Recenzje

„Wierny czytelnik”- Max Seeck

Autor: Max Seeck
Tytuł: Wierny czytelnik

Data premiery: 24.03.2021
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 440
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Emilia Gieda

„Świat jest złym miejscem…. Świat jest zimny.”

I Max Seeck bardzo szybko sprawia, że trudno się z tym zdaniem nie zgodzić.

„Wierny czytelnik” zaczyna się zgodnie ze starą hitchcockowską zasadą: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie ma już tylko rosnąć. Seeck najwyraźniej potraktował to jako osobiste wyzwanie. Zaczyna od ciszy, śniegu i domu nad zamarzniętym morzem, a później dokręca śrubę tak długo, aż człowiek przestaje pamiętać, po co właściwie miał iść spać.

Maria Koponen, żona znanego pisarza thrillerów, zostaje odnaleziona martwa w swoim domu. Sprawę przejmuje Jessica Niemi i bardzo szybko okazuje się, że ktoś z wyjątkowo chorą konsekwencją zaczął przenosić literacką fikcję do rzeczywistości. Roger Koponen napisał bestsellerową trylogię o polowaniach na czarownice, pełną brutalnych zbrodni i średniowiecznych metod zadawania śmierci. Ktoś najwyraźniej uznał, że samo czytanie to za mało i postanowił zafundować światu wersję praktyczną.

Brzmi znajomo? Trochę tak.

Motyw mordercy odtwarzającego zbrodnie z książek nie jest przecież literackim objawieniem. Tyle że Seeck nie pozwala mu osiąść w wygodnym schemacie. Kiedy wydaje się, że sprawa zaczyna układać się w logiczną całość, autor przesuwa jeden element i cały obraz przestaje pasować. Człowiek układa teorię, już prawie jest z siebie dumny, już niemal słyszy fanfary, po czym Seeck jednym ruchem robi z tej teorii serwetkę pod kawę.

I robi to wystarczająco często, żeby po pewnym czasie przestać mu ufać.

A kiedy przestaję ufać autorowi thrillera, zaczynam bawić się naprawdę dobrze.

Najbardziej podobało mi się jednak to, że „Wierny czytelnik” bardzo szybko przestaje być wyłącznie historią o kolejnych zbrodniach. Owszem, są mocne. Owszem, bywają brutalne. Owszem, potrafią wejść pod skórę. Ale gdzieś pomiędzy policyjnymi korytarzami, śniegiem, dziwnymi symbolami i coraz bardziej duszną atmosferą zaczyna wyłaniać się Jessica.

I wtedy książka robi się dla mnie znacznie ciekawsza.

To nie jest bohaterka, którą autor podaje czytelnikowi na tacy z karteczką „proszę ją polubić”. Jest zdystansowana, uparta, momentami drażniąca i bardzo skrupulatnie pilnuje, co inni mogą o niej wiedzieć. Ma w sobie coś takiego, jakby całe życie funkcjonowała z ręką na klamce awaryjnego wyjścia.

Początkowo można uznać to za chłód.

Później zaczyna się rozumieć, że to raczej system zabezpieczeń.

Autor powoli odsłania jej przeszłość i robi to bez wielkich transparentów z napisem TRAUMA. Nie tłumaczy Jessiki łopatą. Nie zmusza jej do wygłaszania wielkich monologów o własnym cierpieniu. Po prostu raz na jakiś czas pozwala przeszłości wejść do pokoju.

I ona za każdym razem przynosi ze sobą coraz mniej tlenu.

Retrospekcje, za którymi zwykle nie przepadam, tutaj zaczęły działać na mnie wyjątkowo mocno. Początkowo mogą sprawiać wrażenie osobnej historii, ale z czasem staje się jasne, że nie są dodatkiem. To w nich widać, jak rodziła się potrzeba kontroli, jak fascynacja potrafi zmienić się w zależność, a bliskość w coś, co zaczyna uwierać, dusić i odbierać człowiekowi pewność siebie kawałek po kawałku.

I nagle Jessikę zaczyna się czytać zupełnie inaczej.

Jej chłód przestaje być chłodem.

Jej dystans przestaje być pozą.

Jej upór zaczyna mieć źródło.

To właśnie ten moment, w którym „Wierny czytelnik” przestaje być dla mnie po prostu sprawnym thrillerem, a zaczyna zmieniać temperaturę. Z klasycznego kryminału policyjnego skręca w psychologiczny niepokój, a później jeszcze odrobinę dalej, tam gdzie zaczynają pojawiać się rzeczy, których nie da się już tak łatwo zamknąć w raportach i policyjnych segregatorach.

Seeck bawi się motywami czarownic, rytuałów, symboli, masek i tajemniczej organizacji. To jest ten rodzaj materiału, który w mniej sprawnych rękach bardzo szybko zamieniłby się w przebierankową farsę. Tutaj momentami balansuje na granicy przesady, ale jej nie przekracza na tyle, żebym straciła zainteresowanie.

Wręcz przeciwnie.

Im bardziej robiło się dziwnie, tym bardziej chciałam wiedzieć, dokąd to wszystko prowadzi. I chyba właśnie to jest największą siłą tej książki. Nie perfekcyjna konstrukcja. Nie literacka ekwilibrystyka. Nie efekt opatrzcie, jaki jestem sprytny”. Tylko to jedno, proste, bardzo skuteczne uczucie:

jeszcze jeden rozdział. A potem kolejny. I jeszcze jeden. I nagle robi się zdecydowanie za późno, żeby zachowywać się odpowiedzialnie.

Uwielbiam thrillery, które robią z dorosłego człowieka idiotę siedzącego po nocy z książką i obietnicą, że teraz to już naprawdę ostatni rozdział. „Wierny czytelnik” zrobił to ze mną bez większego wysiłku.

I chyba właśnie dlatego wybaczyłam mu kilka rzeczy.

Bo czasami jest tego wszystkiego dużo. Bardzo dużo. Autor momentami zachowuje się jak człowiek, któremu ktoś powiedział, że może napisać tylko jedną książkę i musi zmieścić w niej wszystkie pomysły, które nosił w głowie od liceum. Trop pogania trop. Jedna niewiadoma otwiera następną. Niektóre rozwiązania robią się coraz bardziej rozbudowane, a człowiek zaczyna podejrzewać, że za chwilę będzie potrzebował tablicy korkowej, czerwonej włóczki i dwóch dni urlopu.

A jednak napięcie nie siada.

To ważne.

Bo można mieć najbardziej wymyślną intrygę świata, ale jeśli czytelnikowi jest wszystko jedno, kto stoi za drzwiami, to można równie dobrze czytać instrukcję montażu szafki.

Tutaj nie jest wszystko jedno. Tutaj chce się wiedzieć.

Bardzo dobrze działa też policyjny zespół, zwłaszcza relacja Jessiki z Ernem. Nie jest przesłodzona, nie jest nachalna, nie próbuje robić z siebie wielkiej literackiej przyjaźni. Jest w niej coś naturalnego. Zaufanie, które nie potrzebuje deklaracji. Troska, której nikt nie nazywa troską. I to specyficzne zawodowe porozumienie ludzi, którzy widzieli razem za dużo, żeby jeszcze silić się na piękne zdania.

I właśnie dlatego ich sceny zostają w pamięci. Nie przez patos, a przez brak patosu.

Końcówka zostawiła mnie natomiast z tym bardzo charakterystycznym uczuciem, kiedy człowiek zamyka książkę i przez chwilę patrzy przed siebie, jakby autor coś mu jeszcze był winien.

Nie dlatego, że finał jest zły. Dlatego, że nie jest wygodny.

Seeck nie podaje odpowiedzi na srebrnej tacy, nie zamyka wszystkiego w równym pudełku i nie podpisuje markerem „wyjaśnione”. Zostawia kilka drzwi uchylonych i pozwala czytelnikowi zerknąć w ciemność po drugiej stronie.

I chyba właśnie to sprawiło, że po zakończeniu jeszcze długo o tej historii myślałam.

Bo „Wierny czytelnik” zaczyna się jak opowieść o zbrodni, ale z czasem staje się czymś znacznie bardziej niepokojącym.

Opowieścią o pamięci. O tym, co człowiek wypiera, żeby móc normalnie żyć. O rzeczach, które wyglądają jak przeszłość tylko do momentu, kiedy nagle stają przed drzwiami. O tym, że czasem najgorsze nie jest to, że komuś nie można ufać. Najgorsze jest to, że przestaje się mieć pewność, czy można ufać samemu sobie. I właśnie wtedy ta historia zaczyna naprawdę działać. Nie wtedy, kiedy pojawia się kolejna zbrodnia. Nie wtedy, kiedy śledczy znajdują nowy trop. Tylko wtedy, kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy wszystko, co do tej pory uważałaś za pewne, przypadkiem nie było tylko wygodniejszą wersją prawdy.

To nie jest książka bez wad. Chwilami jest przekombinowana, momentami aż prosi się o odrobinę większą dyscyplinę, a niektóre elementy autor prowadzi niebezpiecznie blisko granicy, za którą thriller zaczyna stroić się w zbyt dużo piór.

Ale wiecie co?

Mam to gdzieś. Bo mnie wciągnęła. Naprawdę. Tak, że chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Tak, że nie odkładałam jej z poczucia obowiązku. Tak, że po zakończeniu nie miałam ochoty od razu brać kolejnej przypadkowej książki, tylko jeszcze chwilę zostać w tej historii. A to w thrillerze jest dla mnie więcej warte niż najbardziej perfekcyjnie wypolerowana konstrukcja.

Max Seeck napisał książkę, która zaczyna się od zbrodni, ale kończy znacznie bliżej człowieka. Bliżej jego pamięci. Bliżej strachu. Bliżej tego miejsca, w którym rozsądek zaczyna się chwiać.

I chyba najbardziej podoba mi się to, że po ostatniej stronie nadal nie mam poczucia, że znam Jessikę Niemi. Mam za to bardzo silne podejrzenie, że chcę ją poznać dalej. Czyli stało się coś wyjątkowo irytującego.

Tytuł okazał się proroctwem.

Zostałam wiernym czytelnikiem.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *