Recenzje

„Drugie życie Elizy”- Greta Drawska

Autor: Greta Drawska
Tytuł: Drugie życie Elizy

Data premiery: 24.09.2025
Wydawnictwo:Skarpa Warszawska
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura obyczajowa

„Czas nie jest wymiarem, z którego można uciec”.

Zabierałam się do „Drugiego życia Elizy” jak pies do jeża. Niby wiedziałam, że trzeba spróbować, ale opis skutecznie uruchomił wszystkie moje uprzedzenia. Miłość, intryga, tajemnica sprzed ponad stu lat i rok 1890. W głowie od razu rozstawiła mi się scenografia: pałac, gorset, hrabia z profilem rzymskiego cesarza i kobieta, która przez trzysta stron zastanawia się, dlaczego zadrżała, kiedy podał jej dłoń przy wysiadaniu z powozu. Trup miał zapewne leżeć gdzieś dyskretnie za kotarą, żeby romans mógł wpisać sobie w CV doświadczenie w kryminale.

Przez pierwszych kilkanaście stron nadal nie wiedziałam, czy chcę w to brnąć. Historia jeszcze nie pokazała, dokąd zmierza, a ja stałam z boku z rękami skrzyżowanymi na piersi i miną kobiety, której już nieraz próbowano sprzedać romansidło jako porywającą intrygę. Nie porzuciłam książki wyłącznie dlatego, że coś w sytuacji Elizy nie dawało mi spokoju.

Całe szczęście.

Bo romansu tutaj nie ma. Jest za to trup, zaginiona diamentowa kolia, kobieta żyjąca jednocześnie w dwóch rzeczywistościach, seria coraz bardziej podejrzanych zdarzeń i czas, który najwyraźniej uznał, że linearność jest dla ludzi pozbawionych fantazji.

Eliza Angielczyk jedzie z narzeczonym Adamem do pałacu w Szlachcinie. To właśnie tam mają wziąć ślub. Wszystko jest przygotowane, życie powinno za chwilę wejść w najbardziej instagramowy etap, a tymczasem dochodzi do wypadku. Eliza trafia do szpitala i zapada w śpiączkę, ale jej świadomość nie zamierza grzecznie leżeć razem z ciałem.

W tym samym pałacu, tyle że w 1890 roku, Eliza jest damą do towarzystwa baronowej Aurory von Rose. Pamięta ludzi, pokoje, obowiązki oraz zależności między mieszkańcami Szlachcina, choć jednocześnie wie, że urodziła się ponad sto lat później. Jakby ktoś wcisnął jej do głowy dwa kompletne życiorysy i zapomniał zaznaczyć, który z nich jest właściwy.

Na spokojne oswajanie dziewiętnastego wieku nie ma jednak czasu. Aurora umiera, z jej szkatuły znika drogocenna kolia, a Eliza zostaje znaleziona obok ciała z fiszbiną wyrwaną z gorsetu. Komisarz Linde szybko uświadamia jej, że w tej epoce brak wystarczających dowodów wcale nie musi przeszkodzić w wysłaniu człowieka na stryczek. Daje jej więc wybór, który wyborem jest mniej więcej w takim stopniu jak pytanie, czy woli się utopić, czy jednak nauczyć oddychać pod wodą: Eliza ma pomóc policji odnaleźć złodzieja i odkryć, co naprawdę wydarzyło się w apartamencie baronowej.

Początkowo wszystko wygląda jak kryminalna zagadka osadzona w pałacu pełnym ludzi, którzy albo kłamią, albo mówią prawdę w taki sposób, że kłamstwo wydaje się uczciwsze. Mamy śmierć Aurory, zaginioną kolię, fałszywe zeznania, rodzinę zainteresowaną majątkiem i służbę, która widzi wszystko, ale doskonale wie, że prawdomówność rzadko zapewnia dach nad głową. Do Szlachcina zjeżdżają kolejni krewni, a odbywający się mimo śmierci baronowej ślub hrabiego Tytusa tylko zagęszcza atmosferę.

Hrabia nie zamierza przecież pozwolić, żeby zgon własnej matki zepsuł mu uroczystość. Każdy ma jakieś priorytety. Jedni odwołują przyjęcie z powodu deszczu, inni uznają, że martwa mamusia może spokojnie poczekać, bo goście już przyjechali, jedzenie podano, a panna młoda została odpowiednio opakowana.

Eliza zaczyna prowadzić własne śledztwo, ale szybko okazuje się, że śmierć baronowej i kradzież kolii nie są jedynymi rzeczami, które w Szlachcinie śmierdzą bardziej niż końskie odchody na ulicach. Podczas balu dochodzi do tragedii z udziałem sprowadzonych przez Tytusa tygrysów. Pojawia się mężczyzna podający się za żandarma, choć komisarz nigdy go nie przysłał. Są listy, których treść nie zgadza się z oficjalną wersją wydarzeń, kolejne podejrzenia i ludzie próbujący odnaleźć kolię z powodów, których nie zamierzają nikomu wyjaśniać.

Każdy nowy trop komplikuje poprzedni. Co jest akurat miłą odmianą po kryminałach, w których śledczy przez pół książki nie zauważa rzeczy, którą czytelnik odkrył, zanim zdążył zaparzyć kawę.

Tyle że „Drugie życie Elizy” również tutaj pokazuje zaledwie kawałek tego, czym naprawdę jest.

Eliza nie została po prostu przeniesiona w przeszłość. Jej ciało nadal leży w szpitalu, a do świadomości przedzierają się głosy lekarzy, Mary i Adama. Docierają do niej fragmenty rozmów, wspomnienie wypadku oraz wiadomość, która stawia pod znakiem zapytania wszystko, co wiedziała o własnym życiu. Jednocześnie w roku 1890 może chodzić, rozmawiać, czuć ból, rozwiązywać zagadkę i szarpać się z gorsetem, który najwyraźniej zaprojektowano po to, by kobieta nie miała dość tlenu potrzebnego do formułowania własnych opinii.

Obie rzeczywistości nie funkcjonują obok siebie jak dwa osobne rozdziały. One nachodzą na siebie, przeciekają jedna do drugiej i z czasem zaczynają odsłaniać niepokojące podobieństwa. Znajome głosy brzmią w ustach innych ludzi. Twarze nakładają się na siebie.

Tu właśnie historia wciągnęła mnie już bez reszty. Chciałam zrozumieć, dlaczego żyje jednocześnie w dwóch epokach, co łączy pojawiających się w nich ludzi i dlaczego niepozorna kolia jest tak ważna, że ktoś gotów jest dla niej kłamać, szantażować i zabijać.

Kryminalna intryga zaczyna rozrastać się w opowieść o alternatywnych życiach, alterach istniejących w różnych pętlach czasu oraz świadomości, która zazwyczaj umiera razem z ciałem, by rozpocząć kolejny byt bez wspomnień. Eliza jest jednak wyjątkiem.  Pamięta więcej, niż powinna, rozpoznaje rzeczy, których teoretycznie nigdy nie znała, i stopniowo odkrywa, że jej zdolność do języków obcych może mieć znacznie ciekawsze źródło niż szkolny talent.

Autorka nie wprowadza tego wszystkiego od początku. Najpierw pozwala uwierzyć, że chodzi o morderstwo, rodzinny majątek i skradzioną biżuterię. Dopiero później rozszerza perspektywę i pokazuje, że wydarzenia w Szlachcinie są fragmentem konfliktu trwającego przez wiele epok. Zbrodnie nadal mają konkretnego sprawcę, motyw i logiczne rozwiązanie, lecz sama kolia okazuje się czymś znacznie ważniejszym niż ozdoba noszona na dekolcie przez zamożną baronową.

Nawet „Dla Elizy”, grane wielokrotnie na pianinie w apartamencie Aurory, przestaje być jedynie dowcipnym nawiązaniem do imienia bohaterki. Muzyka, nazwiska wielkich twórców, językowy talent Elizy, klucz ukryty w gorsecie i kolia przeniesiona do innej rzeczywistości zaczynają tworzyć jeden mechanizm. Dość szalony, ale wewnętrznie spójny.

Greta Drawska nie napisała kryminału historycznego w klasycznym znaczeniu. Nie napisała również zwykłej powieści o podróży w czasie, bo Eliza nie wsiada do wehikułu i nie wysiada sto lat wcześniej z walizką oraz poradnikiem przetrwania. To mieszanka zagadki kryminalnej, fantastyki, alternatywnych rzeczywistości i humoru wynikającego ze zderzenia współczesnej kobiety z dziewiętnastowiecznym światem.

Ten humor bardzo mi pasował. Eliza nie zachowuje się jak heroina z historycznego romansu. Brakuje jej telefonu, kawy, normalnego łóżka i bielizny, która nie sięga kolan. Myli słowa, rzuca współczesnymi pojęciami w rozmowach z ludźmi, którzy nie mają prawa ich rozumieć, i próbuje zachować zdrowy rozsądek w epoce, gdzie nawet samodzielne zdjęcie sukni wymaga wsparcia technicznego. Do tego dochodzi Bridget ze szkockim dialektem, którego rozszyfrowanie bywa trudniejsze niż znalezienie mordercy.

Pod warstwą humoru cały czas czuć jednak narastające zagrożenie. Eliza nie tylko próbuje oczyścić się z podejrzeń. Walczy o dostęp do własnej świadomości, o życie ciała pozostawionego w przyszłości i o dzieci, o których istnieniu dowiaduje się, nie mogąc nawet otworzyć oczu. Im więcej rozumie, tym bardziej jasne staje się, że wypadek, śpiączka i jej obecność w roku 1890 nie są przypadkową awarią czasu.

Pierwsze kilkanaście stron nadal uważam za próbę cierpliwości. Nie wiedziałam jeszcze, czym ta książka chce być, i miałam poważne wątpliwości, czy zostanę z nią do końca. Później fabuła zaczęła odsłaniać kolejne warstwy, a ja przestałam zauważać, ile stron zostało. Chciałam tylko wiedzieć, jak łączą się oba życia Elizy i kto w tym całym zamieszaniu naprawdę pociąga za sznurki.

Skończyłam na jednym wdechu, z odpowiedziami na kryminalną część zagadki i całą stertą nowych pytań dotyczących dalszej wędrówki Elizy. Finał nie zamyka historii, tylko otwiera następne przejście i praktycznie wpycha czytelnika w kolejny tom. Bardzo bezczelne posunięcie 😉 Tym bardziej że dopiero co odszczekałam swoje uprzedzenia i naprawdę nie potrzebowałam kolejnego powodu, żeby przyznać autorce rację.

Bałam się romansidła z trupem w tle.

Dostałam trzy zbrodnie, śledztwo prowadzone przez kobietę uwięzioną między dwoma życiami, artefakt rozdzielony pomiędzy epoki, alternatywne wersje tych samych ludzi i walkę o kontrolę nad czasem.

Romansu nadal nie znalazłam.

I całe szczęście 😉


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *