Recenzje

„Wyspa ciszy” – Pablo Poveda

Autor: Pablo Poveda
Tytuł: Wyspa ciszy

Data premiery: 01.02.2020
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 198
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Piotr Jarco

„Każdy ma swoje obsesje, które spędzają mu sen z powiek. Nie wszystkie udaje się nam okiełznać”.

Pablo Poveda czekał u mnie długo, cierpliwie, niemal po hiszpańsku: bez nachalności, bez rozpychania się łokciami, bez dramatycznego domagania się uwagi, z tym osobliwym spokojem książki, która najwyraźniej wie, że jej czas jeszcze nadejdzie. Przekładałam go z miejsca na miejsce, obiecywałam sobie, że już za chwilę, już po tej współpracy, po tym patronacie, po tej kolejnej lekturze, która wjechała na biurko z miną rozkapryszonej arystokratki żądającej pierwszeństwa, a Gabriel Caballero, trwał na półce jak wyrzut sumienia w okularach przeciwsłonecznych. Słyszałam o tej serii opinie skrajne: że trudna, że specyficzna, że nierówna, że nie każdemu się spodoba, że wymaga cierpliwości, której współczesny czytelnik, rozbestwiony tempem seriali i łatwością fabularnych fajerwerków, często ma mniej niż zdrowego rozsądku w sezonie wyprzedaży. Mnie jednak podobne ostrzeżenia raczej zachęcają, bo hiszpański kryminał od dawna interesuje mnie właśnie przez swoją inność, przez chropowatość, przez ten duszny, lekko pijany rytm, w którym słońce nie rozjaśnia świata, lecz wydobywa z niego brud, pot, kłamstwo i ludzką samotność.

„Wyspa ciszy” zaczyna się znakomicie, czyli dokładnie tak, jak lubię: mocnym, drastycznym kopnięciem, po którym nie da się już udawać, że tylko przeglądamy pierwsze strony i jeszcze nie podjęliśmy decyzji, czy zostajemy. Gabriel, dziennikarz z Alicante, człowiek o języku ostrym jak potłuczone szkło i życiu wewnętrznym przypominającym bar po zamknięciu, odbiera telefon od przerażonego mężczyzny, który nie chce mówić przez telefon, bo „to niebezpieczne”. Nazwisko Hidalga, dawnego wykładowcy, przyjaciela, mentora i człowieka, który zniknął z życia Gabriela w chwili własnego awansu, działa jak zaklęcie. Caballero jedzie więc na wskazane miejsce, do starej fabryki, gdzie w powietrzu wisi odór mięsa, środków sterylizacyjnych i czegoś znacznie gorszego – zapowiedzi.

Rocamora, spocony, gruby, niespokojny, nie wygląda jak człowiek przygotowany do eleganckiej spowiedzi. Wygląda jak ktoś, kto już dawno przeszedł przez granicę strachu i znalazł się po tej stronie, po której zostaje wyłącznie mechaniczne wykonanie ostatniego gestu. Mówi Gabrielowi, że chce przyznać się do zbrodni, że zmuszono go do działania, że zabił niewłaściwą osobę. Wręcza mu kopertę z pieniędzmi, powołuje się na Hidalga, powtarza urwane zdania o „nich”, o zagrożeniu, o czymś, czego nie może powiedzieć wprost. Nad nimi wiszą kamery, pod nimi czeka przemysłowa rozdrabniarka do mięsa – aluminiowy lej, metalowe ostrza, urządzenie zdolne zmielić byka w kilka sekund. Ta scena ma w sobie cały okrutny geniusz dobrego otwarcia: Gabriel jest obecny, widzi, słyszy, próbuje zrozumieć, ale pozostaje spóźniony o ten jeden ruch, który w kryminale często oddziela świadka od bohatera.

Rocamora uruchamia maszynę, wspina się na barierkę, wypowiada ostatnie zdanie, prosząc, by Gabriel zapamiętał, że nie chciał zabić tej dziewczyny, po czym skacze. Autor nie owija tej śmierci w elegancką metaforę, nie zasłania jej zasłoną dobrego smaku, nie pozwala czytelnikowi odwrócić wzroku. Ciało wpada w mechanizm, kości chrupią, krew bryzga na ściany. To nie jest przemoc dekoracyjna. To przemoc, która ustanawia stawkę: od tej chwili wiadomo, że za tajemnicą nie stoi zwykły skandal.

Najbardziej doceniam jednak to, że po takim otwarciu Poveda nie wpada w histerię tempa. Nie próbuje udowodnić, że potrafi co rozdział rozlewać kolejne wiadro krwi. Przeciwnie, wyhamowuje, przestawia ciężar z szoku na niepokój, z widowiska na śledztwo prowadzone po omacku, wśród kaca, podejrzeń, rozmów urwanych w pół zdania i ludzi, którzy więcej ukrywają, niż mówią. To właśnie w tej zmianie rytmu jest dla mnie cała przyjemność czytania. Najpierw dostajemy brutalny wstrząs, później musimy iść za Gabrielem krok po kroku, z rosnącą świadomością, że ten człowiek nie tyle prowadzi nas przez labirynt, ile sam się w nim miota, próbując przy okazji nie wpaść twarzą w kolejną kałużę własnych słabości.

Gabriel Caballero nie jest bohaterem sympatycznym w łatwy, bezpieczny sposób. To dziennikarz, który już na początku mówi o swoim zawodzie jak o sztuce kłamania, człowiek cyniczny, pijący, impulsywny, złośliwy, często nieznośny, chwilami wręcz żenująco szczery w swoich uprzedzeniach i pragnieniach. Gdyby spotkać go w barze, pewnie po kwadransie człowiek miałby ochotę zamówić mu taksówkę albo rachunek za szkody. Literacko jest jednak interesujący, ponieważ pod tą całą pozą ulicznego psa, który wszystko obśmieje, wszystko skomentuje i wszystko zaleje tanim alkoholem, kryje się człowiek głęboko samotny, rozdarty między potrzebą prawdy a talentem do autodestrukcji. Nie szuka rozwiązania sprawy Rocamory dlatego, że jest krystaliczny moralnie. Szuka, bo został w nią wciągnięty, bo ktoś próbuje zrobić z niego kozła ofiarnego, ponieważ imię Hidalga nadal boli go w miejscu, którego sam przed sobą nie chce nazwać.

Hidalgo jest zresztą jedną z najciekawszych figur tej powieści, choć jego obecność rozgrywa się w dużej mierze przez ślad, wspomnienie i konsekwencję. Dawny wykładowca, przyjaciel, partner od nocnych eskapad, literackich rozmów i niezdrowych rytuałów, okazuje się człowiekiem, który chciał uciec od Gabriela tak, jak ucieka się od własnego nałogu. Związek tych dwóch mężczyzn jest toksyczny, pełen podziwu, zależności, zazdrości i żalu. Kiedy Clara mówi Gabrielowi, że dla Hidalga był obsesją, punktem odniesienia, niemal diabłem odpowiedzialnym za dawny chaos, powieść przestaje być wyłącznie kryminałem o sekcie i zamienia się w opowieść o tym, jak ludzie potrafią uczynić z drugiego człowieka symbol własnej winy. Hidalgo chce się oczyścić, zacząć od nowa, porzucić dawną tożsamość, dawną przyjaźń, lecz trafia w ramiona ludzi, którzy pod pozorem terapii oferują mu nie wolność, lecz kolejny system zależności.

Osobne miejsce należy się Rojo, bo bez niego ta historia rozpadłaby się w pijacki monolog Gabriela i serię szczęśliwych przypadków. Inspektor z wydziału zabójstw wchodzi do powieści jak człowiek, który nie musi podnosić głosu, ponieważ i tak wszyscy powinni wiedzieć, że mówi serio. Najpierw traktuje Gabriela jako podejrzanego, pokazuje mu nagranie z masarni, naciska, obserwuje, ostrzega, rozbija jego głupie uniki policyjną cierpliwością człowieka, który widział już zbyt wiele kłamstw, by wzruszać się kolejnym. Później staje się kimś więcej niż funkcjonariuszem prowadzącym sprawę: jest przeciwwagą dla chaosu Caballero, człowiekiem z własnym bólem, własną obsesją, własną historią związaną z kobietami znikającymi w trybach tajnych organizacji. Jego śledztwo wyrasta z prywatnej rany, z przekonania, że za Bractwem stoi większy mechanizm oparty na pieniądzach, seksie i władzy.

„Umysł to szkodliwy mechanizm, który bombarduje nas wątpliwościami, a jego jedynym celem jest potęgowanie niepokoju.”

Ten cytat trafia w samo serce powieści. Gabriel zadaje pytania, lecz często nie po to, by znaleźć odpowiedź, tylko po to, by odsunąć od siebie teraźniejszość.

„Wyspa ciszy” nie jest kryminałem dla czytelnika, który oczekuje równiutkiego tempa, czystej konstrukcji i bohatera prowadzonego jak po sznurku. To powieść duszna, nierówna w sposób celowy, miejscami rozwlekła, pełna dygresji, barów, papierosów, jazzu, potu, frustracji i męskiego ego, któremu bardzo przydałaby się zimna kąpiel oraz rachunek sumienia. Tyle że właśnie w tej specyfice tkwi jej urok. Poveda pisze kryminał, ale pod spodem prowadzi opowieść o obsesjach, o manipulacji, o samotności, o dziennikarstwie balansującym między prawdą a sprzedażą sensacji, o ludziach tak głodnych sensu, że gotowi są pozwolić, by ktoś inny wymyślił im duszę od nowa.

Czekałam na Gabriela długo. Może zbyt długo. Po lekturze mam jednak poczucie, że trafiłam na autora, który nie zamierza mizdrzyć się do czytelnika ani głaskać jego przyzwyczajeń. Hiszpańska inność tej książki, jej brud, jej słońce i cisza, która okazuje się najgłośniejszym narzędziem przemocy, zadziałały na mnie dokładnie tak, jak powinny. Nie bez zgrzytów, nie bez oporu, nie bez chwil, w których Gabriel zasługiwał na solidne potrząśnięcie za kołnierz. Ale zadziałały.

A ja bardzo cenię literaturę, która nie przychodzi do mnie z bukietem i zapewnieniem, że będzie miło, tylko siada naprzeciwko, zapala papierosa, nalewa taniej whisky i zaczyna opowieść od zdania, po którym nie wypada już udawać, że nie słucham.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *