
Autor: Mariolina Venezia
Tytuł: Pogoda pod psem
Data premiery: 18.06.2025
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 240
Gatunek: kryminał
Tłumaczenie: Maciej Brzozowski
„Niesprawiedliwość jest jak pleśń – jedna drobina i cała konserwa do wyrzucenia”
W Basilicacie pada. Nie przelotnie, nie symbolicznie, tylko naprawdę, uczciwie i z uporem. Pada tak, jakby niebo miało pretensje do wszystkiego, co dzieje się na ziemi – i w sumie trudno mu się dziwić. Morderstwo? Owszem. Kampania wyborcza? Tym bardziej. Kłopoty rodzinne, koncesje naftowe, polityczne bagienko? Od razu wiadomo, że w takim pejzażu nie będzie się biegać w szpilkach, tylko grzęznąć po kostki w błocie – i to nie tylko dosłownie.
Nie wiem, czy to książka, którą bym poleciła z czystym sumieniem komuś, kto właśnie wrócił z urlopu i ma jeszcze resztki wiary w ludzkość. Bo Pogoda pod psem Marioliny Venezii nie jest miła. Nie jest lekka. I na pewno nie jest z tych, które można zbyć słowem: „o, ciekawa historia”. To nie jest historia. To stan skupienia. Stan gniewu. Stan rozkładu. I trochę też – jeśli mam być szczera – stan bezsilności.
Zaczyna się niby zwyczajnie, od kobiety, która wraca do pracy. Ale Imma Tataranni nie wraca jak każda inna. Wchodzi do prokuratury jak sztorm, jak plama oleju, jak deszcz, który nie przestaje padać – i zostawia za sobą kałuże. Nie prosi o pozwolenie. Nie udaje, że nie widzi, co się wokół dzieje. A dzieje się. W Basilicacie nigdy nie jest spokojnie, tylko czasem ciszej się o tym mówi. Tym razem mówi się o Donacie Miulli – dziewczynie, która była zbyt mądra, zbyt głośna, zbyt ambitna. Dziewczynie, która „wiedziała za dużo i mówiła za dużo” – czyli w tej rzeczywistości była absolutnie nie do przyjęcia.
I tu od razu masz ten włoski sos społeczno-politycznego kisielu. Miasteczko, gdzie nic się nie zmienia, tylko nazwiska przy dzwonkach. Kampania wyborcza, która przypomina walkę o stołek przy wspólnym kotle – bo każdy chce się nażreć, a garnek jeden. Plotki jako waluta, media jako broń, a kobiety – jako przeszkody. Bo wiesz, co się dzieje, kiedy kobieta chce mieć głos? No właśnie.
Donata zaginęła. I to nie tak, że zniknęła w stylu skandynawskiego thrillera, z mgłą, jeziorami i husky w tle. Ona po prostu przestała się pojawiać. I zaczęło się mówić. Że to przez chłopaka. Że przez politykę. Że za dużo grzebała w sprawie koncesji. Że może wcale nie zaginęła. Że może ją ktoś… no, wiesz.
Ale zanim zaczniemy płakać nad Donatą – chociaż, serio, można by – trzeba powiedzieć o czymś innym. O tym, jak Venezia prowadzi tę narrację. Bo to jest chyba pierwsza rzecz, która mnie w tej książce absolutnie złapała za gardło. To nie jest opowieść grzeczna, linearnie prowadzona i z wyraźną tezą. To monolog świadka. Szyderczego, zmęczonego, wściekłego świadka, który nie zamierza dać ci spokoju. A jeśli już, to tylko po to, żebyś się zastanowiła, co masz pod paznokciem – brud czy sumienie.
Imma Tataranni to nie bohaterka, którą się kocha. Ona nie daje się lubić. Ale właśnie w tym tkwi jej siła – nie potrzebuje być lubiana. Jest zrobiona z betonu, z cynizmu i ze wściekłości. Trochę przypomina ciotkę, która zawsze mówiła, że jak się raz nauczysz gotować, to potem już nikt ci nie wmówi, że musisz siedzieć cicho. I chociaż czasem jej sarkazm ociera się o przesadę, to ja ją po prostu rozumiem. Bo jak długo można słuchać o „roli kobiety w rodzinie” i „obowiązku współpracy z mężczyznami”? Przysięgam, scena, w której karabinier pyta ją o przepis na zapiekankę z makaronu, podczas gdy ona próbuje rozgryźć polityczne bagno – to jest groteska czystej wody. A jednocześnie – święta prawda o tym, jak bardzo kobiety są ciągle wtłaczane w formy, które pasują do kuchni, ale nie do sali przesłuchań.
I teraz najważniejsze: ta książka boli. Nie dlatego, że ktoś ginie. Tylko dlatego, że wiesz, że to wszystko jest możliwe. Że jest prawdziwe. Że w małych miastach dziewczyny naprawdę milkną, gdy trzeba coś powiedzieć, bo „a co ludzie powiedzą”. Że politycy naprawdę sypiają z małolatami. Że koncesje naprawdę przechodzą z rąk do rąk, razem z kopertami. Że każda kobieta, która wie za dużo, staje się „za trudna”.
I tu wraca Donata. Bo jej historia to nie tylko kryminał. To historia o tym, jak łatwo społeczeństwo zjada tych, którzy się wychylają. O tym, jak bardzo system potrzebuje ofiar – żeby się nie zmienić.
A teraz powiedz mi, kto właściwie tu ginie? Donata? Owszem, ale nie tylko ona. Ginie złudzenie, że młode, inteligentne kobiety mogą sobie po prostu być. Że mogą śledzić śmierdzące ścieżki pieniędzy i władzy, pisać teksty, robić zdjęcia, zadawać pytania i nie kończyć w worku, w plotce, w zapomnieniu. Wiesz, Donata to taki bumerang – niby zniknęła, ale wraca w każdej rozmowie. Ktoś ją widział. Ktoś z nią spał. Ktoś ją nagrał. Ktoś o niej mówi. Ktoś próbuje o niej zapomnieć. Ale nie da się – bo ona była zbyt obecna, zbyt konkretna, zbyt bezczelna jak na gusta miasteczka, które od dziesięcioleci funkcjonuje dzięki temu, że nikt się nie wychyla.
I jakbym miała wybrać jedną rzecz, która w tej książce działa najmocniej, to byłaby to właśnie ta atmosfera dusznej prowincji, gdzie wszystko cieknie – rury, plotki, morale, a nawet pamięć. Venezia zbudowała świat, w którym nie trzeba krzyczeć, żeby brzmieć głośno. Tu wystarczy jedno westchnienie matki, jeden szept dziewczyny, która boi się iść na policję, jeden dialog, w którym ważniejsze jest „co pomyślą sąsiedzi” niż „czy to prawda”. To nie jest tło. To pole bitwy. I Imma Tataranni idzie w to błoto w swoich białych marynarkach, z torbą jak z lat 80., z ironią, którą można by kroić jak porchettę – i niczego się nie boi.
No dobra, może trochę się boi. Może ma momenty, kiedy wraca do domu i nie wie, czy jest jeszcze żoną, matką czy tylko upartą urzędniczką walczącą z wiatrakami. Może jej mąż już nie słucha. Może jej córka ma własne życie, w którym Imma jest tylko „mamą z internetu”. Ale to wszystko ją nie zatrzymuje. Bo Imma nie walczy o sympatię. Ona walczy o sens. I nie wiem jak Ty, ale ja to kupuję. Bo lepiej mieć bohaterkę, która śni o seksie z kolegą z pracy, niż taką, która budzi się o piątej, żeby robić owsiankę i dziękować światu za każdą przeszkodę.
A propos snów – to są jedne z najmocniejszych scen w książce. Te jej erotyczne wizje z Calogiurim – pełne tęsknoty, niezaspokojenia, frustracji – są dokładnie tym, czym powinny być: nie wytchnieniem, tylko przedłużeniem napięcia. Bo tu się nie śni po to, żeby odpocząć. Tu się śni, żeby przeżyć coś, czego się nie da dotknąć za dnia. Venezia podaje to bez cukru, bez zasłonki, bez zasłaniania się subtelnością. I dobrze. Bo ta książka nie potrzebuje delikatności.
I jeszcze jedno: plotka. Motyw tak potężny, że powinien dostać osobny rozdział. Plotka jako broń. Plotka jako metoda uciszania. Plotka jako waluta, którą płacą ci, którzy nie mają odwagi spojrzeć prawdzie w oczy. W Pogodzie pod psem każdy coś wie, ale nikt nie powie. Każdy coś słyszał, ale nikt nie potwierdzi. I właśnie z tego Imma musi ulepić całą historię. Z plotek, z domysłów, z półsłówek. Bo nawet kiedy ma nagrania – te z Walkmana, które zostawiła Donata – to i tak musi przedzierać się przez gąszcz interpretacji, kto, gdzie, kiedy, z kim i po co.
A że w tle wybory, zmiany władzy, szemrane interesy, koncesje na wydobycie ropy i politycy z przeszłością tak czarną, że aż się błyszczy? No cóż, klasyk. Martelli, poseł z wieńcem laurowym na plakacie, to nie tylko symbol buty i hipokryzji. To twarz systemu, który udaje niewinność, bo ma krawat.
A najgorsze – i zarazem najlepsze – jest to, że Venezia nie moralizuje. Ona tylko pokazuje. A my mamy sobie z tym poradzić. Jak chcemy. Bo tu nie ma finału, który przynosi ulgę. Tu jest życie – z całą jego szarością, błotem, kłamstwami i niestrawnymi rozmowami o zapiekance, gdy w tle rozgrywa się tragedia.
I powiem Ci jeszcze coś. Ja tę książkę poczułam. Całym ciałem. Bo tu nie chodzi o zagadkę. Chodzi o strukturę świata, w którym kobieta musi być dziesięć razy bardziej przygotowana, dziesięć razy bardziej odporna, dziesięć razy bardziej wkurzona – żeby móc powiedzieć jedno zdanie i nie zostać zepchniętą z powrotem do kuchni.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
