Recenzje

„Nie został nikt” – Marlena Męcka

Autor: Marlena Męcka
Tytuł: Nie został nikt

Data premiery: 05.10.2024
Wydawnictwo: Residport Sp z o. o.
Liczba stron: 288
Gatunek: kryminał, thriller

„… Nawet on wie­dział, że był za mały, żeby usły­szeć, że jego mama jest mor­der­cą.”

No i proszę. Jedno zdanie, a ja już wiem, że ta książka nie zamierza mnie ani przytulić, ani przeprosić, ani nawet udawać, że jest „o miłości i drugich szansach”. To jest opowieść, która bierze czytelnika za rękę i prowadzi go w las – nie ten instagramowy, z grzybobraniem i termosikiem, tylko ten prawdziwy, gęsty, cichy, w którym człowiek zaczyna słyszeć własne myśli tak wyraźnie, aż robi się to niebezpieczne. I w którym „pułapka” nie jest jedną sceną. Jest mechanizmem. Jest sposobem oddychania.

To też jest książka, która lubi mówić: spokojnie, wszystko jest pod kontrolą. A potem patrzy ci w oczy i z kamienną miną dorzuca: ..oczywiście, że żartowałam..

Druga część historii Alicji nie interesuje się już tym, czy coś się wydarzyło. Tu pytanie brzmi wyłącznie: kto kłamie, kto manipuluje i ile trupów trzeba, żeby jeszcze wierzyć, że to wszystko „dla dobra dziecka”. Marlena Męcka zrzuca rękawiczki i przestaje udawać, że mamy do czynienia z klasycznym thrillerem. To jest opowieść o paranoi, o pamięci, która nie jest żadnym archiwum prawdy, tylko polem minowym. I o tym, jak bardzo można się pomylić, będąc absolutnie pewnym, że ma się rację.

Zacznijmy uczciwie: Jest porwanie dziecka, jest mała wieś z wielkimi sekretami, jest mroczna przeszłość, która nie ma zamiaru pozostać zakopana, są dawne winy, nowe kłamstwa i to wstrętne uczucie, gdy orientujesz się, że w tej historii „dobrzy ludzie” to często tylko ludzie, którzy dobrze udają. Narracja skacze między perspektywami, a my – zamiast bezpiecznie stać obok – lądujemy w głowie bohaterki, która ma w sobie jednocześnie czułość i stal, lęk i kalkulację, rozpacz i tę lodowatą pewność, że jeśli prawda wypłynie, to ona utonie razem z nią.

I o ile lubię, kiedy autor ma odwagę wpuścić mnie do umysłu kogoś, kto jest moralnie śliski, emocjonalnie nieprzewidywalny i do bólu ludzki (czyli: cudownie niewygodny), o tyle tutaj od razu mówię: to nie jest komfortowa wycieczka. Jeśli ktoś szuka „thrillera na jeden wieczór”, który łagodnie podkręca napięcie, a potem grzecznie wszystko wyjaśnia i odstawia na półkę, to nie. Tu jest brud, trauma, przemoc psychiczna, wątek molestowania i ciężar, który zostaje na skórze jak dym z ogniska – niby się zmyje, a potem nagle czujesz go znowu na włosach, kiedy najmniej chcesz. Ostrzegam bez ceremonii, bo to nie są dekoracje. To są elementy napędu.

Najmocniejszą stroną tej książki jest atmosfera. Wieś jest tu bohaterem, ale nie w stylu „urokliwa Brzozówka, gdzie czas płynie wolniej”. Nie. To jest miejsce, które potrafi wyglądać jak pocztówka, a jednocześnie ma w sobie coś z zamkniętej szkatułki: piękne wieko, a w środku rzeczy, których nikt nie chce dotykać gołymi rękami. Ludzie są zmęczeni, uparci, solidarni na swój surowy sposób, a jednocześnie każdy ma prywatną granicę, której pilnuje jak płotu. I kiedy zaczyna się szukanie dziecka, ta zbiorowa energia – to „idziemy wszyscy, nie ma spania, nie ma pracy, tylko las” – ma w sobie coś poruszającego. Paradoksalnie: nawet jeśli bohaterka nie jest lubiana, nikt nie przenosi jej win na dziecko. To jest jeden z tych momentów, w których książka przypomina, że człowiek potrafi być przyzwoity nie dlatego, że ma ochotę, tylko dlatego, że sytuacja go do tego zmusza. I to jest prawda, która zawsze smakuje lepiej niż ckliwy morał.

Z jednej strony dostajemy bohaterkę zbudowaną na mechanizmach obronnych, na wyparciu, na pęknięciach pamięci i emocjach, które przechodzą z trybu rozpaczy do trybu działania szybciej niż rozsądek zdąży zapalić światło. To jest ciekawa konstrukcja, ryzykowna, ale potencjalnie bardzo mocna. Z drugiej strony autorka czasem traktuje tę konstrukcję jak kartę „usprawiedliwienia wszystkiego”: jeśli coś nie domyka się logicznie, jeśli decyzja jest zbyt gwałtowna, jeśli reakcje są nieproporcjonalne – to zawsze można powiedzieć: bo ona jest w takim stanie. I owszem, bywa. Tylko że literatura, nawet ta najbardziej mroczna, potrzebuje czegoś więcej niż „bo emocje”. Potrzebuje choć jednego solidnego gwoździa, który wbije scenę w ścianę wiarygodności.

Najbardziej widać to w miejscach, gdzie historia skręca w stronę dużych oskarżeń i wielkich wniosków, opartych na strzępach informacji, półzdaniach, domysłach. Narracja bywa wtedy jak człowiek, który zobaczył cień w korytarzu i już wie, że to morderca – nawet jeśli równie dobrze to mógł być wieszak.

Są też fragmenty, w których realizm policyjno-śledczy jest potraktowany dość umownie. Nie oczekuję podręcznika kryminalistyki, naprawdę. Ale jeśli fabuła dotyka sytuacji granicznych, śladów, wersji zdarzeń, „ustawiania” scen – to trzeba uważać, bo czytelnik ma w głowie dzisiejsze tempo informacji: podcasty true crime, seriale, reportaże. Nie da się już zbyć całej logiki jednym zdaniem w stylu „wyglądało wiarygodnie”. Wyglądało dla kogo? Dla postaci w panice – być może. Dla śledczych – mniej. I dla mnie – no cóż, ja w takich momentach nie mam ochoty klaskać. Mam ochotę zapytać: czy naprawdę musiało to pójść tak na skróty?

A szkoda, bo kiedy autor zwalnia i pozwala scenom oddychać, to potrafi budować napięcie znacznie lepiej. Najlepsze partie tej historii to te, w których nic „wielkiego” się nie dzieje, a i tak czujesz, że za chwilę coś pęknie: rozmowa, spojrzenie, drobny szczegół, który przypomina o dawnym złu. Tam thriller jest psychologiczny, lepki, duszny. Tam działa.

Najbardziej elektryzująca jest oczywiście Alicja – bo to nie jest bohaterka, którą się lubi. To jest bohaterka, której się przygląda, jak się przygląda pożarowi: z mieszaniną fascynacji i odruchu cofnięcia ręki. I to jest plus, ogromny plus, bo ja mam już serdecznie dość „dzielnych matek”, które w thrillerach są tylko świętym silnikiem fabuły. Tutaj matka jest człowiekiem. Człowiekiem zdolnym do czułości, ale też do rzeczy, których sama by o sobie nie chciała wiedzieć. Jest w niej miłość, która chce chronić, i miłość, która chce posiadać. Jest w niej strach, który paraliżuje, i strach, który zabija. I jeśli ktoś w tej książce ma prawdziwie ciemny, mięsisty potencjał psychologiczny, to ona.

Tylko że znowu: potencjał nie zawsze zamienia się w konsekwencję. Bo czasem Alicja jest napisana jak osoba, która jest jednocześnie genialnie wyrachowana i kompletnie na oślep, jednocześnie metodyczna i impulsywna, jednocześnie świadoma i nieświadoma – i to da się pogodzić, jasne, człowiek bywa sprzeczny. Ale trzeba tę sprzeczność prowadzić subtelnie, a nie używać jej jak przełącznika: teraz potrzebujemy zimnej kalkulacji, teraz potrzebujemy histerii, teraz potrzebujemy spowiedzi, teraz potrzebujemy znowu zimna. W najlepszych fragmentach to się spina, bo wynika z sytuacji. W słabszych czuć rękę autora, który dopasowuje emocję do efektu.

Nie chcę jednak, żeby to brzmiało jak narzekanie z piedestału. Ta książka – mimo swoich zgrzytów – ma coś, czego wielu thrillerom brakuje: odwagę, żeby ubrudzić bohaterów do końca. Tu nie ma bezpiecznych rączek. Tu każdy dotyka czegoś, czego potem nie da się już „odmyć”. I to jest uczciwe. Nawet jeśli czasem chciałabym, żeby autorka bardziej dbała o logikę i wiarygodność szczegółu, to doceniam, że nie idzie w tanią sensację. Ona idzie w konsekwencje. W to, że prawda nie jest „wyzwalająca”. Prawda jest jak nóż: tnie, dzieli, zostawia bliznę. I czasem wcale nie prowadzi do sprawiedliwości. Prowadzi tylko do następnej warstwy kłamstwa, która ma utrzymać świat w całości.

Czy polecam? Tak – ale z gwiazdką wielkości Brzozówki i z dopiskiem, że to jest thriller, który bardziej działa na układ nerwowy niż na poczucie „wszystko ma sens”. Jeśli wchodzisz w tę książkę dla emocji, atmosfery, moralnej szarości i tej dusznej, wiejskiej ciszy, która wcale nie jest spokojem – będziesz zadowolona, choć pewnie kilka razy przewrócisz oczami. Jeśli wchodzisz po perfekcyjnie pospinaną intrygę, gdzie każdy szczegół jest żelaznym dowodem, a policja działa jak w podręczniku – możesz się irytować.

Ale jeśli lubisz, kiedy thriller nie głaszcze, tylko mówi: „to jest pułapka” – i każe ci iść dalej mimo wszystko – to ta historia ma w sobie wystarczająco dużo paliwa, żeby spalić ci wieczór do cna.

I być może o to tu chodzi.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *