Recenzje

„Jak okraść Watykan” – Krzysztof Myśliński

Autor: Krzysztof Myśliński
Tytuł: Jak okraść Watykan

Data premiery: 12.05.2025
Wydawnictwo: Krzysztof Myśliński
Liczba stron: 300
Gatunek: kryminał, sensacja

„Po co marzyć o czymś, co można ukraść?”
— Autor nieznany, ale jak nic znał życie.

Zaczęłam czytać „Jak okraść Watykan” z ironicznym uśmieszkiem i yerbą w ręce.

Bo książka o okradaniu najmniejszego państwa świata, które od wieków zawodowo zajmuje się handlowaniem poczuciem winy?

No błagam.

Zacznijmy od tego, że tytuł to taka literacka podpucha. „Jak okraść Watykan” – myślisz: okej, pewnie będzie sensacyjka, jakaś spowiedź watykańskiego Robin Hooda, coś w stylu „Oceans Eleven” w ornatach. No to nie. Tu nie będzie liny spuszczanej z kopuły św. Piotra, nie będzie skoku stulecia. Ale będzie coś dużo bardziej niepokojącego – bo ktoś naprawdę kradnie, tylko że kradnie… wiarę, autorytet, sens. I robi to z uśmiechem człowieka, który właśnie rozgrzeszył mafię.

Witamy w Liganie. Mieścinie, która przypomina Włochy mniej więcej tak, jak święty obrazek przypomina sztukę sakralną – ładna powierzchnia, tanie złoto i zero głębi. W tej wiosce wszystko się klei, bo nikt nie zadaje pytań. Kiedy przyjeżdża nowy ksiądz, zamiast grymasu mamy powitalną orkiestrę, stoły uginające się od jedzenia i baby rzucające się do całowania rąk. Teoretycznie – szacunek. W praktyce – teatr. Wiejski kabaret z liturgiczną scenografią.

A główną rolę gra Lorenzo Accardi – ksiądz, który jeszcze do niedawna miał bliżej do Cosa Nostry niż do konfesjonału. Gość, który umie mówić kazania i rozkazywać śmierci z równą łatwością. Cyniczny, wyrachowany, z przeszłością brudniejszą niż zakrystia po pogrzebie mafioza. I to jest właśnie jego największy urok – że on nie udaje. Lorenzo nie chce nikogo nawracać. On chce działać. I działa. Bo wie, że w Liganie liczy się tylko jedno: kto trzyma mikrofon i kto nalewa wino.

Jego przeciwieństwem jest Federico Casarini – młody ksiądz, który mógłby robić za bohatera broszury „Powrót do wiary – 10 sposobów na bycie dobrym kapłanem”. Idealista. Marzyciel. Naiwniak. Przyszedł tu wierzyć, nauczać i zbawiać dusze, a trafił do miejsca, gdzie dusze zamienia się na wpływy, a modlitwa to tylko przerywnik między jednym kieliszkiem a drugim.

I to jest piękne. Bo w tej książce nie masz klasycznej walki dobra ze złem. Masz zło, które się dobrze urządziło, i dobro, które nie wie, gdzie jest wyjście.

Jedzenie w tej książce to liturgia dla wybranych. Dzik duszony w czerwonym winie, z jałowcem i rozmarynem, staje się metaforą władzy: coś pierwotnego, udomowionego tylko powierzchownie, nadal niebezpiecznego. I kiedy na tej uczcie pękają butelki, pękają też złudzenia. Nie ma już „Bóg zapłać” – są negocjacje.

„Sumienie? Przestarzała aplikacja. Dziś ważniejszy jest algorytm wizerunku.”

Nie da się nie zatrzymać. Nie da się nie zacisnąć zębów. Bo te zdania trafiają w coś bardzo intymnego – w resztki naszej naiwności. W tę część nas, która mimo wszystko wierzy, że jest jeszcze coś nienaruszalnego. I nagle okazuje się, że właśnie to zostało okradzione – nie skarbiec, nie dokumenty, tylko Twoja wiara w to, że cisza oznacza świętość.

Myśliński nie pisze. Myśliński operuje skalpelem. Tnie ostro, precyzyjnie. Każde słowo waży więcej niż trzeba. Jego styl to mieszanka duchowej ironii i intelektualnej furii. Czyta się to jak kazanie wygłoszone przez księdza, który właśnie rzucił sutanną o ołtarz i odpalił papierosa. Jest w tym bluźnierstwo? Nie. Jest w tym rozpacz i bunt. Bo tylko ci, którzy naprawdę wierzyli, potrafią być aż tak wściekli.

A teraz wróćmy do tytułu. „Jak okraść Watykan” nie ma nic wspólnego z napadem. Bo Watykan, który tu jest okradany, to nie budynek. To nie sejf. To idea. Autorytet, który staje się dekoracją. Instytucja, która przestaje być źródłem wiary, a zaczyna być mechanizmem samopodtrzymującym władzę. Lorenzo nie włamuje się do żadnej skarbca – on rozbiera autorytet na czynniki pierwsze i sprzedaje je za wpływy i władzę. Federico nie walczy z grzechem – on próbuje znaleźć resztki Boga w miejscu, gdzie Bóg został dawno zwolniony.

I to jest największa siła tej książki: ona nie mówi wprost. Ona pokazuje, że okraść Watykan można każdego dnia – wystarczy zamienić kazanie w show, sumienie w procedurę i człowieka w funkcję.

Ale, i tutaj przychodzę z kubełkiem lodowatej wody – książka nie jest bez skazy.

Po pierwsze: Federico bywa tak naiwny, że ma się ochotę go wymienić na toster. Wiem, że to specjalnie, że jego niewinność ma kontrastować z zepsuciem Ligany. Ale momentami jest to aż nie do zniesienia. W stylu: „serio, chłopie, znowu w to wierzysz?”. Z jednej strony czuję dla niego czułość. Z drugiej – chciałabym mu wręczyć bilet powrotny do seminarium z dopiskiem „przemyśl raz jeszcze”.

Po drugie: niektóre wątki znikają szybciej niż kolekta po mszy. Autor czasem wrzuca coś, co wygląda jak zapowiedź wielkiego zwrotu akcji… i zostawia to. Tak jakby sam nie wiedział, co z tym zrobić. I okej, nie wszystko trzeba rozwiązywać. Ale niektóre tropy aż się prosiły o pogłębienie. Wyszedłby z tego jeszcze gęstszy sos narracyjny.

Po trzecie: styl bywa nierówny. Przez większość czasu język leci, smaga, pieści. Ale czasem autorowi zdarza się przegiąć. Wpadamy w literackie samouwielbienie – zdanie ciągnie się jak kadzidło na przeciągu, metafora za metaforą, aż się człowiek gubi, co właściwie miało być treścią. Tu wystarczyło jedno: mniej efektu, więcej treści.

I wreszcie: emocje czasem siadają. Są sceny, które aż proszą się o literackie pierdolnięcie – żeby czytelnik poczuł, że to nie zabawa. A autor tylko delikatnie je smyra. Nie wykorzystuje całego potencjału dramatycznego. I szkoda – bo przy tej historii można było złamać serce, a zamiast tego czasem tylko lekko się je łaskocze.

Ale wiesz co? Mimo tych zgrzytów, mimo momentów, w których miałam ochotę krzyknąć „no dalej, dobij to!” – to była świetna lektura. Bo to książka, która zostawia Cię w stanie czuwania. Nie daje się zapomnieć. I przede wszystkim: nie traktuje czytelnika jak idioty. Nie prowadzi za rączkę, nie tłumaczy wszystkiego, nie daje gotowych odpowiedzi. Zostawia Cię z pytaniami. Z emocjami. Z niepokojem.

I to lubię najbardziej.

Bo „Jak okraść Watykan” to nie podręcznik przestępcy. To instrukcja obsługi cynizmu. To lustro podstawione tym, którzy wierzą, że instytucja ich ochroni. I przypomnienie, że najłatwiej się kradnie wtedy, gdy wszyscy są zajęci modlitwą.

Nie chodzi o to, że ktoś okradł Watykan.

Chodzi o to, że Watykan od dawna sam się rozkrada – cegła po cegle, relikwia po relikwii, znaczenie po znaczeniu. A ta książka to nie instrukcja – to akt oskarżenia. I akt miłosny. I epitafium. Wszystko naraz.

Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że nie można połączyć prozy z ostrzem skalpela i kadzidłem, to podsunę mu „Jak okraść Watykan”. Bo tu się pali wszystko – i kadzidło, i złudzenia.

Czy warto?

Tylko jeśli nie boisz się przewartościować tego, w co kiedyś wierzyłaś.

Tylko jeśli rozumiesz, że czasem największy grzech to nie bluźnierstwo – tylko obojętność.

To książka o tym, jak łatwo odwrócić oczy.

I o tym, że ktoś w końcu przestanie milczeć.

I może – może właśnie to jest ten moment.

Czytane z yerbą. Skończone z winem.

Polecane z sercem i drżeniem.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *