcja to kalejdoskop: świat zewnętrzny i wewnętrzny nakładają się na siebie jak dwa prześwietlone negatywy. I właśnie dlatego Aurora w mroku działa tak mocno: bo czytając, nie wiesz już, czy śledzisz mordercę, czy wchodzisz w głowę kobiety, która nie ufa nawet własnym oczom.

Wszystko zaczyna się od zbrodni przypominającej średniowieczny rytuał – gwoździe, oczy, modlitwa o przebaczenie. Brutalne, rytualne, przerażająco znajome. Na pierwszy rzut oka wygląda na zbrodnię z szaleństwa, ale im dalej bohaterka brnie w ślady, tym bardziej widzi, że to nie przypadek. Że ktoś powtarza wzór sprzed lat, jakby odprawiał mszę w imię zła, które nigdy nie zostało pokonane. W tej książce zło nie umiera – ono tylko zmienia imię.

Baraldi bawi się strukturą czasu – i robi to z precyzją, której wielu autorów mogłoby jej pozazdrościć.

Współczesność miesza się z przeszłością, średniowieczne rytuały inkwizycji wnikają w śledztwo, a przeszłe zbrodnie odbijają się w teraźniejszości niczym echo. Dwie osie czasu – XIV wiek i współczesna Emilia-Romania, biegną równolegle, aż w pewnym momencie stykają się w jednym punkcie, w którym wszystko traci sens: tu nie wiadomo, czy to zło sprzed wieków wraca do życia, czy tylko ludzie wciąż powtarzają ten sam grzech w nowych dekoracjach.

Autorka buduje to napięcie subtelnie. Nie przez tanie efekty, lecz przez drobne przesunięcia w rytmie rzeczywistości. Mgła, która się nie rozprasza. Cień, który nie ma właściciela. I te jej niezwykłe frazy, w których czas potrafi się rozpaść jak porcelana: chwila teraźniejsza nagle staje się wspomnieniem, a przeszłość wygląda jak sen, który właśnie trwa. To nie linearny thriller. To historia o zakrzywionym czasie i powracających demonach pamięci i w tym tkwi jej największa siła.

Ale żeby nie było za pięknie – Aurora w mroku nie jest książką idealną. Bo niestety, ktoś postanowił tę hipnotyczną, mroczną opowieść ubrać w tłumaczenie, które momentami potyka się o własną składnię .

Weźmy choćby ten fragment:

„Rozpalony wiatr przychodzący od wybrzeża wypełniał ulice miasta zapachem soli, który mieszał się z ostrym, mdłym odorem ulicznego błota, bezustannie przenoszonego przez kołach przejeżdżających wozów.”

Kiedy tekst, który powinien pachnieć solą i dymem, brzmi jak wynik automatycznego tłumacza, coś pęka. A szkoda, bo oryginalny język Baraldi jest gęsty, lepki, filmowy – i zasługuje na przekład z wyczuciem rytmu, nie na kalkę.

Albo inny przykład:

„Tutaj nie mogło nikogo być. Ponieważ był się w miejscu odgrodzonym, do którego nikomu nie wolno było wchodzić.”

To nie włoski gotyk. To język, który potknął się o własny przypadek gramatyczny.

A przecież w takich zdaniach tkwi klimat – ten balans między sacrum a groteską, który jest znakiem rozpoznawczym autorki. Złe tłumaczenie zabija rytm, a rytm to w tej książce wszystko.

Są też drobiazgi, które świadczą o braku redakcyjnej czujności – sceny, które wymykają się logice. Egidio, na przykład, idzie nocą w świetle księżyca do domu Matiego, a narrator opisuje… kury dziobiące trawę.

Kury. W nocy.

Nie wiem, co tam mają w tej Bolonii, ale chyba bardzo zdeterminowane ptactwo. Takie detale, niby niewinne, podkopują wiarygodność narracji. A Aurora w mroku to historia, która wymaga, żeby jej wierzyć – bo balansuje na cienkiej granicy między snem a szaleństwem.

Aurora Scalviati to kobieta, która stoi dokładnie na tej granicy.

W świecie, w którym kobiety w thrillerach zbyt często są tylko narzędziem fabuły, Aurora jest napisana z krwi i nerwów. Nie chce być lubiana, nie chce być ratowana, nie chce grać w niczyjej drużynie. Kiedy mężczyźni z jej zespołu plotkują o niej jak o „wariatce z Turynu”, ona nie tłumaczy się ani słowem. Woli pracować sama, bo tylko w samotności potrafi myśleć.

I choć w teorii to ona tropi mordercę, w praktyce to zło tropi ją, przyciągnięte jej obsesją, jakby wyczuwało, że Aurora jest jego lustrem.

Czasem ma się wrażenie, że cała fabuła rozgrywa się w jednym wielkim snie po katastrofie – że ludzie wciąż próbują odbudować rzeczywistość, ale każda cegła, którą kładą, przypomina im o tym, co runęło.

To właśnie ta warstwa – prawdziwe odniesienia do trzęsienia ziemi w 2012 roku – sprawia, że Aurora w mroku staje się czymś więcej niż kryminałem. To powieść o pamięci, która nie chce się zagoić. O społeczeństwie, które udaje, że żyje dalej, choć pod powierzchnią ziemi wciąż drży coś, czego nie da się nazwać.

Kiedy zamykasz tę książkę, zostaje w tobie dziwne uczucie, jak po gorączkowym śnie. Wiesz, że to się skończyło, ale ciało wciąż reaguje. Bo Aurora w mroku to nie historia do zapomnienia. To historia, która wraca, kiedy gasisz światło.

Wraca szeptem, że oni ciągle wracają.

Baraldi napisała thriller, w którym emocje i groza nie konkurują ze sobą, współistnieją jak dwa oddechy tej samej osoby. I choć tłumaczenie bywa jak kamień w bucie, a redakcja momentami przysypia, to sama konstrukcja fabuły, rytm narracji i sposób budowania napięcia sprawiają, że trudno się oderwać.

To książka o kobiecie, która nie umie już być normalna, o świecie, który zapomniał, co to znaczy być niewinnym, i o złu, które nie ginie tylko czeka, aż ktoś znów je obudzi.

I może właśnie dlatego Aurora Scalviati zostaje w głowie dłużej niż sama fabuła. Bo nie jest po prostu bohaterką, jest stanem umysłu. Uosobieniem tej części nas, która patrzy w ciemność i boi się, że ciemność spojrzy z powrotem.

Kiedy kończysz czytać, w głowie zostaje kilka obrazów: kobieta w ruinie, płonący komisariat, gwoździe w oczodołach, i jedno zdanie, które brzmi jak modlitwa i przekleństwo jednocześnie:

„Jeśli nie przestaniesz się ruszać, nie będą mogli cię złapać.”

Aurora się nie zatrzymuje. Bo wie, że w tej historii, jeśli się zatrzymasz, mrok dopadnie cię pierwszy.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *