
Autor: Marcel Moss
Tytuł: Przeklęci
Data premiery: 09.10.2024
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał, sensacja
„Jestem największym złem, a moje miejsce jest w piekle. To ja jestem przeklęta, nie Wy.”
Najgorsze w Felicji jest to, że kiedy poznajesz jej przeszłość, przez krótką chwilę zaczynasz rozumieć, skąd w niej tyle gniewu. Widzisz kobietę potwornie skrzywdzoną, złamaną przez ludzi, religijny fanatyzm i historię. I może autor liczył, że w tym momencie zrobi mi się jej choć odrobinę żal.
Nie zrobiło.
Rozumieć to nie znaczy wybaczyć. Można wiedzieć, skąd przyszło zło, a jednocześnie nadal mieć ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i jeszcze dla pewności przysunąć szafę. To, co spotkało Felicję, było okrutne i niesprawiedliwe. Nie potrafiłam jednak współczuć jej tak samo mocno jak jednej z jej wychowanek w sierocińcu – Zosi, bo w pewnym momencie sama stanęła po stronie tych, którzy krzywdzą. To właśnie historia tej dziewczynki bolała mnie najbardziej.
Nie „poruszyła”. Nie „wzbudziła współczucie”. Bolała. Tak zwyczajnie i fizycznie, bo czytając o niej, miałam ochotę wejść do tej książki, wyciągnąć ją za rękę i zabrać gdziekolwiek, byle dalej od ludzi, którzy wmówili sobie, że okrucieństwo staje się mniej obrzydliwe, kiedy dorobi się do niego religijne uzasadnienie. Dorośli mają zresztą niezwykły talent do nazywania przemocy wychowaniem, milczenia rozwagą, a własnego tchórzostwa bezradnością. Wystarczy dobrać odpowiednie słowo i już można spokojniej zasnąć.
Zosia nie dawała mi spokoju. Wracałam do niej myślami nawet wtedy, kiedy akcja przenosiła się do współczesności. Czekałam, aż znów pojawi się jej historia, chociaż doskonale wiedziałam, że każda kolejna scena będzie bolała bardziej. To trochę jak dotykanie językiem bolącego zęba – wiadomo, że rozsądny człowiek powinien przestać, ale ciekawość i masochizm od dawna prowadzą wspólne gospodarstwo domowe.
W 1951 roku w położonej wśród lasów kaplicy giną dzieci z pobliskiego sierocińca. Za tragedię odpowiadać ma siostra Felicja Roman, która po wszystkim odbiera sobie życie. Siedemdziesiąt lat później w tej samej okolicy znika Michał Korcz. Przyjechał na Spisz ze znajomymi, wyszedł samotnie do lasu i przepadł. Policja nie znajduje odpowiedzi, mieszkańcy mają za to pod ręką znacznie wygodniejsze wyjaśnienie: klątwę. Bo kiedy fakty są niewygodne, zawsze można obudzić legendę, otrzepać ją z kurzu i powiedzieć, że to sprawka diabła. Diabeł nie składa zeznań, nie wynajmuje adwokata i nie przypomina nikomu o dawnych grzechach. Podejrzany idealny.
Matka Michała zwraca się więc o pomoc do agencji ECHO. Sandra i jej ekipa przyjeżdżają na miejsce, zaczynają zadawać pytania i dość szybko odkrywają, że pod góralską pocztówką z ośnieżonymi dachami, lasem i miejscową gościnnością kisi się coś znacznie starszego niż sprawa jednego zaginionego mężczyzny.
Bardzo odpowiadało mi prowadzenie tej historii w dwóch liniach czasowych. Nie miałam wrażenia, że autor co jakiś czas przerywa śledztwo, żeby obowiązkowo wrzucić fragment z przeszłości i przypomnieć, że kiedyś też bywało ponuro. Obie opowieści powoli się do siebie zbliżają, podsuwając kolejne szczegóły, ale przez długi czas nie wiadomo jeszcze, gdzie dokładnie znajduje się miejsce ich zderzenia. Współczesność szuka odpowiedzi, przeszłość trzyma je zaciśnięte w pięści, a ja siedziałam pomiędzy nimi i coraz szybciej przewracałam strony.
Czytałam z napięciem. Nie takim uprzejmym, które pozwala odłożyć książkę, zrobić pranie i wrócić po kolacji. Chciałam wiedzieć, co naprawdę wydarzyło się w kaplicy, co stało się z Michałem i dlaczego po siedemdziesięciu latach ludzie nadal wolą opowiadać o klątwie, zamiast uczciwie spojrzeć w przeszłość. Moss dobrze wykorzystuje duszną atmosferę małej miejscowości, w której wszyscy wszystko wiedzą, lecz akurat najważniejsze sprawy dziwnym trafem umknęły całej zbiorowej pamięci. Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał, ale gdyby trzeba było ustalić, kto wrócił wczoraj do domu po dwóch kieliszkach za dużo, świadkowie ustawiliby się w kolejce.
Gdyby jednak cała książka utrzymywała ciężar historii Zosi, potrzebowałabym po niej nie kolejnej lektury, tylko turnusu regeneracyjnego i fachowej pomocy. Dlatego dobrze, że jest ECHO.
Polubiłam tę ekipę. Sandra, Igi, Velma i pozostali wnoszą do historii trochę powietrza, humoru i normalnego ludzkiego chaosu. Ich relacje nie przeszkadzały mi w głównym wątku. Były chwilą oddechu od przemocy, strachu i dziecięcej bezradności. Kiedy Sandra zaczynała swoje przekomarzanki z Igim, mogłam na moment rozluźnić szczękę, bo ta przy Zosi pozostawała zaciśnięta niemal bez przerwy.
Między Sandrą a Igim iskrzy w sposób, który nie potrzebuje neonowego napisu „Uwaga, napięcie”. Jedno drugie doprowadza do szału, oboje mają emocjonalną dojrzałość ludzi, którzy woleliby rozbroić bombę, niż spokojnie powiedzieć, co czują, i właśnie dlatego dobrze się ich czyta. Ta relacja ma lekkość, ale nie wpada w infantylność. Daje uśmiech dokładnie tam, gdzie książka zaczyna przygniatać. Nie odebrałam tego jako odciągania uwagi od Zosi. Przeciwnie – dzięki tym chwilom można było wrócić do jej historii i znów ją naprawdę poczuć, zamiast po kolejnej dawce cierpienia zwyczajnie się na nie znieczulić.
Oczywiście Sandra czasami operuje językiem subtelnym jak cegła lecąca przez zamknięte okno. Mnie to jednak bawiło. Pod tą całą bezczelnością, przekleństwami i miną kobiety, która najchętniej załatwiłaby pół świata jednym celnym kopniakiem, jest ktoś, komu nadal bardzo zależy. A wiadomo, że troskę najłatwiej ukryć pod ironią, szczególnie kiedy człowiek ma alergię na rozmowy o uczuciach.
Nie wszystko w „Przeklętych” kupiłam bez marudzenia. Pod koniec robi się znacznie bardziej sensacyjnie, a prawda zostaje podana w sposób dość wygodny . Autor ma również skłonność do dopowiadania emocji, które już wcześniej pokazał. Czasem wystarczyłoby pozwolić scenie wybrzmieć. Czytelnik naprawdę potrafi połączyć dwa punkty bez nawigacji, przewodnika i wycieczki autokarowej.
Tyle że te zgrzyty nie odebrały mi napięcia ani emocji. Chciałam poznać prawdę i nie przestałam jej chcieć nawet wtedy, kiedy zaczęłam podejrzewać, dokąd prowadzą poszczególne tropy. Najważniejsze okazało się zresztą nie to, czy nad okolicą rzeczywiście ciąży klątwa. Znacznie mocniej wybrzmiewa pytanie o winę, która nie znika wraz ze śmiercią, tylko rozlewa się na kolejnych ludzi. Ktoś krzywdzi, ktoś milczy, ktoś po latach próbuje odkupić dawne błędy i przy okazji tworzy następne. Wszyscy są przekonani, że właśnie kończą zło. Zło tymczasem siedzi z boku, patrzy na ten bałagan i nawet nie musi się specjalnie wysilać.
„Przeklęci” to moje pierwsze spotkanie z Marcelem Mossem. Udane, bo książka mnie wciągnęła, poruszyła i porządnie wkurzyła, a ja cenię literaturę, która nie wypada z głowy pięć minut po zamknięciu okładki. Czy od tej chwili zostanę wierną fanką autora i będę rzucać się na każdą jego premierę jak na ostatni wolny leżak przy hotelowym basenie?
Jeszcze nie wiem.
Jedna dobra książka to obiecująca znajomość, a nie przysięga małżeńska. Nie wybieram jeszcze wspólnych zasłon, nie zakładam fanclubu i nie tatuuję nazwiska autora na przedramieniu. Na pewno jednak dam mu kolejną szansę, bo chcę sprawdzić, czy to było jednorazowe mocne spotkanie, czy początek czegoś, co zostanie ze mną na dłużej.
Zosia została. I chyba właśnie ona jest najlepszym dowodem na to, że ta historia trafiła tam, gdzie miała.
Nie każda książka dostaje ode mnie własną piosenkę. „Przeklęci” jednak nie chcieli grzecznie zostać na półce, a historia Zosi nie kończyła się w mojej głowie wraz z ostatnią stroną. Z tych emocji powstał „Las pamięta” – mroczny utwór o spalonej kaplicy, przemilczanej krzywdzie i lesie, który przechował imiona tych, o których ludzie woleli zapomnieć. Słowa napisałam pod wpływem powieści Marcela Mossa, a Suno nadało im muzykę i mój głos. Wyszło na tyle dobrze, że tym razem skromność może spokojnie posiedzieć w kącie.
Posłuchaj „Las pamięta” na YouTube.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

