
Autor: Marcin Mortka
Tytuł: Hellware
Data premiery: 04.02.2026
Wydawnictwo:Sine Qua Non
Liczba stron: 360
Gatunek: fantasy, science fiction
„Pięć osób – pomyślał ze znużeniem. – A żadna nie jest w stanie ani na moment oderwać się od telefonu, a one, zamiast służyć, zaczynają opętywać. Totalne hellware”.
Wróciłam do Nonstead. I wiecie co? Czekałam na ten powrót, bo pierwsza część zostawiła mnie z bardzo przyjemnym rodzajem dyskomfortu. Takim, po którym człowiek odkłada książkę, idzie wieczorem do kuchni i nagle zaczyna podejrzliwie zerkać w ciemne okno. Niby wie, że za szybą niczego nie ma, ale zasłania roletę trochę szybciej niż zwykle. Tak na wszelki wypadek.
Tamto miasteczko było duszne, brudne od sekretów i niepokojąco ciche. Miałam wrażenie, że coś cały czas obserwuje Nathana. Czasem zza drzew, czasem przez szybę, a czasem z wnętrza jego własnej głowy. Nie wiedziałam, czego właściwie się bać, więc na wszelki wypadek bałam się wszystkiego. I właśnie za to polubiłam pierwszą część. Nie zrobiła na mnie efektu „rzucam wszystko i ogłaszam arcydzieło”, ale miała klimat, który wlazł mi pod skórę i nie chciał stamtąd wyjść.
Dlatego do „Hellware” podeszłam z ciekawością. Chciałam znowu poczuć ten chłód. Wrócić do miejsca, w którym mgła nie jest zjawiskiem pogodowym, tylko ostrzeżeniem, a mieszkańcy patrzą na obcego tak, jakby już wiedzieli, gdzie zostanie pochowany.
Początek rzeczywiście dał mi dokładnie to, na co czekałam.
Nathan odzyskuje świadomość za barem. Pracuje, obsługuje klientów, zna swoje obowiązki, a jednocześnie nie ma pojęcia, jak się tam znalazł. Odkrywa, że z jego pamięci zniknęły ponad dwa lata. Nie kilka godzin po wyjątkowo ambitnej imprezie. Dwa lata życia. Jego ciało w tym czasie funkcjonowało, pracowało i wykonywało codzienne czynności, ale jego samego jakby w nim nie było.
I to mnie ruszyło. Wyobraź sobie, że budzisz się we własnym życiu i czujesz się w nim jak nieproszony gość. Otwierasz telefon, zaglądasz do mieszkania, patrzysz na swoje rzeczy i żadna z nich nic ci nie mówi. Wszędzie znajdujesz ślady człowieka, którym podobno byłaś, ale którego kompletnie nie znasz.
A później dowiadujesz się, ile w tym czasie straciłaś.
Fiona zniknęła. Skinner zapłacił za wydarzenia z poprzedniej części znacznie wyższą cenę, niż Nathan mógł przypuszczać. Sam Nathan nie wie natomiast, co robił, komu wyrządził krzywdę i czy może jeszcze ufać własnym wspomnieniom. Wszystkie drogi prowadzą oczywiście do Nonstead, bo to miasteczko najwyraźniej nie uznaje rozstań. Możesz wyjechać, ale ono i tak kiedyś po ciebie wróci. Jak toksyczny były, tylko z większą liczbą demonów.
I przez pierwsze rozdziały naprawdę przepadłam. Była dezorientacja, strata, poczucie obcości i to nieprzyjemne pytanie: co robiło twoje ciało, kiedy ciebie w nim nie było? Był też powrót do Skinnera, na który czekałam chyba najbardziej.
Uwielbiam tę ich pokręconą przyjaźń. Oni nie będą siedzieć przy kominku, rozmawiać o uczuciach i zapewniać się, że zawsze mogą na siebie liczyć. Prędzej dadzą sobie po mordzie, rzucą kilka soczystych „epitetów”, a potem wspólnie pojadą ratować świat. Skinner ma pełne prawo być na Nathana wściekły. Ma prawo go obwiniać i nie chcieć więcej widzieć. Tyle że wystarczy, by naprawdę zrobiło się niebezpiecznie, a znowu pojawia się to ich charakterystyczne „my”.
Nie ty masz problem. My go mamy.
I ja takie przyjaźnie kupuję bez negocjacji. Nie są piękne w instagramowym znaczeniu tego słowa, nie błyszczą brokatem i nie nadają się na kubek z motywacyjnym napisem. Są za to prawdziwe. Poobijane, brudne, pełne żalu, ale nadal stojące na nogach.
Tyle że później „Hellware” zaczęło mnie trochę męczyć.
Nie dlatego, że nic się nie działo. Właśnie odwrotnie – momentami działo się aż za dużo. Porwania, pościgi, kolejne ataki, broń, ludzie sterowani przez Maggora i następne elementy jego siatki. Fabuła przyspieszała, bohaterowie biegali, samochody pędziły, telefony wydawały polecenia, a ja coraz bardziej tęskniłam za chwilą ciszy. Za tym momentem, kiedy nic jeszcze nie wyskakuje z ciemności, ale człowiek już czuje, że coś tam jest. W „Hellware” zło przestaje się ukrywać. Dostaje nazwę, narzędzie, pomocników i plan działania. Zaczynamy rozumieć, kto pociąga za sznurki oraz w jaki sposób przejmuje ludzi. Mortka zamienia niedopowiedzenia w odpowiedzi, a lęk w konfrontację.
I chyba właśnie tych odpowiedzi dostałam za dużo. Bo kiedy potwór nie ma twarzy, widzę go wszędzie. Kiedy autor go przedstawia, wyjaśnia, pokazuje jego kryjówkę i tłumaczy mechanizm działania, mogę wreszcie spokojnie mu się przyjrzeć. A potwory oglądane przy zapalonym świetle zwykle okazują się mniej straszne.
Najwięcej emocji wzbudził we mnie Chochlik. Blady, chudy, z wielkimi szklistymi oczami, drobnymi zębami i talentem do pojawiania się dokładnie tam, gdzie nikt normalny nie chciałby go zobaczyć. Przemyka po śniegu, śledzi Nathana, wspina się na samochód jak człekokształtny pająk i zachowuje się tak, że raz miałam ochotę go ratować, a chwilę później zatrzasnąć drzwi, zgasić światło i udawać, że nie ma mnie w domu.
Właśnie przy nim wracało to, co tak bardzo podobało mi się w pierwszej części. Niepewność.
Czy Chochlik chce pomóc? Czy prowadzi Nathana prosto w pułapkę? Dlaczego za nim chodzi? Kim właściwie jest? Człowiekiem, potworem, wytworem wyobraźni, a może czymś, co wydostało się z opowieści i teraz nie bardzo wie, co zrobić z własnym istnieniem?
To właśnie on został ze mną po zamknięciu książki. Nie Maggor, nie aplikacja i nie najbardziej widowiskowe sceny. Chudy stwór o ogromnych oczach, który wygląda jak koszmar, a okazuje się bardziej ludzki niż niejeden człowiek.
I może dlatego mój stosunek do „Hellware” jest trochę skomplikowany.
To nie jest zła książka. Nadal lubię Nathana, jeszcze bardziej lubię Skinnera, ich dialogi wciąż mają energię, a czarny humor ratuje historię przed nadmiernym patosem. Czytałam dalej, bo chciałam poznać prawdę o zaginionych latach, Fionie i tym, co Maggor zrobił z Nonstead.
Tylko pierwsza część podobała mi się bardziej.
Tam bałam się czegoś, czego nie widziałam. Tutaj patrzyłam, jak bohaterowie walczą z zagrożeniem, które zostało nazwane i wyciągnięte na światło. Tam Nonstead obserwowało mnie z ukrycia. Tutaj stało się miejscem kolejnej bitwy. Tam niepokój sączył się powoli. Tutaj został zagłuszony przez akcję.
Autor podniósł stawkę, zwiększył tempo i mocniej rozwinął swoją opowieść. Ja jednak nie potrzebowałam więcej huku. Chciałam znowu poczuć, że coś stoi za moimi plecami.
Poczułam to przede wszystkim przy Chochliku. I może właśnie dlatego to on został ze mną po ostatecznym pożegnaniu z Nonstead. Nie Maggor, nie aplikacja i nie najbardziej widowiskowe sceny. Chudy stwór o ogromnych oczach, zawieszony gdzieś pomiędzy wyobraźnią a rzeczywistością. Bohater opowieści, który pod sam koniec zadaje najważniejsze pytanie: co stanie się później?
Mortka zamyka dylogię, ale nie zatrzaskuje jej na wszystkie zamki. Zostawia niewielką szczelinę, przez którą nadal przedostaje się niepokój. Nie po to, by zapowiadać kolejną część, lecz żeby pozwolić tej historii jeszcze przez chwilę żyć w głowie czytelnika.
Pierwsza część podobała mi się bardziej. Była duszniejsza, bardziej tajemnicza i bliższa temu, czego szukam w takich opowieściach. „Hellware” częściej zamienia lęk w akcję, a szept w wystrzał. Nadal jednak stanowi sensowne domknięcie historii Nathana i Skinnera – bardziej widowiskowe niż niepokojące, bardziej dosłowne niż tajemnicze, ale pozostawiające po sobie pytania.
Co Nathan zrobi z mocą, która może zmieniać opowieści w rzeczywistość. I co stanie się z Chochlikiem, kiedy jego historia zostanie dokończona?
Bo może demon wcale nie jest najniebezpieczniejszą istotą w Nonstead? Może jest nią pisarz siedzący przed pustą stroną?
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

