
Autor: Piotr Kościelny
Tytuł: Narogi
Data premiery: 27.08.2025
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 336
Gatunek: thriller, kryminał
„Największe potwory rodzą się nie w ciemnych lasach, lecz w ludzkiej głowie.”
Tak mogłabym otworzyć rozmowę o „Narogach” Piotra Kościelnego, bo właśnie taką książkę miałam w rękach – przerażającą, miejscami fascynującą, a jednak zostawiającą we mnie spory niedosyt, jakby autor chciał powiedzieć za dużo, naraz, wszystkimi głosami, i w pewnym momencie stracił panowanie nad opowieścią.
Bo widzisz, Piotr Kościelny to twórca, którego prozę od dawna śledzę i którego styl znam jak własne podwórko; człowiek, który potrafi malować zbrodnię z detalem tak dojmującym, że jeszcze długo po zamknięciu książki wyobraźnia odmawia współpracy i nie chce przestać podsuwać obrazów. Jednak tym razem miałam poczucie, że ten jego niepowtarzalny dar, który w np.”Zwierzu” potrafił mnie zniewolić i spętać bez reszty, tutaj rozlał się jak mleko na blacie: niby wciąż białe i pełne wartości, a jednak rozwodnione, spływające, nieuchwytne.
Kiedy dziś siadłam do laptopa, to nie z zamiarem prostej relacji, lecz raczej z potrzebą wypowiedzenia głośno wątpliwości, które narastały we mnie od pierwszych stron aż do finału. Bo nie chodzi o to, że Kościelny nie potrafi pisać – przeciwnie, jego proza zawsze jest ostra, szybka, pełna naturalizmu i odrzucającej, a zarazem hipnotyzującej prawdy. Chodzi raczej o to, że tym razem, w „Narogach”, przesadził, a przynajmniej ja miałam takie poczucie: zamiast precyzyjnie prowadzonej historii dostałam wachlarz zbrodni, dewiacji i wynaturzeń, który w pewnym momencie zaczął przypominać przesadne widowisko, gdzie każdy z aktorów próbuje krzyczeć głośniej od drugiego.
Zaczyna się mocno – i tego się spodziewałam. Tu nie ma długiego wprowadzenia ani gry pozorów, od razu zostajemy wrzuceni w świat ludzi, którzy dawno przekroczyli granice moralności. I są potwory, bo jakże inaczej nazwać ludzi, którzy przekraczają każdą granicę moralności, obyczaju i prawa. Mamy więc kanibala, mamy patologiczne rodzeństwo z obsesją na punkcie płodzenia dziecka, mamy człowieka, który z chęci sławy postanawia sam sobie przypisać cudze zbrodnie, mamy wreszcie kobiety, które wplątują się w ten mroczny taniec, czasem nieświadomie, czasem przez miłość, czasem z czystej desperacji.
I teraz wyobraź sobie, że siadasz z taką książką wieczorem, odpalasz lampkę, nalewasz sobie herbatę i mówisz: dobra, dam się porwać. I rzeczywiście, pierwsze kilkadziesiąt stron niesie, wciąga w tę otchłań brudu i przemocy, tak jak autor ma w zwyczaju. Ale im dalej, tym mocniej czułam, że coś się wymyka spod kontroli – jakby Kościelny zachłysnął się własną wyobraźnią i dorzucał kolejne wątki, kolejne postacie, kolejne dewiacje, aż w końcu powstał kocioł, w którym gotuje się zbyt wiele naraz.
Nie zrozum mnie źle – brutalność sama w sobie nie jest dla mnie problemem. Czytałam już powieści, w których krew płynęła szerokim strumieniem, a jednak miały sens, logikę, rytm, były jak partytura, w której każdy dysonans był zamierzony. Tutaj jednak chwilami miałam wrażenie, że autor przestaje grać, a zaczyna walić w klawisze, byle głośniej, byle mocniej, byle szybciej. Efekt? Owszem, głośny, owszem, szokujący, ale czy przekonujący? Dla mnie – nie do końca.
Autor postawił na narrację wielotorową, pełną brutalności, gwałtowności i przerysowania. Fabuła koncentruje się na tropie grasującego we Wrocławiu kanibala, który sieje strach w mieście i wymyka się kolejnym policyjnym obławom. Na pierwszym planie mamy komisarza Sikorę – człowieka, który nie boi się pójść na zwarcie, a jednocześnie nieustannie balansuje między profesjonalizmem a własnymi demonami. Obok niego pojawia się Bielecki, tyle że nie jest tu aktywnym partnerem, jak w innych historiach Kościelnego, lecz pogrążony w śpiączce staje się raczej cieniem, widmem, którego los budzi napięcie i wywołuje u czytelnika niepokój. Ten wątek jest naprawdę dobrze prowadzony i gdyby autor tylko na nim się skupił… no właśnie, bo tutaj właśnie dochodzimy do największej zalety, ale i wady „Narogów”: mnogości wątków. Kościelny wciąga nas w labirynt, w którym obok wątku głównego spotykamy całe poboczne ścieżki. Jedną z nich jest na przykład epizodyczna, a jednak wyrazista historia Pyrki – postaci, która zjawia się w książce niczym błysk flesza, tylko po to, by równie szybko zniknąć. Mężczyzna, zafascynowany literaturą grozy i marzący o własnej karierze pisarskiej, postanawia podszyć się pod kanibala, by zyskać rozgłos. I choć wydaje się to groteskowe, a zarazem tragiczne, autor nie rozwija tego motywu – Pyrka pojawia się, odgrywa swoją krótką rolę, a potem znika bez echa. Pozostaje pytanie: po co? Po co wprowadzać bohatera, którego obecność nie wnosi realnej siły do konstrukcji fabuły? To wrażenie literackiego „wrzutu” tylko pogłębia moje poczucie, że „Narogi” są przeładowane.
Podobnie jest z innym tropem – wątkiem policjanta, który dla własnej korzyści sprzedaje do mediów materiały, kluczowe informacje ze śledztwa, by zyskać pieniądze. Ten motyw ma potencjał, bo dotyka kwestii wyjątkowo aktualnej i bolesnej – korupcji, braku etyki, współodpowiedzialności służb i mediów za nakręcanie spirali paniki. A jednak, zamiast rozwinąć go i uczynić fundamentem krytycznej refleksji, autor pozostawia go gdzieś w tle, ledwie naszkicowany, jakby się spieszył, by czym prędzej ruszyć dalej. Szkoda, bo właśnie tu tkwiła szansa na naprawdę mocne uderzenie, takie, które nie tylko wywołuje emocje, ale też pozostawia czytelnika z pytaniem: komu właściwie można ufać, skoro nawet ci, którzy powinni stać na straży prawdy, sprzedają ją za garść srebrników?
Jest też wątek, który wzbudził we mnie największą konsternację – niepotrzebnie wpleciona historia homoseksualna. I nie chodzi mi o temat sam w sobie, bo ten w literaturze nie powinien być żadnym tabu, ale o sposób, w jaki został tu potraktowany: jakby na siłę, jakby dla szokowania, a nie dla sensu fabularnego. Zamiast nadać opowieści głębię czy dodatkowy wymiar, ten fragment sprawia wrażenie obcego ciała, nie do końca pasującego do całości. I znów rodzi się pytanie: czy naprawdę każda kontrowersja musi znaleźć się w jednej książce? Czy nie lepiej czasem wybrać jeden wątek i doprowadzić go do perfekcji, zamiast rozdrabniać się na kilkanaście niedokończonych?
Bo właśnie w tym tkwi problem „Narogów” – w przesycie. Mamy tu kanibala, porwania, policję w kryzysie, wątki rodzinne, romanse, zdrady, korupcję, radykalne środowiska aktywistów, religijne deformacje i kazirodcze obsesje. Każdy z tych motywów mógłby być osią osobnej powieści, a wszystkie razem tworzą obraz, który zaczyna przypominać raczej mozaikę niż portret. I o ile mozaika może być piękna, to jednak wymaga wprawnej ręki artysty, by poszczególne elementy układały się w spójną całość. Tutaj niestety czasem bardziej przeszkadzają, niż zachwycają.
Nie chcę być źle zrozumiana – czyta się to wciąż dobrze, bo Kościelny ma dar budowania napięcia, jego zdania niosą w sobie naturalny rytm, a brutalność, nawet jeśli przesadzona, nie jest pustym epatowaniem, tylko elementem kreacji świata, w którym nic nie jest oczywiste, a granice człowieczeństwa pękają na naszych oczach. Tyle że zamiast tego mocnego, klaustrofobicznego uderzenia, które pamiętam np. ze „Zwierza”, dostałam tu coś w rodzaju literackiego bufetu: wszystkiego po trochu, ale bez poczucia pełnej sytości.
Były momenty, w których miałam ochotę zatrzasnąć książkę i powiedzieć: dosyć. Nie dlatego, że Kościelny poszedł za daleko – bo w literaturze kryminalnej nie istnieje takie pojęcie jak „za daleko”, jeśli fabuła to uzasadnia – ale dlatego, że miałam poczucie, iż te sceny niczego nie wnoszą, że są dla samego efektu. Brutalność bez znaczenia, przemoc dla samej przemocy, kolejne opisy obrzydliwości, które nie pogłębiają historii, a jedynie ją rozwadniają.
I kiedy tak siedziałam z tą książką, zastanawiając się, dokąd mnie to wszystko prowadzi, dotarłam do finału. I tu, przyznaję, poczułam się oszukana. Jakby autor nagle uświadomił sobie, że czas kończyć, że deadline goni, że trzeba pozamykać wątki. I w rezultacie dostaliśmy rozwiązania pospieszne, chaotyczne, jakby ktoś przewijał taśmę, żeby szybciej dojechać do napisu „Koniec”. Wątki, które budowały napięcie, zostają urwane, a zamiast katharsis dostajemy niedosyt i obietnicę kontynuacji. Oczywiście, rozumiem – seria, plany, rozwinięcie – ale jako czytelniczka chciałabym, żeby choć część tych nici została zawiązana mocniej, a nie porzucona na chybił trafił.
I tu dochodzimy do sedna mojego problemu. Bo „Narogi” to książka, w której widać potencjał, widać znany mi kunszt autora, widać jego bezkompromisowość w portretowaniu zła. Ale jest też przesada. Zbyt wiele wątków, zbyt wiele tematów, zbyt wiele potworów upchniętych na jednej scenie. Zamiast strachu – przychodzi znużenie. Zamiast napięcia – przesyt. Zamiast chłodu na plecach – przewracanie stron w nadziei, że wreszcie coś się wyklaruje.
Wiesz, kiedy czytałam inne książki tego autora, miałam wrażenie, że obcuję z literaturą kryminalną, która wie, dokąd zmierza, która prowadzi mnie przez mrok, ale nie pozwala stracić orientacji. Historia komisarza Marka Mikulskiego była mocna, brutalna, a jednak spójna, zamknięta, satysfakcjonująca. Tam autor był jak chirurg – precyzyjny, bezlitosny, ale skuteczny. Tutaj natomiast chwilami przypominał bardziej rzeźnika, który wymachuje nożem we wszystkie strony naraz, a czytelnik musi się uchylać.
I może właśnie to mnie tak zirytowało w finale. Bo gdyby ta powieść miała mniej, byłaby większa. Gdyby autor zdecydował się na jedną lub dwie linie, pogłębił je, zbudował psychologię postaci, dał im oddech – mogłaby powstać książka, która dorównałaby najlepszym w jego dorobku. A tak mamy przesadę, przerysowanie, nadmiar.
Nie mówię, że to książka zła – bo nie jest. Kościelny nie potrafi pisać źle, ma warsztat, ma język, ma umiejętność budowania scen, które zostają w pamięci. Ale to książka nierówna, męcząca w swojej obfitości, momentami chaotyczna. Taka, która bardziej mnie zmęczyła niż zachwyciła.
I wiesz co? Nie przekreślam autora, bo wiem, co potrafi. Wiem, że potrafi mnie wciągnąć bez reszty, jak w innych swoich książkach. Wiem, że potrafi pisać historie, które trzymają w napięciu, a nie w przesycie. Ale „Narogi” – cóż, to powieść, która mnie nie uwiodła. Zostawiła ze smakiem goryczy, jak kawa, którą ktoś posłodził za mocno i dolał mleka – niby wciąż kawa, ale nie ta, na którą miałam ochotę.
I kiedy teraz rozmawiamy o tej książce, tak przy kawie właśnie, to wiesz, co ci powiem? Że mimo wszystko warto było ją przeczytać, bo to doświadczenie, bo to kawałek literackiego świata Piotra Kościelnego, bo to próba zmierzenia się z mrokiem. Ale jeśli mam sięgnąć po coś kolejnego, to raczej poczekam na nową historię, w której autor znowu będzie chirurgiem, a nie rzeźnikiem.
Bo literatura kryminalna, nawet ta najbardziej brutalna, musi mieć sens. A tu sens utonął w nadmiarze.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
