Recenzje

„Scena dla złoczyńców”- Shannon J.Spann

Autor: Shannon J.Spann
Tytuł: Scena dla złoczyńców

Data premiery: 22.04.2026
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 448
Gatunek: fantasy, literatura młodzieżowa
Tłumaczenie: Piotr Kucharski

„ Jeśli nie w tym, to w następnym.”

Ta książka trafiła do mnie trochę przypadkiem. Nie wypatrzyłam jej pół roku przed premierą, nie odliczałam dni i nie miałam jej na żadnej liście „muszę przeczytać, bo umrę”. Wygrałam ją w konkursie organizowanym przez Wydawnictwo Jaguar i Teatr Ochoty i właściwie dopiero wtedy pomyślałam: dobra, skoro już los tak bezczelnie wepchnął mi ją w ręce, to może wypada sprawdzić, co z tego będzie.

Tyle że młodzieżowe fantasy i enemies to lovers to zdecydowanie nie moja strefa komfortu. Gdy widzę te dwa hasła obok siebie, nie rzucam się do księgarni z rozwianym włosem i kartą płatniczą między zębami. Prędzej stoję kawałek dalej i obserwuję sytuację podejrzliwie, bo zaraz pewnie pojawi się jakiś nieprzyzwoicie piękny facet z tragiczną przeszłością, ona go znienawidzi, on ją doprowadzi do szału, po czym oboje odkryją, że najwyraźniej nic tak nie podkręca libido jak wzajemna chęć uduszenia się gołymi rękami.

Ale staram się nie urządzać z własnych gustów czytelniczych osiedla zamkniętego. Dałam więc szansę Shannon J. Spann.

I bardzo dobrze.

Bo po kilkudziesięciu stronach przestałam się zastanawiać, czy to „moja literatura”, a zaczęłam po prostu patrzeć.

Naprawdę patrzeć.

Na Odeon rozświetlony złotem, na marmury, ciężkie kotary, lustra, garderoby, kostiumy, korytarze, scenę i ten cały teatralny przepych, pod którym od początku czai się coś nieprzyjemnego. Spann pisze bardzo obrazowo, ale nie w sposób, który każe człowiekowi przedzierać się przez trzy strony opisu żyrandola i zastanawiać, czy ten kryształ będzie później zeznawał w sądzie. Ona potrafi podrzucić kilka szczegółów i nagle miejsce zaczyna istnieć.

I właśnie tutaj książka kupiła mnie najbardziej.

Czytając, widziałam ten świat. Nie tylko wiedziałam, jak wygląda. Wchodziłam razem z Riven do kolejnych pomieszczeń, czułam duszność Odeonu, jego bogactwo, przesadę, teatralność i to nieustanne wrażenie, że wszystko jest trochę zbyt piękne, żeby było bezpieczne. Wyobraźnia uruchamiała mi się sama. A jeżeli autor potrafi sprawić, że człowiek przestaje oglądać litery i zaczyna oglądać film we własnej głowie, to dla mnie jest to jedna z najlepszych rekomendacji jego stylu.

Sam pomysł na świat również jest naprawdę smakowity. Odeon nie jest zwykłym teatrem, Gracze nie są zwykłymi aktorami, a scena szybko przestaje być miejscem, na którym ludzie tylko udają, że coś się wydarza. Są role, Kunszt, eleutherskie złoto, znaki, Scenariusz i zasady, których na początku trzeba się trochę nauczyć. Przyznaję, pierwsze wejście w ten świat wymagało ode mnie większej uwagi. Nazw jest sporo, reguł również i przez chwilę czułam się jak osoba, która przyszła pięć minut po rozpoczęciu spektaklu i próbuje po minach sąsiadów wywnioskować, kto jest kim.

Ale potem wszystko zaczyna wskakiwać na swoje miejsce.

Co więcej, Spann świetnie wykorzystuje teatralną formę samej powieści. Mamy akty, sceny, uwerturę, antrakt, a część dialogów zostaje zapisana tak, jakbyśmy czytali scenariusz. Początkowo potraktowałam to jako sympatyczny zabieg stylistyczny. Ot, skoro teatr, to bawimy się w teatr. Z czasem okazało się jednak, że ta forma nie została doklejona do fabuły dla urody. Ona jest jej częścią. I im dalej w historię, tym ciekawsze staje się pytanie, kto tutaj właściwie gra, kto pisze role i czy bohater zawsze wie, że właśnie wszedł na scenę.

Riven zaś jest dokładnie taką bohaterką, jakiej potrzebował ten świat, żeby całość nie udławiła się własnym rozmachem.

Dziewczyna nie chodzi po Odeonie z miną osoby, która właśnie odkryła swoje przeznaczenie i od teraz będzie przemawiać wyłącznie zdaniami nadającymi się do nadruku na kubkach. Ma temperament, język szybszy od rozsądku i cudowną zdolność komentowania katastrofy tak, jakby właśnie przypaliła obiad. Nie jest chodzącą maszyną do sarkazmu, która co trzy linijki musi powiedzieć coś błyskotliwego, bo autor desperacko pragnie udowodnić czytelnikowi, jaka jest cool. Jej humor wynika z charakteru. Czasami jest złośliwy, czasami obronny, czasami absolutnie nie na miejscu. Dzięki temu nawet kiedy robi się ciemno, brutalnie albo zwyczajnie źle, książka nie wpada w nieznośny patos.

 

I to było mi bardzo potrzebne, szczególnie że Riven ma wyjątkowy talent do podejmowania decyzji, przy których człowiek chciałby wsadzić ręce przez strony i powiedzieć: dziewczyno, może jednak przez trzy sekundy niczego nie rób.

Bałam się wątku romansu bardziej niż połowy potworów, magii i Graczy razem wziętych, bo enemies to lovers bardzo łatwo zamienić w romantyczny cyrk pod tytułem „on jest okropny, ale ma piękne oczy, więc zapominamy o wszystkim”. Spann na szczęście daje tej relacji czas. Jest nieufność, jest drażnienie się, jest nieustanne badanie granic, są tajemnice i oczywiście chemia, której oboje przez długi czas najchętniej nie zauważaliby wcale.

Riven zazdrosna? Ależ skąd.

Na szczęście romans nie zjada świata. I to jest dla mnie bardzo ważne, bo gdybym po całym tym budowaniu Odeonu, jego historii, polityki Północy i Południa, Kunsztu oraz tajemnicy Graczy dostała nagle 300-stronicową opowieść o tym, czy Jude popatrzył na Riven przez pół sekundy dłużej niż zwykle, mogłabym nie być równie serdeczna.

Tymczasem za flirtami i pyskówkami cały czas coś się dzieje.

A im dalej, tym wyraźniej widać, że „Scena dla złoczyńców” ma pod tą młodzieżową, romantyczno-fantastyczną warstwą znacznie ciekawsze pytania. O tożsamość. O wolną wolę. O to, kto tworzy historię, a kto zostaje w niej obsadzony. O to, jak łatwo sterować ludźmi, jeśli da się im odpowiednio atrakcyjną opowieść. I wreszcie o to, czy można zejść ze sceny, kiedy ktoś już napisał dla nas zakończenie.

Nie będę rozwijać tego bardziej, bo właśnie druga połowa książki pokazuje, że kilka elementów, które początkowo wyglądają jak zwyczajny ozdobny worldbuilding, zostało tam po coś. Spann wraca do szczegółów, przestawia znaczenia i sprawia, że zaczynamy inaczej patrzeć na rzeczy, które wcześniej przyjmowaliśmy za oczywiste.

I za to ją szanuję.

Czy wszystko zadziałało na mnie idealnie? Nie. Początek miejscami jest obciążony terminologią i tłumaczeniem zasad świata, a ponieważ nie jestem stałą bywalczynią młodzieżowego fantasy, potrzebowałam chwili, żeby poczuć się w Theatronie swobodnie. Sam wątek romantyczny również nie wywrócił mojego serca na lewą stronę, bo zwyczajnie nie jest to motyw, dla którego sięgam po książki.

Ale wiecie co?

Wcale nie musiał.

Bo dostałam coś, czego spodziewałam się dużo mniej: bardzo plastyczną, pomysłową historię, która naprawdę działa na wyobraźnię. Taką, w której forma współgra z treścią, sceneria nie jest tapetą, bohaterka ma charakter, a pod całym złotem, aksamitem i scenicznym światłem coś cały czas zgrzyta.

I chyba właśnie dlatego najbardziej cieszę się, że nie powiedziałam sobie na starcie: „nie mój gatunek”.

Czytelnicza strefa komfortu jest cudowna, ale siedzenie w niej bez końca przypomina trochę chodzenie całe życie do jednej restauracji, bo robią dobrą pomidorową. Niby człowiek zadowolony, tylko nie ma pojęcia, co podają dwie ulice dalej.

Ja tym razem skręciłam.

Trafiłam do Odeonu.

I choć nie zamierzam nagle ogłaszać, że od jutra będę połykać każde romantasy z wrogami, którzy po trzystu stronach zaczynają patrzeć na siebie podejrzanie miękkim wzrokiem, Shannon J. Spann dostała ode mnie szansę i wykorzystała ją zdecydowanie lepiej, niż zakładałam.

A Riven?

Riven weszła do miejsca, do którego rozsądek zdecydowanie radził jej nie wchodzić.

„Jebać to” – stwierdziła.

I poszła.

Cóż.

Najwyraźniej czasem właśnie w ten sposób zaczynają się całkiem dobre historie 😉


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *