Recenzje

„Cena naszych przeżyć”- Ewa Lewandowska

 

Autor: Ewa Lewandowska
Tytuł: Cena naszych przeżyć

Data premiery: 07.09.2026
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 263
Gatunek: kryminał, sensacja

„Nie trzeba fizycznie uderzyć, żeby kogoś zranić”.

Ta historia nie chwyciła mnie za gardło od pierwszej strony. Na początku raczej dreptała obok, zerkała na zegarek i liczyła, że sama z grzeczności udam zainteresowanie. Nie udałam. Czytałam, odkładałam książkę, wracałam i przez pewien czas coraz poważniej rozważałam rozstanie bez żalu oraz sądowej batalii o zakładkę. Był nawet moment, w którym chciałam odłożyć książkę całkowicie. Zostałam, bo czasami warto dać opowieści jeszcze kilka stron na zebranie myśli. W tym przypadku cierpliwość częściowo się opłaciła.

Flos Mortuus ma nazwisko brzmiące jak zapowiedź sekcji zwłok i życie równie pogodne. Jest młodą funkcjonariuszką dowodzącą zespołem TCCD, pracuje pod okiem własnego ojca i próbuje udowodnić wszystkim, a przede wszystkim sobie, że nadal nadaje się do tej roboty. Śmierć bliskiego współpracownika zostawiła ją z poczuciem winy, gniewem oraz potrzebą wymierzenia sprawiedliwości na własnych zasadach. Kiedy praca przestaje wystarczać do zagłuszania bólu, pojawia się E‑x – substancja, która miała pomagać ludziom funkcjonować lepiej, szybciej i wydajniej. Jak zwykle ktoś uznał, że skoro produkt zwiększa możliwości człowieka, to skutki uboczne można dopisać drobnym drukiem, najlepiej na odwrocie trumny.

E‑x szybko staje się dla Flos sposobem na sen, koncentrację, odwagę i życie bez czucia. Czyli właściwie na wszystko, czego człowiek potrzebuje, jeśli zamierza rozsypać się profesjonalnie i bez zwracania uwagi otoczenia. Tyle że substancja nie zabiera bólu. Ona jedynie cierpliwie czeka, aż ból urośnie, przyprowadzi kolegów i wspólnie wystawią rachunek.

Równolegle z osobistym upadkiem bohaterki rozwija się śledztwo dotyczące brutalnych zbrodni, narkotykowego półświatka oraz człowieka, który wyjątkowo dobrze rozumie ludzkie słabości. Ktoś obserwuje pękniętych ludzi, podsuwa im odpowiednie słowa i sprawdza, jak daleko można ich popchnąć. Nie potrzebuje własnoręcznie brudzić się krwią. Wystarczy, że znajdzie właściwą osobę, odpowiednio nazwie jej cierpienie i przekona ją, że zemsta jest tylko bardziej elegancką odmianą sprawiedliwości.

Sam pomysł jest naprawdę dobry. Policjantka uzależniona od substancji obecnej w prowadzonej przez nią sprawie, ścigająca człowieka wykorzystującego cudzą autodestrukcję, ma w sobie duży potencjał. Zwłaszcza że Flos nie jest żadną kryształową bohaterką z plakatu rekrutacyjnego. Kłamie, manipuluje, wykorzystuje stanowisko, przekracza granice i potrafi usprawiedliwić niemal wszystko, jeśli uzna, że działa w słusznej sprawie. Czasami pomaga ludziom. Czasami zwyczajnie lubi ich osądzać. Najciekawsza staje się właśnie wtedy, gdy różnica między nią a człowiekiem, którego ściga, zaczyna niebezpiecznie się kurczyć.

Niestety książka bardzo długo nie potrafi tego potencjału dobrze wykorzystać. Pierwsza część jest rozwleczona, choć paradoksalnie wydarzeń w niej nie brakuje. Problem leży w sposobie opowiadania. Bohaterowie tłumaczą sobie rzeczy, które powinni doskonale wiedzieć, emocje zostają nazwane, objaśnione i jeszcze na wszelki wypadek podpisane flamastrem. Dialogi chwilami przypominają raport służbowy, który ktoś dla urozmaicenia porozcinał myślnikami. Zamiast napięcia dostawałam informacje. Zamiast narastającego lęku – komunikat, że bohaterka właśnie się boi.

Nie pomaga również policyjna rzeczywistość działająca według zasady: regulamin jest dla ludzi, ale najwyraźniej nie dla tej jednostki. Flos pracuje pod kierownictwem własnego ojca, koledzy chronią ją przed konsekwencjami, dowody traktowane są z zadziwiającą swobodą, a kolejne naruszenia procedur przechodzą przez posterunek tak cicho, jakby miały założone kapcie. Gdyby kontrola wewnętrzna rzeczywiście przyjrzała się temu zespołowi, prawdopodobnie zabrakłoby jej toneru do drukowania zarzutów.

Najbardziej drażniło mnie nie to, że Flos popełnia błędy. Niedoskonała bohaterka jest znacznie ciekawsza od chodzącego kodeksu etycznego. Problem w tym, że świat przedstawiony bezustannie amortyzuje jej upadki. Kiedy przekracza prawo, ktoś ją osłania. Kiedy krzywdzi człowieka, fabuła szybko przypomina, że przecież sama wcześniej została skrzywdzona. Kiedy świadomie manipuluje wydarzeniami, jej skuteczność ma wystarczyć za moralne rozgrzeszenie. A ja nie potrzebowałam świętej Flos. Potrzebowałam tylko, żeby powieść nie myliła konsekwencji z chwilowym poczuciem winy.

„Walka z uzależnieniem trwa całe życie”.

Ta myśl należy do najmocniejszych w całej powieści, bo druga połowa książki znacznie lepiej pokazuje, że odwyk nie jest magicznym restartem. Flos przestaje brać, lecz nie przestaje szukać sposobów na zagłuszenie własnej głowy. E‑x zastępuje ryzykiem, kontrolą, pracą, agresją i obsesją na punkcie śledztwa. Jej ciało pamięta głód nawet wtedy, gdy ona próbuje grać osobę całkowicie zdrową. Powrót do trzeźwości nie biegnie prostą drogą ku zachodowi słońca. Potyka się, zawraca i czasem stoi pod monopolowym, próbując sobie wmówić, że skręciło przypadkiem.

Nie wszystkie rozwiązania mnie przekonały. Niektóre działania funkcjonariuszy wymagają od czytelnika dużej wyrozumiałości, najlepiej wspartej chwilowym zapomnieniem, że procedury istnieją z jakiegoś powodu. Bohaterowie przekraczają granice, które w rzeczywistym świecie nie kończyłyby się krótką rozmową przy biurku. Momentami jednostka przypomina bardziej rodzinny biznes z bronią służbową niż formację pilnującą prawa. Rozumiem jednak, że autorka stawia emocje i dramat ponad dokumentalnym realizmem.

Czy ta książka całkowicie mnie kupiła? Nie. Nie będę udawała wielkiej miłości tylko dlatego, że finał dostarczył mi więcej emocji. Początek potrzebowałby skrócenia lub mocniejszego pulsu, część relacji przydałoby się rozwijać spokojniej, a niektórym decyzjom bohaterów trudno uwierzyć bez wysłania logiki na przymusowy urlop.

Nie żałuję jednak, że zostałam.

Druga połowa ma energię, której długo mi brakowało. Potrafi zaniepokoić, przyspieszyć oddech i przypomnieć, że największe zagrożenie nie zawsze czeka w ciemnym zaułku. Nie była to czytelnicza miłość od pierwszego wejrzenia. Raczej znajomość, która rozpoczęła się dość niezręcznie, długo nie potrafiła znaleźć wspólnego języka, lecz pod koniec zaprosiła mnie na naprawdę emocjonującą przejażdżkę.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res.

                                                                                                               https://novaeres.pl/


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *