
Autor: Tomasz Duszyński
Tytuł: Nowa Zelandia. Śladem kiwi i hobbitów.
Data premiery: 09.09.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo PB
Liczba stron: 335
Gatunek: literatura podróżnicza
„Kraj Długiej Chmury żegna nas chmurami. Życie tutaj nie jest proste i tak sielankowe, jak mogłoby się wydawać. Ale z człowiekiem pozostaje jakaś myśl, że chciałby tu zostać o wiele dłużej.”
Skończyłam „Nową Zelandię. Śladem kiwi i hobbitów” i mam pewien problem.
Ja też chciałam tam zostać.
Nie w książce. W Nowej Zelandii. Najlepiej jeszcze z Tomaszem Duszyńskim i jego rodziną, bo po tych kilkuset stronach czuję się trochę tak, jakbym przez trzy tygodnie siedziała z nimi w samochodzie. Tylko nikt nie pytał mnie o zdanie przy ustalaniu trasy, nie dostałam burgera w Queenstown, a Hobbiton zwiedziłam bez prawa do zdjęcia z własną mordką przed Bag Endem.
Czuję się oszukana.
Z drugiej strony ominęły mnie promy, pakowanie walizek, muszki piaskowe i australijska kontrola graniczna, więc może jednak wyszłam na swoje.
Tomasza Duszyńskiego znałam dotąd przede wszystkim jako autora kryminałów. Wiedziałam też, że facet ma poczucie humoru, które wyjątkowo dobrze trafia w moje. Ale tutaj odkryłam jego zupełnie inne wcielenie. Podróżnika, gawędziarza, człowieka wiecznie czegoś ciekawego, fana Tolkiena i – mam takie podejrzenie – osobnika niezdolnego przejść obojętnie obok czegokolwiek, co ma ciekawą historię.
I właśnie dlatego ta książka jest tak cholernie dobra.
Bo to nie jest: „dzień pierwszy, pojechaliśmy tu, było pięknie, dzień drugi, pojechaliśmy tam, też było pięknie”.
Dzięki Bogu. To byłoby straszne.
Autor zabiera mnie ze sobą. Dosłownie. Jadę z nim przez obie wyspy, włażę w krajobrazy, które Peter Jackson przerobił na Śródziemie, zaglądam do Hobbitonu, szukam filmowych miejsc, poznaję Maorysów, słucham legend, oglądam ptaki, góry, jeziora i fiordy. Po drodze dowiaduję się rzeczy, których wcale nie planowałam się dowiedzieć, a po chwili sama chcę wiedzieć więcej.
I bardzo szybko przestałam czytać tę książkę jak relację z podróży.
Zaczęłam w niej podróżować.
To ogromna różnica.
Są książki podróżnicze, po których człowiek wie więcej o świecie. Po tej miałam wrażenie, że kawałek świata naprawdę zobaczyłam.
Ogromna w tym zasługa zdjęć z prywatnego archiwum autora. Nie są ozdobnikami wepchniętymi pomiędzy tekst, żeby czytelnik odpoczął od literek. One są częścią tej wyprawy. Nagle miejsce, o którym przed chwilą czytałam, dostaje kolor, światło, twarz. Widzę ludzi, krajobrazy i drobiazgi, które dla zwykłego turysty mogłyby nie mieć większego znaczenia, ale dla człowieka opowiadającego własną podróż mają ogromne. Dzięki nim jeszcze mocniej czułam, że oglądam czyjś prywatny album z wakacji, siedząc obok właściciela, który przy kolejnym zdjęciu mówi:
– O, a tutaj to dopiero była historia…
I oczywiście historia jest. Zawsze.
„Planowanie.Ono jest kluczowe.”
To zdanie pada pod koniec książki i gdy człowiek zna już całą wyprawę, ma ochotę odpowiedzieć:
– No zauważyłam.
Dziesięć miesięcy wcześniej hotele, prom, samoloty, bilety, samochody na obie wyspy. Wszystko przygotowane tak, żeby z trzech tygodni wycisnąć Nową Zelandię jak cytrynę. Tyle że właśnie tu dzieje się coś ciekawego. Autor ma plan, ale książka wcale nie sprawia wrażenia zaplanowanego produktu turystycznego. Nie czuję, że ktoś prowadzi mnie od punktu A do B z chorągiewką i za pięć minut każe wracać do autokaru. Czuję drogę. Pogodę. Zmęczenie. Głód. Zmieniający się krajobraz. Te momenty, kiedy jedzie się gdzieś po coś konkretnego, a po drodze wydarza się coś znacznie ciekawszego.
Kea, której szukają i szukają, żeby w końcu znaleźć ją… pod autobusem, grzebiącą w zawieszeniu. Papugę. Pod autobusem.
Jeśli istnieje bardziej nowozelandzki sposób na powiedzenie turystom „przyroda ma gdzieś wasz plan”, to ja go nie znam.
I właśnie takie sceny robią tę książkę.
„They’re taking the Hobbits to Isengard!”
Musiałam. Nie dało się inaczej. Bo kiedy Duszyński dociera do miejsc związanych z Władcą Pierścieni, książka dostaje dodatkowego kopa. I bardzo podoba mi się, że autor nie zamienia wtedy narracji w nabożeństwo ku czci Petera Jacksona. Jest zachwyt fana. Są smaczki z planu, historie aktorów i konkretne lokalizacje. Jest Isengard, Saruman, Gandalf, Gollum, Hobbiton i miejsca, które na ekranie wyglądały jak kraina istniejąca gdzieś poza naszym światem, a tutaj okazują się rzeką, wzgórzem, lasem czy kawałkiem doliny.
Jest nawet Viggo Mortensen kopiący hełm i wydający z siebie przejmujący krzyk Aragorna. Tyle że część aktorskiej ekspresji zawdzięczamy temu, że człowiek właśnie zrobił sobie krzywdę w stopę. Duszyński nie zatrzymuje się jednak na: „tu kręcono tę scenę”. On nakłada film na rzeczywisty krajobraz. Stoi tam, gdzie Frodo odpływał łodzią. Szuka Martwych Bagien. Tropi Golluma. Odtwarza kadry. Córka cytuje film. Cała rodzina wrzeszczy na wietrze o hobbitach zabieranych do Isengardu.
I nagle sama zaczynam patrzeć na zdjęcia inaczej.
Ale najlepsze jest to, że im dalej jedziemy, tym bardziej Śródziemie przestaje być najciekawszą rzeczą w Nowej Zelandii. Bo Duszyński jedzie szukać miejsc, a najczęściej znajduje historie. I chyba właśnie to najbardziej zachwyciło mnie w tej książce. Zobaczy jelenia – za chwilę siedzę po uszy w historii nowozelandzkiej wojny jeleni. Pojawia się tęcza – dostaję maoryską opowieść. Rzeka prowadzi do Tolkiena. Ptak do ekologii. Tunel do ludzi, którzy wykuwali go w górach w warunkach, przy których moje narzekanie na poniedziałek zaczyna wyglądać nieco żałośnie. A czasami zwykła rozmowa z człowiekiem spotkanym po drodze otwiera całą historię, o której chwilę wcześniej nie miałam pojęcia.
A potem Autor zaczyna żartować. I tutaj jestem kupiona kompletnie. Uwielbiam jego humor właśnie dlatego, że nie wygląda jak człowiek stojący obok tekstu z tabliczką:
UWAGA, TERAZ ŻART. PROSZĘ SIĘ ŚMIAĆ.
Najlepiej wychodzi mu humor sytuacyjny i autoironia. Muszki piaskowe rozdają „Milford kiss”, po którym warga wygląda jak po botoksie wykonywanym w garażu. Autor rozważa zjedzenie burgera z jelenia o wdzięcznej nazwie Sweet Bambi, po czym przed oczami staje mu jelonek i Bambi zostaje ułaskawiony. W końcu człowiek przemierza pół Nowej Zelandii, podziwia jedne z najbardziej spektakularnych krajobrazów świata, poznaje kulturę Maorysów, historię kraju i filmowe Śródziemie……a w pamięć wchodzą mu jeszcze pachołki drogowe.
W kajaku.
Na drzewie.
Wszędzie. Podobno jest ich więcej niż owiec. I wiecie co? Po tej książce jestem skłonna uwierzyć.
Ale najbardziej lubię, kiedy Duszyński śmieje się z siebie. Robi z siebie orka, Golluma, daje się nabrać Philowi na roślinę pachnącą jak połączenie zgniłego sera z gnijącą kapustą, a własne turystyczne niepowodzenia traktuje jak materiał na kolejną anegdotę.
I chyba właśnie za ten rodzaj humoru lubię go najbardziej. Nie jest dopisany do podróży. On z niej wynika.
I tylko w pewnym momencie zaczęłam się niepokoić.
Bo ja przecież znam wakacyjne komedie kryminalne Tomasza Duszyńskiego.
Znam również Staszka Ziętka. A jeśli Staszek pojawia się w pobliżu wakacyjnego wyjazdu, to człowiek rozsądny nie pyta, czy coś się wydarzy.
Pyta raczej:
kiedy i gdzie znajdą trupa.
Dlatego im dalej Duszyńscy jechali, tym bardziej podejrzliwie oglądałam zdjęcia z prywatnego archiwum autora.
Pani Żona – jest.
Córka – jest.
Pan Autor – zdecydowanie jest.
Staszka nie ma.
Dobrze.
Bo przy tym człowieku nawet wyprawa do Hobbitonu mogłaby się skończyć znalezieniem zwłok za Bag Endem. A kiedy rodzina bezpiecznie opuszcza Nową Zelandię, uznaję sprawę za zamkniętą.
Ziętka nie było.
I wtedy zaczyna się australijska kontrola graniczna.
Duszyński, najwyraźniej postanawiając pomóc losowi, deklaruje celnikom niemal wszystko: lekarstwa, jedzenie, drewno, kawę, herbatę, muszelki, buty i zapewne, gdyby formularz był odrobinę dłuższy, przyznałby się również do kontaktu z trawą w 1987 roku.
Celnik pyta o kawałek drewna.
Normalny człowiek powiedziałby:
– Pamiątka.
Pan Pisarz urządza mu wykład o maoryskim bożku, haku Māuiego, wielkiej rybie i powstaniu wyspy. Facet chciał sprawdzić drewno. Dostał mitologię Polinezji w wersji rozszerzonej.
„Siedzenie w miejscu nam nie służy.”
Wierzę. Po tej książce wierzę bez dodatkowych dowodów. Ale to zdanie mówi też sporo o samej narracji. Ona również właściwie nie siedzi w miejscu. Duszyński ma przypadłość wszystkich dobrych gawędziarzy: zaczyna jedną historię, ta otwiera następną, druga przypomina mu o trzeciej, a gdzieś pomiędzy nimi pojawia się legenda, ciekawostka albo człowiek, którego koniecznie musimy poznać.
I przyznam, że kilka razy miałam ochotę złapać go za rękaw:
– Tomek. Kochany. Już wiem. Jedziemy.
Bo chwilami tych informacji, nazw, historii i opisów robi się naprawdę dużo. Tylko że trzy zdania później pojawiała się kolejna opowieść i już siedziałam cicho. To jest chyba jedyna wada tej książki, która jednocześnie jest jej ogromną zaletą.
Duszyński czasami nie wie, kiedy przestać opowiadać.
Ale gdyby wiedział, prawdopodobnie powstałby znacznie krótszy i bardziej uporządkowany przewodnik. A ja nie chciałam przewodnika. Chciałam właśnie tego faceta siedzącego obok i mówiącego:
– A wiesz, że…
Nie. Nie wiem.
Opowiadaj.
I kiedy podróż naprawdę się kończy…
…Duszyński zabiera mnie jeszcze do londyńskiego pubu The Grapes.
Cztery miesiące później. Niby można tam wspominać Dickensa, ale nie oszukujmy się – jesteśmy tam dla laski Gandalfa. Ian McKellen przywiózł ją z planu, a podobno Peter Jackson szukał później również drzwi Bag Endu, które aktor miał sobie przywłaszczyć.
I wtedy pojawia się Thor.
Golden retriever.
Thor patrzy na kostur Gandalfa. I mam nieodparte wrażenie, że podczas gdy ludzie widzą kawał historii kina, Śródziemie, Gandalfa Szarego i przedmiot niemal kultowy, pies ma przed oczami wyłącznie:
najbardziej zmarnowany patyk w historii ludzkości.
No rzućcie mu go wreszcie.
I nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia tej książki. Bo taka właśnie była cała ta podróż. Zachwyt bez nabożeństwa. Historia bez szkolnego wykładu. Wiedza bez zadęcia. Tolkien bez przebierania się za elfa i udawania, że Nowa Zelandia istnieje wyłącznie dlatego, że Peter Jackson postawił tam kamerę. I humor, który co chwilę spuszcza powietrze z najbardziej pomnikowych momentów.
Nie miałam wrażenia, że Tomasz Duszyński opisuje mi swoją podróż. Miałam wrażenie, że idę obok. Czasem z tyłu. Czasem próbuję nadążyć. Czasem śmieję się z autora. Znacznie częściej razem z nim. Czasem oglądam zdjęcia z jego prywatnego archiwum jak fotografie znajomych, którzy właśnie wrócili z końca świata i usiedli przy stole, żeby opowiedzieć, co tam zobaczyli. Tylko opowiadają znacznie lepiej niż większość znajomych.
I kiedy Duszyński pisze:
„Zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś wrócę na drugi koniec świata.”
mam ochotę odpowiedzieć:
Panie Tomaszu, nie wiem. Ale ja po tej książce mam ochotę pojechać tam pierwszy raz.
A to chyba najlepsze, co można powiedzieć o książce podróżniczej. Bo po ponad trzystu stronach nie czuję, że przeczytałam o Nowej Zelandii.
Czuję, że właśnie z niej wróciłam.
Trochę zmęczona. Potwornie zachwycona. Z głową pełną Maorysów, kiwi, kea, jeleni, hobbitów, Golluma, gór, fiordów, pachołków i historii, o których trzy tygodnie temu nie wiedziałam nic. I z jednym poważnym problemem.
Chcę tam wrócić, chociaż nigdy tam nie byłam.
Tomaszu Duszyński, narobił Pan bałaganu.
Nowa Zelandia bardzo bezpiecznie leżała sobie po drugiej stronie świata i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Teraz sprawdzam ją na mapie trochę za często.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

