Recenzje

„Wirus Hazardu.Nowe obstawienie”- Łukasz Rzadkowski

Autor: Łukasz Rzadkowski
Tytuł: Wirus Hazardu. Nowe obstawienie

Data premiery: 28.06.2025
Wydawnictwo: iminfected.pl
Liczba stron: 338
Gatunek: horror

 

„Najważniejszą zasadą horrorów od zawsze jest trzymanie się w grupie.”

Powiem ci wprost: gdyby ludzie w tej książce choć przez minutę traktowali tę zasadę poważnie, oszczędziliby sobie kilku spektakularnie głupich śmierci, ale właśnie w tym leży jej przewrotna przyjemność – oglądamy paradę nałogów, popędów i małych egoizmów, które w normalnym świetle udają racjonalne wybory, a w ostrym, bezlitosnym żarze kasynowych lamp zamieniają się w farsę podszytą krwią. I śmiejemy się nie dlatego, że krew tryska jak w fontannie, lecz dlatego, że widzimy w tych postaciach krzywe odbicie samej kultury, w której hazard, pożądanie i wiara w cudowny „jeszcze jeden rzut” mają status cnoty, dopóki nie kosztują zbyt wiele.

To jest powieść, która od pierwszych stron gra z nami w nieczystą grę: pokazuje horror gore, ale w miejsce straszaków podkłada ludzkie słabości, rozciąga je do granic groteski i mówi: patrz, ile naprawdę warte są twoje deklaracje o moralności, kiedy obok zadźwięczy żeton, kiedy ciało przypomni o swoim głodzie, kiedy odruch silniejszy od rozumu włączy tryb „biorę i uciekam”. Autor nie potrzebuje skomplikowanej mitologii – wirus sterujący trupami i maszynami to zaledwie katalizator, pretekst, chłodny przyrząd laboratoryjny, w którym buzują nasze mikstury kłamstw i racjonalizacji, a kasyno ze swoją mieszaniną neonowej tandety i pozornej elegancji okazuje się idealnym terrarium do obserwacji człowieka, który, gdy tylko przestaje udawać, jest sumą nawyków i głodów.

Wchodzisz w ten świat i od razu czujesz, że to absurd na serio: automat do czyszczenia butów zamienia się w rozdrabniarkę mięsa, kabel maszyny ożywa jak wąż i tnie ludzi na kawałki, zombie idą powoli, wyciągając ręce, bardziej jak klienci po otwarciu galerii niż jak apokaliptyczna horda, a mimo to napięcie rośnie, bo w każdej scenie, nawet tej najbardziej przerysowanej, rozpoznajesz logikę upadku; najpierw jedno „przecież tylko na chwilę”, potem drugie „zasłużyłem”, a na końcu to, co nieuchronne – „za późno”, i nagle cały ten ludzki spryt, zawijany zwykle w język „zarządzania ryzykiem”, wygląda jak szkolne usprawiedliwienie, które nauczyciel podarł na twoich oczach.

Gdybyś miała ochotę powiedzieć, że autor czasem przesadza, odpowiem: oczywiście, bo taka jest konwencja; przesada to tu język, tak jak w farsie policzek musi brzmieć głośno, a w slapsticku ktoś musi wpaść w tort – tu „tortem” jest mięsny, ohydny absurd, dzięki któremu łatwiej nam przyjąć do wiadomości, że człowiek, kiedy przestaje się pilnować, jest zdolny do wszystkiego. I dopiero w tym zbroczonym lustrze widać proporcje: ksiądz, który dawno temu przegrał w ruletkę nie tylko pieniądze, ale i sumienie, nie staje się potworem dlatego, że wirus, tylko dlatego, że zawsze nim był, tyle że okoliczności sprzyjały udawaniu. Hazardzista z pistoletem nie rodzi się w chwili, gdy szczękają od windy drzwi, tylko wtedy, gdy pierwszy raz uczy się, jak oddychać w rytmie „jeszcze trochę, jeszcze dziś, jutro oddam”, a to „jutro” gnije szybciej niż trupy w hotelu.

Jasne, bywają momenty, gdy humor idzie po bandzie, a spektakl obrzydliwości grozi tym, że czytelnik przewróci oczami i powie „dobra, wiem, że się da mocniej”, ale to też jest świadome ryzyko. Autor idzie w groteskę, bo w grotesce może pozwolić sobie na etyczną szczerość nie do uzyskania w realistycznym thrillerze, gdzie wszystko musi być „wiarygodne”. Tutaj wiarygodność jest drugorzędna, bo pierwszorzędny jest punkt ciężkości – wady człowieczeństwa, takie zwyczajne, domowe, rozpychają się w tekście łokciami i robią to z uporem godnym lepszej sprawy: chciwość nie potrzebuje wiele, wystarczy jej ciepły chwyt gotówki, pożądanie nie prosi o tło psychologiczne, obezwładnia jak refleks i zostawia wstyd dopiero po fakcie, tchórzostwo zaś najpierw prosi o wyrozumiałość, a potem chowa się za pierwszymi napotkanymi plecami.

Podoba mi się, że autor ma odwagę odmówić nam pocieszenia – żadnych złotych serc skrywanych w zgrzebnych koszulach, żadnych przemian w stylu „byłem kanalią, ale w obliczu zagłady okazałem się bohaterem”. Zamiast tego fantastycznie okrutny „happy end”- mój ulubiony w horrorach. I tak, wiem, że część czytelników oczekuje choćby jednego ocalałego, żeby móc powiedzieć: „no dobrze, jest sens”, ale tu sens jest inny – jeśli budujesz opowieść jako satyrę na nasze wady, to nie możesz w ostatnim akcie zmięknąć i wykładać na scenę aniołka nadziei, bo aniołek zamienia satyrę w kazanie, a kazania nikt nie potrzebuje, zwłaszcza w książce, która tak uczciwie pokazuje, że w kryzysie wracamy do odruchów, nie do ideałów.

Czy jest idealnie? Nie.

Zdarzają się miejsca, w których dialog zbyt ochoczo wpada w młotek didaskaliów, zdania bywają przegadane, a niektóre dowcipy – choć celne – powracają w nieco zmęczonych wariantach, jakby autor tak polubił własną puentę, że nie mógł się z nią rozstać; czasem też chciałabym, żeby tempo montażu w kulminacjach miało odrobinę więcej powietrza – nie dlatego, że szukam oddechu, tylko dlatego, że to, co najbardziej brudne i nieprzyjemne, bywa mocniejsze, gdy trwa pół sekundy dłużej; mimo to trudno mi odmówić tej prozie konsekwencji – ona wie, po co przyszła, i nie przeprasza za nic.

Najmocniej pracuje tu właśnie absurd podszyty śmiertelną powagą: scena, w której ruletka wypluwa nie kulkę, tylko oko, nie jest po to, żeby nas „obrzydzić”, ale po to, żeby powiedzieć: patrz, w co zamienia się twój rytuał szczęścia, kiedy odkręcisz mu maskę; podobnie cała kaskada „ożywionych” urządzeń działa jak wyliczanka współczesnych protez, których używamy, by nie widzieć siebie – śmiejemy się, że kabel, że prostownica, że szczotka, a jednocześnie rozumiemy, że to jest spektakl naszych alibi, bo przez większość życia oddajemy ster maszynom, systemom, algorytmom i dopiero w katastrofie odkrywamy, że nie umiemy nic, poza uruchamianiem kolejnych procedur obronnych.

I jeszcze jedno, co doceniam, choć może zabrzmi to przewrotnie: nie ma tu nabożnego stosunku do „ofiary”, co w literaturze gatunkowej często bywa pułapką; tu ofiara bywa jednocześnie współwinna własnego losu – nie przez moralne potknięcia, tylko przez zwykłą ludzką ślepotę, przez to „ja wiem lepiej”, przez pychę codziennego dnia. I to wcale nie jest dehumanizujące, wręcz przeciwnie, to przywraca proporcje – nikt nie jest święty, nikt nie jest czysty, każdy jest uwikłany, a los nie rozdaje łask według tabeli wartości.

A jeśli pytasz, czy ten język – szybki, chwilami bluźnierczo rubaszny, gdzie indziej surowy jak raport z sekcji – niesie to, co ma nieść, odpowiem, że w przeważającej mierze tak. Jego chropowatość jest elementem estetyki, tak samo jak kicz kasyna jest elementem scenerii: tu nie pasuje krystaliczna fraza, bo krystaliczna fraza kłamałaby o rzeczywistości, w której krew wsiąka w wykładzinę, a smród rozkładu jest bardziej realny niż wszystkie nasze dekoracje. Tak, czasem poprowadziłabym zdanie krócej, wyrzuciła jedno porównanie albo ściszyła megafon, ale to są korekty, nie zastrzeżenia fundamentalne.

Ważne jest też to, że autor nie przestaje kontrolować tonacji. Kiedy zaczyna grozić mu autoparodia, odbija w stronę gniewnego komentarza, kiedy grozi mu moralizowanie, dorzuca śmiech, kiedy grozi mu czysty szok dla szoku, dokłada sens podszyty motywacją postaci. I nawet jeśli ktoś powie, że motywacje są proste, ja odpowiem: mają być proste, bo o prostych motywach jest ta książka – o głodzie wygranej, głodzie ciała, głodzie władzy nad drugim człowiekiem i głodzie uniknięcia odpowiedzialności, a tego nie tłumaczy się przypisem z filozofii, tylko pokazuje w działaniu.

Najbardziej lubię, że cała konstrukcja zamyka się jak potrzask – epilog nie zostawia nas z pytaniem „co dalej, może świat się opamięta”, tylko z zimną intuicją, że świat pójdzie dokładnie tą samą ścieżką, bo żadna rzeź nas nie uczy. I jeśli ten pesymizm komuś zgrzyta, niech zapyta siebie, kiedy ostatnio zmienił cokolwiek po lekcji „już nigdy więcej” – historia, również ta bardzo świeża, podpowiada, że lubimy chodzić po własnych śladach. Dlatego ten „happy end” – paradoksalnie wybrzmiewa uczciwie, jak odmowa fałszywej nuty w finale koncertu.

Czy polecam? Tak, jeśli wiesz, po co sięgasz.

Nie po to, żeby się bać, tylko po to, żeby w śmiechu i obrzydzeniu zobaczyć siebie bez filtrów.

I nie, jeśli szukasz kojącej bajki o tym, że dobro zawsze zwycięża, bo tu dobro nie wchodzi nawet do gry, tu graczem jest człowiek taki, jaki jest, nie taki, jakim chciałby być na zdjęciu w mediach społecznościowych. A ja, w mojej mało cierpliwej, dość cynicznej skórze, doceniam tę bezczelność – bez mrugania, bez uspokajających poduszek, bez ratunkowej ściemy.

Na koniec, żeby było jasno: widzę wady, widzę potknięcia, widzę miejsca, które proszą się o cięcie albo o ciszę między jednym a drugim uderzeniem, ale ponad to widzę konsekwencję i odwagę – zbudować powieść, która świadomie wybiera krzywe zwierciadło, żeby pokazać prawdziwą twarz. I choć po lekturze nie chcesz patrzeć w lustro, bo jeszcze coś zobaczysz, to dobrze, że to lustro stoi – przypomina, że pod wypolerowanymi obyczajami krąży krew, że cywilizacja to cienka warstwa pudru, którą pot zmywa, kiedy robi się gorąco, a w kasynie zawsze jest gorąco.

Więc tak, jeśli chcesz książki, która cię pogłaszcze, to nie ta. Jeśli chcesz takiej, która wyciągnie cię za włosy z komfortu i zapyta, czy na pewno jesteś lepsza od tych wszystkich przegrywów z ruletki i świętoszków z hotelowych korytarzy – to bierz. A jeśli się oburzysz, trudno, oburzenie też jest popędem, bywa maską strachu. Ja się nie oburzam, ja kiwam głową: wiedziałam. I dlatego czytam.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *