
Autor: Rafał Olender
Tytuł: Sztuka upodlenia
Data premiery: 24.08.2026
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 392
Gatunek: kryminał, sensacja
„Zemsta była jak morfina dla chorego – nie leczyła, ale pozwalała przetrwać ból”.
Najpierw człowieka łamią. Trochę dzisiaj, trochę jutro. Jedno upokorzenie, jeden śmiech, jedna chwila, w której nikt nie reaguje. Potem wszyscy rozchodzą się do swoich zajęć, bo przecież nic wielkiego się nie stało. Tylko ten jeden człowiek zostaje ze wszystkim, czego inni nawet nie uznali za warte zapamiętania.
Aż któregoś dnia rachunek wraca.
„Sztuka upodlenia” Rafała Olendera zaczyna się od kilku pozornie niezależnych historii. Jest policjant, który budzi się na potężnym kacu w hotelowym pokoju i już od pierwszych stron daje do zrozumienia, że regulamin służby traktuje raczej jak zbiór luźnych sugestii. Jest gangster przekonany, że kontroluje nie tylko warszawski półświatek, ale chyba również pogodę, ruch uliczny i cudze życie. Jest wreszcie Krystian – samotny ochroniarz, człowiek niemal przezroczysty dla otoczenia, za to bardzo uważnie obserwujący innych.
Gdzieś pomiędzy nimi pojawia się śmierć młodej kobiety. Potem kolejne pytania, niepasujące ślady i sprawy, które początkowo wyglądają na nieszczęśliwe wypadki albo przypadkowe akty przemocy. Nie będę Wam mówić, dokąd prowadzą tropy. Zbyt wiele przyjemności – chociaż „przyjemność” przy tej książce jest słowem odważnym – wynika z obserwowania, jak te oddzielne historie powoli zaczynają się zazębiać. Wystarczy wiedzieć, że przeszłość żadnego z bohaterów nie została tam, gdzie powinna. Każdy coś za sobą ciągnie. Jedni poczucie winy, inni krzywdę, a jeszcze inni przekonanie, że jeśli dostatecznie długo będą udawali ludzi nietykalnych, przeszłość z szacunku zapuka przed wejściem.
Nie zapuka.
Najsilniejsze emocje budził we mnie Krystian. Nie dlatego, że autor przedstawia go jako postać jednoznaczną. Właśnie odwrotnie. Na początku patrzyłam na niego jak na człowieka, którego życie od początku ustawiało pod ścianą. Dom dziecka nie dał mu nowej rodziny, tylko bardzo praktyczną edukację z przemocy, samotności i milczenia dorosłych. Krystian szybko nauczył się, że słabość przyciąga oprawców, a wołanie o pomoc ma mniej więcej taką skuteczność jak reklamacja składana prosto do niszczarki.
Dorosłość również nie rzuciła mu pod nogi czerwonego dywanu. Jest wycofany, nieatrakcyjny, niezręczny i regularnie wystawiany na pośmiewisko. Marzy o bliskości, ale nie potrafi jej zbudować. Wystarczy kilka słów życzliwości, żeby dopisał do nich historię, która nigdy się nie wydarzyła. Kiedy rzeczywistość nie chce podporządkować się jego wyobrażeniom, rozczarowanie szybko zamienia się w poczucie krzywdy.
I tutaj zaczyna się robić naprawdę duszno.
Patrzyłam, jak coś w Krystianie powoli się przesuwa. Nie nagle, nie po jednym dramatycznym wydarzeniu, które można wygodnie zakreślić czerwonym flamastrem i podpisać: „od tego momentu źle”. Ta zmiana zachodzi małymi krokami. Najpierw pojawia się wstyd. Potem gniew. Następnie fantazja o odzyskaniu kontroli. Krystian coraz częściej wraca do dawnych upokorzeń i coraz chętniej przekonuje samego siebie, że wyrównanie rachunków będzie właściwie odmianą sprawiedliwości. A umówmy się: człowiek potrafi uwierzyć w każde świństwo, jeśli wcześniej nazwie je dostatecznie ładnie.
Najbardziej poruszało mnie to, że długo widziałam w nim również ofiarę. Chciałam zrozumieć, co zrobiła z nim przeszłość, skąd bierze się jego samotność i dlaczego każde odrzucenie przeżywa jak kolejny publiczny wyrok. Jednocześnie z każdą stroną coraz trudniej było mi oddzielić chłopca, którego nikt nie ochronił, od dorosłego mężczyzny odpowiedzialnego za własne decyzje.
Trauma może wiele wyjaśnić. Nie jest jednak dożywotnim immunitetem na krzywdzenie innych.
To, że ktoś kiedyś odebrał ci godność, nie daje ci prawa odbierać jej kolejnemu człowiekowi.
Właśnie wokół tej myśli krąży cała powieść. Rafał Olender nie pyta wyłącznie o to, jak rodzi się gniew. Interesuje go również moment, w którym człowiek zaczyna się nim karmić. Gdy zemsta przestaje być impulsem, a staje się potrzebą. Kiedy dawna krzywda nadal boli, ale już nie wystarcza jako wytłumaczenie.
Na drugim końcu tej historii stoi Marcin Gruczyński, zwany Gruchą. Policjant, którego naprawdę nie powinnam lubić. Nadużywa alkoholu, sięga po narkotyki, wikła się w podejrzane układy, spóźnia do pracy i ma wyjątkowy talent do podejmowania decyzji, po których nawet zła decyzja mogłaby poczuć się obrażona konkurencją.
A jednak go polubiłam.
Może dlatego, że pod całą jego bezczelnością wciąż znajduje się człowiek. Mocno poobijany, moralnie nieświeży i zdecydowanie wymagający kilku poważnych rozmów ze specjalistą, ale jednak człowiek. Grucha nie jest kryształowym gliną, który po służbie podlewa pelargonie i czyści odznakę miękką szmatką. Łamie zasady, bierze łapówki, wykorzystuje kontakty i często zachowuje się tak, jakby własne życie prowadził na zakładzie: „ciekawe, jak bardzo mogę je jeszcze spieprzyć”.
Jednocześnie ma intuicję, poczucie humoru i sumienie, którego nie udało mu się do końca utopić w alkoholu. Nawet jeśli bardzo się starał i dysponował odpowiednią ilością tego trunku.
Jego przemiana jest mniej widowiskowa niż droga Krystiana, ale równie istotna. Początkowo Marcin sprawia wrażenie faceta, który wszystko potrafi obrócić w żart, a konsekwencje uważa za problem przyszłego Marcina. Z czasem kolejne sprawy przestają być tylko zawodową grą. Błędy zaczynają mieć twarze, a podejmowane decyzje uderzają nie w anonimowe nazwiska z akt, lecz w konkretnych ludzi. Cynizm, którym Grucha odgradzał się od świata, zaczyna pękać.
I właśnie za to go polubiłam. Nie dlatego, że jest dobry. Z tym stwierdzeniem nawet on sam mógłby dostać ataku śmiechu. Polubiłam go, bo autor pozwala mu być sprzecznym. Potrafi jednego dnia zachować się jak ostatni dupek, a następnego zrobić coś, co przypomina, że jeszcze nie wszystko w nim zgniło. Nie zawsze wybiera właściwie, ale przynajmniej nie przestaje zauważać, że wybór istnieje.
„Sztuka upodlenia” nie opowiada jedynie o fizycznej przemocy. Mówi o odbieraniu człowiekowi poczucia wartości, prawa do decydowania o sobie i przekonania, że zasługuje na jakikolwiek ratunek. Bohaterowie przekazują sobie upokorzenie niczym wyjątkowo paskudną rodzinną pamiątkę. Jeden krzywdzi drugiego, drugi zabiera ten ból ze sobą, a później ktoś zupełnie obcy płaci rachunek.
Książka jest brutalna. Bardzo. Rafał Olender nie odwraca kamery, kiedy robi się niewygodnie, i nie wykazuje większej troski o delikatne żołądki czytelników. Są sceny przemocy seksualnej, poniżenia, śmierci i uprzedmiotowienia kobiet. Niektóre fragmenty czytałam ze złością, inne z obrzydzeniem, a jeszcze inne z tym specyficznym napięciem, kiedy chciałoby się już wiedzieć, co wydarzy się dalej, ale jednocześnie człowiek ma podejrzenie, że ta wiedza zepsuje mu wieczór.
Język jest bezpośredni, potoczny i dynamiczny. Dialogi nie pachną literackim salonem, tylko papierosami, alkoholem i ludźmi, którzy słowa „proszę” używają głównie wtedy, gdy zaraz zamierzają kogoś przesłuchać. Autor mocno osadza emocje w ciele: bohaterom drżą ręce, brakuje powietrza, pot spływa po plecach, a serca tłuką się o żebra. Czasem robi się tego trochę za dużo. Po kolejnym zimnym pocie zaczynałam podejrzewać, że połowę obsady należałoby wysłać nie na komisariat, tylko na pilne badania kardiologiczne.
Zdarzają się również powtórzenia i momenty, w których autor dopowiada emocję, choć scena już wcześniej pokazała ją wystarczająco wyraźnie. Mniej dosłowności miejscami uderzyłoby mocniej. Nie zniszczyło mi to jednak odbioru, bo „Sztuka upodlenia” nadrabia intensywnością oraz konsekwentnym prowadzeniem bohaterów w miejsca, do których żaden z nich nie powinien trafić.
Najbardziej zostało ze mną nie pytanie o to, kto jest winny, lecz o to, kiedy ofiara przestaje nią być. Czy cierpienie automatycznie czyni człowieka lepszym? Nie. Czasami uczy empatii, a czasami tylko podpowiada, gdzie uderzyć, żeby bolało najbardziej.
Rafał Olender pokazuje różne odpowiedzi na krzywdę. Jedni próbują ją zagłuszyć alkoholem. Inni przykrywają pieniędzmi i władzą. Jeszcze inni noszą ją w sobie tak długo, aż gniew zaczyna brzmieć jak jedyny uczciwy głos. Każdy z bohaterów dochodzi jednak do momentu, w którym musi zdecydować, co zrobi z własnym bólem.
I chyba właśnie dlatego ta historia wzbudziła we mnie tyle emocji. Nie pozwala wygodnie stanąć po jednej stronie i z bezpiecznej odległości oceniać potworów. Najpierw pokazuje człowieka. Później jego rany. A dopiero na końcu każe patrzeć, co postanowił z nimi zrobić.
Bo można zostać skrzywdzonym bez własnej winy.
Ale to, kim stajemy się później, nie zawsze da się już zrzucić na innych.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

