
Autor: Dariusz Laskowski
Tytuł: Mocodawca
Data premiery: 05.02.2026
Wydawnictwo:Wydawnictwo AlterNatywne
Liczba stron: 289
Gatunek: thriller, kryminał, sensancja
„Nasza broń nigdy nie stygnie. Nasze wojny nigdy się nie kończą.”
To zdanie brzmi jak coś, co powinno zostać wypowiedziane półgłosem, przy zasłoniętych żaluzjach, a nie zapisane drukiem na kartach powieści. A jednak to ono najlepiej oddaje ton „Mocodawcy” – historii, która nie tyle opowiada o wielkich biznesach, służbach i operacjach specjalnych, ile rozcina rzeczywistość skalpelem i pokazuje, że pod eleganckim garniturem państwa pulsuje coś znacznie mniej estetycznego.
Na początku wszystko wygląda znajomo. Ustawiane przetargi, firmy-słupy, pieniądze, które płyną w odpowiednie kieszenie, a w dokumentach pozostawiają po sobie wyłącznie nienaganną czystość. Świat lokalnych biznesów i politycznych koneksji, w którym każdy wie, że coś jest nie tak, ale nikt nie zadaje niewygodnych pytań, dopóki system działa. Olgierd Łuczak funkcjonuje w tej przestrzeni jak ryba w wodzie – pewny siebie, sprawny, charyzmatyczny, a Adam Marzec pozostaje na pozór gdzieś obok, inteligentny, technicznie precyzyjny, przyglądający się temu wszystkiemu z dystansem, który okazuje się złudny.
Bo dystans w tej książce jest luksusem, na który nikt nie może sobie pozwolić.
Adam Marzec nie jest bohaterem z brązu. Nie stoi na cokole, nie wygłasza płomiennych przemówień, nie ma w sobie tej gładkiej, filmowej odwagi, która pięknie wygląda w slow motion. Jest człowiekiem uwikłanym. I to uwikłanym boleśnie – w przyjaźń, w przeszłość, w chorobę, w poczucie winy, w gniew. W to wszystko, co czyni decyzje trudnymi, a konsekwencje nieodwracalnymi.
Kiedy historia zaczyna przyspieszać, nie ma w niej miejsca na komfort czytelnika. Jest konfrontacja. Najpierw słowna – inteligentna, ostra jak brzytwa, pełna niedopowiedzeń, które znaczą więcej niż deklaracje. Potem fizyczna – dynamiczna, brutalna, pozbawiona heroicznego filtra. Laskowski nie romantyzuje przemocy. Nie robi z niej operowej arii. Strzał jest strzałem. Krew jest krwią. A decyzja pociągnięcia za spust nie ma w tle chóru anielskiego, tylko ciężki oddech i świadomość, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo.
I właśnie to cenię w tej powieści najbardziej: brak taniej egzaltacji. Tu nikt nie mówi wielkich słów o honorze, stojąc w świetle reflektorów. Tu honor bywa brudny, wygnieciony, niepewny. Czasem przypomina raczej uparte trzymanie się własnej wersji świata niż krystaliczną zasadę.
Kiedy Olgierd ginie, a media – z telewizją TV Land na czele – zaczynają budować z niego potwora, człowieka owładniętego obłędem i skłonnego do rytualnej przemocy, staje się jasne, że gra toczy się na więcej niż jednym poziomie. Medialna narracja jest szybka, sprawna i bezlitosna; wystarczy kilka sugestywnych obrazów, kilku ekspertów i odrobina moralnej paniki, by człowieka zamienić w symbol zła, który doskonale nadaje się do wieczornego wydania wiadomości. A przecież pod tą narracją leży coś znacznie bardziej złożonego – pendrive, który trafia w ręce Adama i który okazuje się kluczem do drzwi prowadzących daleko poza lokalny układ.
Relacja między Adamem a Piotrem Grzesiukiem – majorem jednostki NIL – jest osią tej opowieści. To nie jest prosty układ „dobry kontra zły”. To szachownica, na której każdy ruch może okazać się blefem, prowokacją albo próbą sprawdzenia, czy przeciwnik jeszcze mruga. Rozmowy tych dwóch mężczyzn mają w sobie coś z pojedynku na rapier i coś z przesłuchania prowadzonego z uśmiechem. Padają słowa o bezpieczeństwie narodowym, o tajemnicy państwowej, o lojalności wobec ojczyzny. Padają też pytania, które nie mają dobrych odpowiedzi.
Bo czym jest patriotyzm, kiedy w grę wchodzi manipulacja? Czym jest zdrada, gdy działa się w imię wyższej racji?
I kto właściwie jest tytułowym mocodawcą – człowiek, instytucja, państwo?
Laskowski prowadzi czytelnika przez tę historię z pewną bezczelną pewnością siebie. Nie tłumaczy wszystkiego. Nie podaje interpretacji na tacy. Zakłada, że odbiorca potrafi czytać między wierszami i że rozumie, iż w świecie służb specjalnych nic nie jest czarno-białe. Nawet barwy narodowe potrafią się rozmyć, jeśli patrzy się na nie przez celownik.
Szczególnie mocne są sceny konfrontacji – te, w których napięcie wisi w powietrzu jak burza przed uderzeniem. Nie ma tu taniego budowania klimatu. Jest precyzja. Dialogi są dynamiczne, ostre, chwilami brutalne w swojej bezpośredniości. I właśnie w nich autor pokazuje klasę. Bo łatwo jest napisać strzelaninę. Trudniej – rozmowę, w której jedno zdanie potrafi zranić mocniej niż kula.
Podoba mi się też sposób, w jaki Laskowski gra ironią. Nie jest to ironia lekka i figlarna. To raczej ironia człowieka, który widział za dużo i nie ma już złudzeń. Kiedy padają słowa o bohaterach, o operacjach, o „rezultatach”, czytelnik czuje pod skórą, że za tymi słowami kryje się coś znacznie mniej eleganckiego. To nie jest świat orderów przypinanych na galowych mundurach. To świat dokumentów z klauzulą „tajne/poufne” i decyzji podejmowanych w ciszy, która bardziej przypomina grobową niż podniosłą.
Nie sposób nie wspomnieć o tle politycznym. Zamach, międzynarodowe powiązania, gra wywiadów, wielkie nazwiska – wszystko to mogłoby łatwo zamienić się w sensacyjny spektakl. A jednak autor trzyma tę opowieść w ryzach. Nie epatuje globalnym rozmachem dla samego efektu. Zamiast tego skupia się na człowieku uwikłanym w tryby większej maszyny. I to właśnie nadaje tej historii ciężar.
Najbardziej uderzające jest jednak to, jak bardzo „Mocodawca” opowiada o odpowiedzialności. O tym, że każdy czyn – nawet ten usprawiedliwiany najwyższą racją – zostawia ślad. Nie w mediach. Nie w raportach. W człowieku. W jego pamięci. W tym cichym miejscu, w którym nie da się już uciec od siebie.
Równolegle Adam przechodzi przemianę, która stanowi oś tej historii. W gondoli nie jest już tylko informatorem, który przypadkiem znalazł się w złym miejscu o złym czasie; negocjuje, blefuje, kopiuje dane, zostawia cyfrowy ślad niemożliwy do podrobienia, konstruuje zabezpieczenia z precyzją inżyniera i z wyrachowaniem gracza, który wie, że jeden błąd może kosztować wszystko. To nie jest panikujący przedsiębiorca, to człowiek, który zaczyna myśleć kilka ruchów naprzód, jakby nagle zrozumiał, że jedyną szansą na przetrwanie jest wejście w sam środek gry.
Wątek Drakstera i morderstw z zemsty, który na pierwszy rzut oka mógł wydawać się brutalnym, niemal marginalnym epizodem, z czasem układa się w większy mechanizm. Likwidacje przestają być aktem czystej emocji; śmierć prezesa, kolejne eliminacje, prowokacje – wszystko to nabiera charakteru operacji wpływu, w której każdy zgon jest elementem większego planu. Zemsta nie znika, przeciwnie – zostaje wchłonięta przez system, staje się jego paliwem, jakby prywatny gniew był tylko jednym z narzędzi w arsenale tych, którzy naprawdę pociągają za sznurki.
Najbardziej niepokojący jest jednak ideologiczny monolog Adama, w którym nie ma już wyłącznie mowy o pieniądzach czy interesach, lecz o patriotyzmie, o rozczarowaniu transformacją po ’89 roku, o tęsknocie za stabilnością, którą – w jego narracji – mogłaby gwarantować Rosja. To nie jest tekturowa motywacja czarnego charakteru; to przekonanie, które rodzi się z frustracji i poczucia niespełnionej obietnicy. Adam nie działa z chciwości, działa z wiary, a wiara bywa bardziej niebezpieczna niż najgrubszy plik banknotów, bo nadaje działaniom pozór moralnej konieczności.
W scenie z gazem, kiedy Adam jest przekonany, że kontroluje sytuację, że ma broń, plan i przewagę, a w ruinach ląduje puszka, z której ulatnia się bezwzględna chemiczna cisza, powieść przypomina, że nad każdą warstwą gry istnieje jeszcze jedna, niewidzialna. Wystarczy kilka sekund, by role się odwróciły, by ci, którzy jeszcze przed chwilą rozdawali karty, leżeli bezwładnie na podłodze, jak pionki przesunięte cudzą ręką. To scena, która obnaża złudność kontroli i pokazuje, że w świecie „Mocodawcy” nikt nie ma pełnego obrazu planszy.
Akcja w lesie – strzał, urwany palec Fidorjowskiego, czarne kombinezony CBŚP, pościg chryslerem, huk i chaos – można by uznać za czyste kino akcji, gdyby nie to, że pod warstwą adrenaliny pulsuje świadomość, iż każdy z tych ludzi był tylko elementem większej operacji. Operacji, która ma swoją nazwę, swoje procedury i swoje „rezultaty”, ale niekoniecznie ma twarz, którą można by pociągnąć do odpowiedzialności.
„Mocodawca” nie pozwala czytelnikowi wygodnie usiąść po jednej ze stron. Roszczyk nie jest jednoznaczny, Fidorjowski nie jest wyłącznie potworem, Adam nie jest ani bohaterem, ani zdrajcą w czystej postaci, a major Grzesiuk, mówiący o wolności i niekończących się wojnach, brzmi jak człowiek, który naprawdę wierzy w sens swojej misji, nawet jeśli ta misja wymaga przekraczania granic, których inni nie odważyliby się dotknąć.
To powieść o kontroli, o wpływie, o tym, jak łatwo prywatny gniew może zostać wciągnięty w państwową operację, a państwowa operacja – usprawiedliwiona prywatnym bólem. To opowieść o lojalności rozpiętej między przyjaźnią a krajem, o zdradzie, która bywa interpretowana jako akt wyższej wierności, i o tym, że w świecie, w którym „broń nigdy nie stygnie”, wojna toczy się przede wszystkim w ludzkim wnętrzu.
Po lekturze „Mocodawcy” nie zostaje moralna lekcja ani wygodny werdykt; zostaje raczej cichy niepokój i pytanie, kto w tej historii naprawdę był mocodawcą – instytucja, ideologia, strach, a może człowiek, który w pewnym momencie uznał, że cel jest ważniejszy niż metoda. I właśnie dlatego ta powieść, mimo całej swojej sensacyjnej dynamiki, działa jak dobrze napisany traktat o władzy – nie tej z podium, lecz tej, która rozgrywa się w cieniu, między jednym podpisem a drugim.
Moja ocena: 8,5/10
Recenzja powstała w ramach współpracy patronackiej z Wydawnictwem Alternatywne.

Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
