Recenzje

„Trup na Nilu” – Tomasz Duszyński

Autor: Tomasz Duszyński
Tytuł: Trup na Nilu

Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 336
Gatunek: komedia kryminalna

„Wiecie co? Ten mój wielbłąd chyba jest popsuty.”

I już właściwie mogłabym skończyć tę recenzję.

Bo jeżeli zdanie o zepsutym wielbłądzie nie przekonuje was do sięgnięcia po „Trupa na Nilu”, to obawiam się, że nic już nie pomoże.

Nie wiem, czy Tomasz Duszyński zdaje sobie sprawę, że w tym jednym zdaniu zawarł całą esencję serii o panu Tomaszu.

Bo przecież człowiek otwiera kryminał osadzony w Egipcie i spodziewa się zupełnie innych problemów. Morderstwa, owszem. Starożytnych tajemnic, jak najbardziej. Podejrzanych krążących po pokładzie statku, archeologicznych sekretów, może nawet jakiejś klątwy faraona, bo w końcu bez klątwy faraona Egipt byłby jak oscypek bez owcy.

Tymczasem największym zmartwieniem okazuje się stan techniczny wielbłąda.

Od pierwszych stron miałam wrażenie, że wróciłam do starych znajomych, którzy przez kilka miesięcy mojej nieobecności nie zmienili się ani odrobinę. Pan Pisarz nadal jest przekonany, że świat uparł się uprzykrzać mu życie, Pani Żona nadal jednym spojrzeniem potrafi przywołać go do porządku skuteczniej niż większość organów ścigania, a Staszek Ziętek… cóż, Staszek Ziętek pozostaje zjawiskiem, którego nauka nie potrafi wyjaśnić.

Nie człowiekiem.

Zjawiskiem.

Bo człowiek, nawet najbardziej kreatywny, nie jest w stanie z taką regularnością pakować się w sytuacje, które sprawiają, że czytelnik odkłada książkę, patrzy przez okno i zastanawia się, czy właśnie przeczytał to, co mu się wydaje, że przeczytał.

Już sam początek zwiastuje, że rozsądek nie będzie tu mile widzianym gościem.

Pan Tomasz prowadzi kolejną odsłonę swojej wielkiej wojny z kuną. Nie wiem, czy istnieje na świecie drugi człowiek, który potrafiłby nadać konfliktowi z niewielkim łasicowatym stworzeniem rangę operacji wojskowej na skalę europejską, ale pan Tomasz zdecydowanie należy do tego elitarnego grona. Kiedy więc na scenę wkracza Staszek, wyposażony w bezcenne doświadczenie zdobyte podczas własnych zmagań z tym futrzanym przeciwnikiem, od razu wiadomo, że za chwilę wydarzy się coś pięknego.

I rzeczywiście się wydarza.

Do dziś nie mogę spokojnie wspominać historii z odchodami tygrysa.

A właściwie nie tyle samej historii, ile całkowitej powagi, z jaką została opowiedziana.

Najbardziej fascynuje mnie jednak to, że w książkach Duszyńskiego nikt nie próbuje być zabawny. Nikt nie opowiada dowcipów. Nikt nie robi z siebie błazna. Bohaterowie prowadzą całkowicie normalne rozmowy, tyle że ich pojęcie normalności znajduje się najwyraźniej w zupełnie innym miejscu niż pojęcie normalności reszty społeczeństwa.

Dlatego właśnie tak dobrze działa relacja pana Tomasza i Staszka.

To nie jest przyjaźń. To nie jest koleżeństwo. To nawet nie jest sąsiedzka znajomość. To osobna forma egzystencji.

Pan Tomasz od trzech tomów przekonuje wszystkich, że nie cierpi Staszka. Staszek od trzech tomów zachowuje się tak, jakby właśnie został mianowany jego najlepszym przyjacielem, świadkiem na ślubie, ojcem chrzestnym dzieci i głównym beneficjentem testamentu.

W efekcie każda ich rozmowa przypomina spotkanie dwóch ludzi, którzy od dawna powinni przestać ze sobą rozmawiać, ale najwyraźniej nie potrafią.

„- Koniec z nami. Rozumiesz? To koniec naszej przyjaźni.

– I dobrze! (…) Skończyło się coś, czego nigdy nie było.”

Nie wiem, czy to dialog, czy dokument rozwodowy. Wiem natomiast, że śmiałam się przy nim równie mocno jak przy wszystkich późniejszych katastrofach. A katastrof nie brakuje.

Egipt okazuje się dokładnie tak piękny, jak powinien być. Duszyński z wyraźną przyjemnością prowadzi czytelnika przez piramidy, pustynię, świątynie i zakamarki historii, dzięki czemu między kolejnymi żartami naprawdę czuć atmosferę podróży. To nie jest kartonowa dekoracja postawiona za plecami bohaterów. Egipt żyje, oddycha, błyszczy w słońcu i pachnie przygodą, przez co tym bardziej bawi zestawienie tego wszystkiego z grupą ludzi, którzy potrafią zamienić każdą wycieczkę w serię zdarzeń wymagających raportu dla ubezpieczyciela.

Kulminacją tej szlachetnej tradycji jest oczywiście scena z cukierkami.

Nie zamierzam zdradzać szczegółów. Nie po to sama płakałam ze śmiechu, żeby teraz odbierać tę przyjemność innym. Powiem tylko, że dawno nie czytałam fragmentu, który byłby tak doskonałym przykładem humoru opartego na absolutnej powadze.

Bo kiedy Staszek oznajmia:

„- Wiecie co? Ten mój wielbłąd chyba jest popsuty.”

normalny człowiek spodziewa się jednej z dwóch reakcji. Albo ktoś wybuchnie śmiechem.  Albo ktoś zaproponuje pomoc medyczną. Tymczasem bohaterowie traktują tę diagnozę z szacunkiem należnym opinii wybitnego specjalisty.

Nikt nie podważa istnienia problemu. Dyskusja dotyczy wyłącznie jego natury. I właśnie wtedy wiedziałam już, że przepadłam.

Bo w tej scenie nie ma ani jednego żartu napisanego wielkimi literami. Nie ma migającego neonu z napisem „śmiej się teraz”. Jest tylko grupa dorosłych ludzi prowadzących śmiertelnie poważną rozmowę o czymś, co z definicji nie powinno mieć sensu.

A jednak ma. I właśnie dlatego działa.

Jeszcze bardziej rozłożył mnie fragment:

„- No nie… mruczy coś. Ale w jakiś taki niemiły sposób.”

Przeczytałam to raz. Potem drugi. Potem trzeci. I za każdym razem bawiło mnie tak samo. Bo najwyraźniej problemem nie jest fakt, że wielbłąd komunikuje się z człowiekiem. Problemem jest jego brak kultury osobistej. Natomiast kiedy wszyscy postanawiają wsłuchać się w przekaz zwierzęcia, osiągamy poziom absurdu, przy którym człowiek kapituluje i pozwala autorowi robić ze sobą wszystko.

Podobnie jest z późniejszą kłótnią Staszka i pana Tomasza.

To nie są zwykłe dialogi.

To pojedynki szermiercze prowadzone przy użyciu złośliwości.

Kiedy zamknęłam ostatnią stronę, miałam wrażenie, że wróciłam z bardzo dziwnych wakacji.

Takich, podczas których człowiek niby jedzie oglądać starożytne cuda świata, a ostatecznie najbardziej pamięta faceta, który prowadził poważną dyskusję z wielbłądem.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię tę serię.

Za radość. Za luz. Za dialogi. Za bohaterów, którzy są bardziej niebezpieczni dla własnego zdrowia niż niejeden morderca.

I za Staszka Ziętka.

Człowieka, który potrafi zamienić spokojny rejs po Nilu w wydarzenie wymagające interwencji archeologów, policji, psychologów i prawdopodobnie egzorcysty.

A jeśli po lekturze zaczniecie podejrzliwie patrzeć na wielbłądy, sprawdzając, czy przypadkiem nie są popsute…

to znaczy, że właśnie wróciliście z Egiptu razem ze Staszkiem. I nie ma już dla was ratunku.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *