
Autor: Marek Zychla
Tytuł: Inspektorium
Data premiery: 21.05.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 317
Gatunek: science fiction, fantasy
„Najciemniej jest pod latarnią”.
I gdybym miała jednym zdaniem powiedzieć, czym jest ta książka, powiedziałabym: opowieścią o świecie, w którym latarnie świecą najmocniej tam, gdzie kontrola jest najpełniejsza, a prawda – najbardziej zakopana.
Wyobraź sobie ośrodek szkoleniowy dla młodzieży, zamknięty pod ziemią, w dawnych składach broni, gdzie dojrzewanie nie jest już tylko biologicznym etapem, lecz początkiem „przejścia”. Wyobraź sobie, że nauczyciel z powagą tłumaczy, iż „dopuścić do siebie wilkołactwo to jak zrzucić więzy”, że siła i szybkość są darem, który trzeba ujarzmić, a miłość – jedyną kotwicą pozwalającą pozostać człowiekiem. Wyobraź sobie, że nad tym wszystkim unoszą się „Kule” – energetyczne orby, broń tak doskonała, że ludzie zaczęli się do niej modlić, aż w końcu uwierzyli, że to Bóg.
Brzmi jak fantastyka? Owszem.
Ale to tylko powierzchnia.
Jeśli lubisz historie o wilkołakach, to uprzejmie informuję: tu dostaniesz wilkołaki, ale w takiej formie, że po chwili przestajesz myśleć o kłach i futrze, a zaczynasz myśleć o tym, jak łatwo człowieka sprowadzić do roli surowca. Jeśli lubisz historie o zombie, to również się nie obrażaj: zombie są, tylko nie w tej infantylnej wersji „móóóózgi”, ale w wersji administracyjnej, wykresowej, satelitarnej, w której martwe rzeczy mają w sobie więcej zimnej inteligencji niż żywi, bo żywi są tu po to, żeby biegać w labiryncie, robić swoje i nie zadawać pytań.
A jeśli lubisz historie o młodzieży w ośrodku, w zamknięciu, z nauczycielem, który ma charyzmę i z grubsza wie, co mówi – to też trafiasz dobrze, tylko uprzedzam: to nie jest „szkoła przetrwania”, gdzie bohaterowie uczą się przyjaźni i odwagi, a potem w finale robią wielkie zwycięstwo. To jest szkoła hodowli. Dosłownie. I w tym „dosłownie” jest cały urok tej opowieści.
Najmocniejszy numer tej książki polega na tym, że udaje – przez chwilę, kusząco – że to będzie historia o przemianie. O dojrzewaniu, o przejściu, o tym, jak człowiek wchodzi w swoją dziką naturę i musi ją opanować, żeby nie stracić człowieczeństwa. Słyszysz te wszystkie patetyczne nuty: wspomnienia, kotwice, miłość jako „pierwiastek boskości”, ból, który sprowadza na ziemię. Widzisz klasę, która próbuje sklejać się w watahę, bo w grupie łatwiej nie zwariować. Widzisz Kasię – waderę w roli przywódcy stada, chłopców w roli mięśni i dumy, Benka w roli hałaśliwej maski, za którą kryje się pierwsza, brudna intuicja, że coś tu zgrzyta.
I właśnie wtedy książka robi coś bezczelnego. Mówi: och, myślałaś, że to jest bajka o wilkołakach? To ja ci pokażę, co to jest za bajka. Bo tu „Przejście” nie jest romantycznym rytuałem natury. To jest procedura. To jest technologia. To jest narzędzie zarządzania populacją. A ośrodek nie jest szkołą. Jest laboratorium w wersji „domowej”: brud, beton, klatki, lampy, przyciski, inspektoria w wojskowych spodniach, dyrektorka z miną kogoś, kto przez lata nauczył się mówić ciepłym głosem rzeczy, które są zimne jak metal.
Ta książka nie opowiada o dojrzewaniu. Ona opowiada o przetwarzaniu. O młodych ciałach traktowanych jak surowiec. O przemianie, która nie jest metaforą, tylko procedurą. O instytucji, która mówi ciepłym głosem rzeczy lodowate jak stalowy blat. Jest w tej historii coś głęboko niepokojącego: brak krzyku. Nikt tu nie musi wrzeszczeć, żeby było brutalnie. Wystarczy ton. Wystarczy słowo „elegancko”. Wystarczy raport. Wystarczy sugestia, że „od tej reguły nie ma wyjątków”. System nie potrzebuje furii. System potrzebuje konsekwencji.
Najbardziej uderza to, jak subtelnie zarysowana zostaje przemoc wobec dziewczyn. Jak miękko, niemal pedagogicznie, tłumaczy się im, gdzie jest ich miejsce. W tle. W drugiej linii. W roli, która „pozornie daleka od frontu”. To zdanie ma w sobie coś obrzydliwego – jakby ktoś przykrył przepaść koronkową serwetą. Wszystko brzmi rozsądnie. Wszystko brzmi logicznie. Wszystko jest „dla dobra”. A pod spodem pulsuje brutalna prawda: ktoś tu decyduje, które życie jest funkcją, a które zasobem.
W tej opowieści nie ma taniego feminizmu ani szkolnej publicystyki. Jest za to napięcie między ciałem a kontrolą. Między instynktem a nadzorem. Między młodością, która chce kochać, pytać, dotykać świata, a systemem, który woli, żeby młodość była posłuszna, skupiona i przewidywalna. Każda emocja może zostać wykorzystana. Każde pragnienie – przekute w narzędzie.
A jednak coś zaczyna się psuć. Średnia zdziczeń spada. Populacje rosną.
Inteligencja stad – ku niezadowoleniu Głosu patrzącego z ekranów – zdaje się niebezpiecznie wzrastać.
I to jest moment, w którym ta książka przestaje być historią o potworach, a staje się historią o systemie.
Nie o tym, który krzyczy i grozi. O tym, który kalkuluje.
Czytałam ją z rosnącym napięciem, bo nie ma tu taniej sensacji. Nie ma też groteskowej przesady. Jest chłodna, metodyczna opowieść o hodowli -hodowli strachu, lojalności, ciał, płodności, dzikości. Dziewczęta tatuowane bólem, chłopcy szkoleni do roli żołnierzy, waderom odbiera się prawo do decyzji o własnym brzuchu, a ojcowie „transportowani” są jak partia towaru.
I w tej gęstości znaczeń nagle pojawia się ona – zamknięta, obserwowana, karmiona surowym mięsem, uznana za zagadkę i skarb jednocześnie. Hybryda. Dziewczyna, która według założeń powinna głupieć, a zamiast tego myśli szybciej, łączy fakty, analizuje zapachy, czyta system jak książkę. Z rozśpiewanej, ufnej nastolatki staje się kimś, kto widzi, że „najciemniej jest pod latarnią”, że wrogość nie zawsze ma kły, czasem ma raport.
A obok niej – wadera. Liderka rocznika. Dziewczyna, która ma dowodzić watahą, a jednocześnie zostaje sprowadzona do roli inkubatora. „Możesz usunąć płód”, słyszy rzeczowo, jakby chodziło o poprawkę w harmonogramie. „Każda ciąża wadery to dziki wilkołak”. Decyzje podejmowane są tonem urzędowym, bo system nie lubi emocji, emocje rozszczelniają plan.
Czytałam te fragmenty z napięciem w karku, z wściekłością, której nie da się opisać jednym słowem, bo to nie jest brutalność wykrzyczana – to brutalność uzasadniona, racjonalna, wpisana w procedurę.
A potem przychodzi perspektywa z góry.
Głos.
Istota, która spogląda na wykresy, mapy, zdjęcia satelitarne, która zastanawia się, czy nie „wymordować ich wszystkich”. Głos, który kocha genetyczne krzyżówki, który zastrzyk z surowicy traktuje jak kawę przed pracą, który śmierć uważa za najciekawszą rozrywkę.
I nagle rozumiesz, że ta opowieść nie jest o wojnie wilkołaków z zombie. Jest o strukturze władzy, która potrzebuje konfliktu, żeby się nie nudzić. Jest o tym, jak łatwo „hodowla” zastępuje słowo „społeczeństwo”, a „transport” słowo „syn”.
Najbardziej uderzyło mnie to, jak konsekwentnie autor buduje metaforę. Tunelowy labirynt przypomina linie papilarne olbrzyma; miasta i korytarze istnieją obok siebie w niepisanym porozumieniu; Kule zabijają na powierzchni, wilkołaki drążą pod ziemią. To świat, który ma swoją logikę, swoje prawa fizyki i swoje rachunki prawdopodobieństwa.
I to właśnie ta logika sprawia, że wszystko brzmi niebezpiecznie wiarygodnie.
Bo przecież to nie jest tylko fantastyka o wirusie VK-578, o telomerach, o eksperymentach, które miały wydłużyć życie, a przyniosły degenerację tkanek i głód mózgów. To jest przypowieść o tym, jak nauka bez etyki staje się przemysłem, jak strach staje się narzędziem zarządzania, jak monitoring wprowadzany „dla dobra projektu” powoli wżera się w każdy metr prywatności.
A jednak – i to jest najpiękniejsze – w tej ciemności pulsuje nadzieja.
Nie patetyczna. Nie naiwna.
Nadzieja rodzi się z inteligencji. Z kwestionowania. Z faktu, że średnia zdiczeń spada, że młodzi uczą się kontrolować przejście, że miłość, wspomnienia, zapach domu, twarz matki potrafią zakotwiczyć człowieczeństwo nawet w wilczej skórze.
Autor nie daje łatwego katharsis. Zakończenie zostawia nas z wizją konferencji nieumarłych, którzy zaczynają się niepokoić, bo „bydło” przestaje być tak przewidywalne, jak zakładano.
I ja, czytając ostatnie strony, miałam ciarki. Te prawdziwe. Nie od scen akcji, nie od krwi, nie od skrzydeł rozkładających się pod sufitem hali, lecz od świadomości, że ta historia mówi o nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać.
O tym, jak łatwo przyzwyczajamy się do nadzoru.
Jak szybko akceptujemy narrację o „dobru projektu”.
Jak długo wierzymy, że wymiana jest uczciwa, choć oddajemy synów i córki.
Ta książka mnie zachwyciła, bo nie traktuje czytelnika jak dziecka. Wymaga skupienia, wrażliwości na szczegół, cierpliwości wobec świata budowanego z rozmachem. Nagradza jednak hojnie: gęstością języka, konsekwencją wizji, emocjonalnym ciężarem, który zostaje pod skórą.
To nie jest powieść, którą się „połyka”.
To jest powieść, która połyka ciebie.
I kiedy ją zamknęłam, wiedziałam jedno: chcę wrócić do tego labiryntu. Chcę zobaczyć, jak daleko zajdą korytarze, jak bardzo Głos zacznie się bać, jak bardzo „hodowla” wymknie się spod kontroli.
Bo jeśli najciemniej jest pod latarnią, to może właśnie tam zaczyna się świt.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
