Recenzje

„Słodkie życie, włoska śmierć” – Tomasz Duszyński

Autor: Tomasz Duszyński
Tytuł: Słodkie życie, włoska śmierć

Data premiery: 07.05.2025
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 336
Gatunek: komedia kryminalna

„… Co się wydarzyło w Toskanii, zostaje w Toskanii…”

W teorii miały to być zwykłe warsztaty pisarskie. Trochę winorośli, trochę prozy, trochę ludzi z ambicją i jednym opowiadaniem na koncie. W praktyce wyszło z tego toskańskie piekło na ziemi, gdzie trup leży w basenie, mafia siedzi przy stole, a Ziętek, stary pasożyt literacki, pręży się w kąpielówkach jak lokalny Adonis z Allegro. I właśnie dlatego ta książka jest tak cholernie dobra.

Tomasz Duszyński – autor, narrator, pisarz i jednocześnie człowiek, którego sarkazm mógłby być wpisany do rejestru broni palnej – wraca z kontynuacją swojej greckiej farsy i robi to w stylu, który nie pozostawia złudzeń: tutaj nikt nie zamierza brać życia na serio. Ale im mocniej się śmiejemy, tym mocniej czujemy, że pod spodem czai się coś więcej – gorycz, niepokój, rozczarowanie i cała masa trupów, które może i są metaforyczne, ale bolą jak prawdziwe.

Ziętek wraca. I ma opowiadanie. Niestety.

Największym twistem książki ” Słodkie życie, włoska śmierć” – większym niż mafia, większym niż trup w bagażniku, większym nawet niż motyw „drugs” z Biedronki – jest to, że Staszek Ziętek… zostaje zakwalifikowany na warsztaty literackie. Serio. Gość, który zwykle potrafi co najwyżej wysłać SMS-a bez błędów ortograficznych, tym razem wrzucił coś do AI, który wypluł mu „opowiadanie” i – jakimś cudem – przeszedł selekcję. A Tomasz, nasz narrator, bohater i jednocześnie wiecznie zmęczony komentator rzeczywistości, musi to przełknąć z godnością.

Ziętek staje się symbolem czasów: bez talentu, bez pasji, ale za to z dostępem do generatora tekstu. Duszyński trafia tu w punkt – bez litości i z ogromnym poczuciem humoru punktuje cały ten świat literatury instant, gdzie wszystko da się wygenerować, jeśli tylko nie masz sumienia i ambicji. I właśnie dlatego Ziętek odnosi sukces.

Niech cię nie zwiedzie słowo „komedia” – to nie jest wakacyjna pocztówka z pizzą i prosecco. To bardziej tiramisu z arszenikiem, albo prosecco z kapslem od granatu w środku. Autor z chirurgiczną precyzją wstrzykuje nam w żyłę czarny humor, włoski chaos i kryminalną intrygę, która, mimo że potrafi przybrać groteskowe formy, do samego końca nie daje się zbyć jako błahostka. Ale zanim przejdziemy do trupów, usiądź wygodnie, nalej sobie wina i pozwól, że oprowadzę cię po tej willi z piekła rodem.

Wyobraź sobie taką sytuację: wygrywasz literacki konkurs, pakujesz rodzinę, jedziesz do Toskanii na warsztaty pisarskie, a tam – no cóż – spotykasz innych zwycięzców, którzy są co najmniej tak samo dziwni jak ty. Jest Arletta z romansami, których się nie zapomina. Jest Pani Zdzisława, która nie rozstaje się z torebką i kto wie, co w niej nosi. Jest Leon zwany Rzeźnikiem (nie bez powodu), i Fantasta – czyli Arkadiusz, mężczyzna, który wygląda, jakby pisał powieści science-fiction, ale najchętniej pisałby o sobie samym w roli zbawiciela świata. Jest też Lenka – młoda blogerka książkowa, z okiem ostrym jak skalpel i aparatem zawsze gotowym do nagrania kompromitującego materiału.

Jest jeszcze Henryczek – o którego metamorfozie warto wspomnieć osobno. Bo Henryczek, to nie jest już ten sam pulchny środek antykoncepcyjny, który jeszcze w poprzednim tomie był wulkanem pryszczy. Nie, teraz Henryczek to grecki Adonis z TikToka, o barkach jak wiadro na śliwki i spojrzeniu tak pewnym siebie, że Tomasz – stojąc w cieniu winnicy – mógłby przysiąc, że jego własna samoocena właśnie zapakowała się w walizkę i wróciła do Polski. „To niemożliwe” – myśli, patrząc na tego umięśnionego nowicjusza testosteronu. Pewnie to jakiś spisek genetyczny. Sabotaż. Hormonalna zdrada wymierzona w ojca, który jeszcze nie zdążył się pogodzić z faktem, że jego córka dorasta – a już musi walczyć z wizją, że dorasta do Henryczka.

Rodzina bohatera to osobna galaktyka. Żona, która potrafi przeciążyć każdą instalację elektryczną, córka z TikToka, która nagrywa wszystko (łącznie z dzikiem), i Tomasz – wiecznie sarkastyczny, wiecznie zmęczony, wiecznie z boku. W tej konfiguracji to nie trup jest problemem. To ten wyjazd jest problemem.

Duszyński nie byłby samym sobą, gdyby zadowolił się jednym zwłokiem. Nie, nie. Tu trupów będzie więcej, a każdy pojawi się w sposób coraz bardziej absurdalny i coraz mniej przypadkowy. Ktoś spadnie z wieży, ktoś wpadnie pod konie w Sienie, ktoś zniknie w basenie, ktoś inny zostanie podejrzany o przemyt leków, a jeszcze inny – o bycie martwym. I to nie jest żart.

Cała akcja rozwija się jak grecka tragedia przefiltrowana przez Monty Pythona. Na oczach czytelnika rysuje się misterny plan: mafia, nieudane morderstwa, inspektor z Grecji o nazwisku Katastropopopoulous (czy jakoś tak), który z ukrycia obserwuje bohaterów, a nawet świnia – odyniec z mordem w ślepiach, fiksacją na trufle i ciągotami do wyścigów.

W tej historii wszystko zaczyna się jak w bajce, a kończy jak w „Ojcu chrzestnym”. Tyle że zamiast Michaela Corleone mamy Alicję Moretti – damę, która ma willę, koneksje i psa na trufle, wartego tysiące euro, o wdzięcznym imieniu Al Capone. I właśnie ten pies, a nie żaden detektyw z brodą czy lupa, staje się kluczem do jednej z najbardziej przezabawnych i najbardziej absurdalnych scen w książce.

Wyobraź sobie poranek, las, kamera w dłoń, córka gotowa na reportaż życia i… dzik. Ogromny, ryczący, wkurzony dzik, który zamiast trufli wybiera sobie za cel naszego biednego bohatera. A że ten trzyma psa za kilka tysięcy euro, to nie rzuca się na ratunek córce (to by było zbyt banalne), tylko kalkuluje, ile by go kosztowało odszkodowanie za zgubę psa. Tak, proszę państwa, to się nazywają priorytety! A potem, kiedy już ucieka przez winnice z dzikiem na ogonie i Ziętkiem szorującym po ziemi jak worek kartofli, nie masz wyboru – musisz śmiać się na głos.

A finał tej farsy ma smak. Truflowy smak.

Bo kiedy już wszyscy przeżyli (z wyjątkiem godności Tomasza), Al Capone triumfalnie wykopuje grzyba – prawdziwego, tłustego, pachnącego pieniędzmi i obiadem dla prezydenta. „Dziecko, to kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych!” – Tomasz niemal się wzrusza, bo w końcu coś w tej Toskanii przynosi wymierny zysk. Choć przez chwilę czuje, że życie ma sens – nawet jeśli kosztowało go to kilkanaście zadrapań, złamane ego i przelotny moment ojcowskiej zdrady.

A potem nastaje noc. I chrapanie.

Nie byłoby duszyńszczyzny, gdyby po dzikim odyńcu nie pojawił się potwór większy i bardziej bezlitosny – chrapanie Tomasza. Motyw powracający z siłą godną opery narodowej, który znów staje się powodem domowej wojny na poduszki.

„Chrapiesz” – oznajmia żona, niczym spikerka sądu rodzinnego.

„Jakbyś truflę znalazł” – dorzuca córka, bezlitośnie. Tomasz, próbując ratować resztki honoru, odpowiada: „Ja nie chrapię! Nawet nie spałem.” Ale na to już nikt nie reaguje powagą. Bo oto żona, z precyzją chirurga i tonem księgowej po 22:00, wbija mu szpilę z wdziękiem, który boli bardziej niż szarża dzika.

„Czasem, jak się zaciągasz, to jakby ktoś arię na pile grał…” ( kto tego nie zna z autopsji, niech pierwszy kamieniem rzuci ).

To nie jest kłótnia. To symfonia. Małżeńska aria rozpisana na chrapanie, złość, wzajemne pretensje. I tak kończy się kolejny dzień – dzień, w którym Tomasz znów nie zrelaksował się ani o milimetr, ale przynajmniej wie, że przeżył. Przeżył dzika, truflę, Ziętka i Henryczka. A to w tej książce więcej niż można oczekiwać od przeciętnego bohatera.

Thriller, komedia i autoironia.

Fabuła skręca, przyspiesza, robi salto. Tomasz przestaje być tylko komentatorem – staje się świadkiem, potem podejrzanym, a w końcu niemal ofiarą. Tropi, analizuje, łączy fakty, ale i tak najczęściej dowiaduje się o wszystkim od żony albo córki, czasem z Facebooka, czasem z filmu Lenki, a czasem… spod worka.

Ale nawet gdy napięcie sięga zenitu, Duszyński nie rezygnuje z humoru. To nie jest książka, to jest gotowy scenariusz dla Netfliksa, tylko trzeba by dorzucić kogoś, kto potrafi zagrać Ziętka z odpowiednią ilością oleju w głowie – czyli prawie żadną.

Finał, który nie daje odpowiedzi – ale za to daje cytat.

„Co się wydarzyło w Toskanii, zostaje w Toskanii.” – mówi żona Tomasza. I to jest puenta tej powieści. Nie dlatego, że Duszyński zostawia nas bez wyjaśnienia, ale dlatego, że cała ta historia to przecież coś więcej niż zagadka kryminalna. To opowieść o rodzinie, która nie potrafi się dogadać, ale nie potrafi też bez siebie żyć. O przyjaźni, która przetrwa wszystko – nawet Ziętka. I o tym, że czasem trzeba przeżyć włoską wersję „Fargo”, żeby docenić zwykły poranek bez dzika w tle.

Podsumowując?

Tomasz Duszyński napisał książkę, która bawi, przeraża, ściska za gardło i rozbraja jednym zdaniem. „Słodkie życie, włoska śmierć” to majstersztyk narracyjnej równowagi między ironią a grozą, między farsą a thrillerem, między rodziną a trupem. To powieść dla tych, którzy lubią się śmiać – ale nie głupio. I dla tych, którzy wiedzą, że czasem najlepsze kryminały zaczynają się od pytania: „A może by tak pojechać na wakacje?”

To wszystko sprawia, że „Słodkie życie, włoska śmierć” to nie tylko książka. To cała wakacyjna przygoda, którą czyta się z wypiekami na twarzy i śmiechem w gardle. W tle wino się leje, krew czasem też, ale przecież nawet umierając, można się trochę pośmiać, prawda?

Nie zdradzę ci, jak to się kończy, bo byłoby to jak wykrzyczenie puenty w środku dowcipu. Wiedz tylko, że Duszyński zamyka ten tom z wdziękiem, ironią i… pewną zapowiedzią, która sprawia, że już teraz chcesz z nim jechać na kolejne wakacje. Choćby to miało być w Egipcie. Z klątwą faraona. I Ziętkiem na wielbłądzie.

 


 

PS. Drogi autorze – Błagam – nie każ nam zbyt długo czekać na „Słoneczny patrol. Sycylijskie zwłoki”. Albo chociaż „Ziętek i spaghetti grozy”. 🙂


Jeżeli jeszcze nie czytaliście pierwszej części przygód Pana Tomasza, to koniecznie to zróbcie.

Recenzję „Moje wielkie, greckie morderstwo” – przeczytasz tutaj:

https://www.zbrodnienawidelcu.pl/moje-wielkie-greckie-morderstwo-tomasz-duszynski/

 


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *