Recenzje

„Karuzela pomyłek ” -Andrea Camilleri

Autor: Andrea Camilleri
Tytuł: Karuzela pomyłek

Data premiery: 02.07.2025
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 216
Gatunek: kryminał

Tłumaczenie: Monika Woźniak

„Nie mamy już szacunku do życia, a chcesz, żeby istniał szacunek dla śmierci?”

Czytając Karuzelę pomyłek, miałam poczucie, że znów wracam do świata, który mnie już nie zaskoczy – bo ileż razy można czytać o trupach, zniknięciach i damsko-męskich rozgrywkach, które pachną bardziej tęsknotą niż namiętnością? A jednak Camilleri zrobił swoje. Z pozornie banalnej historii o pożarze w sklepie z antykami i zniknięciu właściciela wyciąga opowieść nie o przestępstwie, lecz o ludzkiej skłonności do zakładania masek. I o tym, że wszystko może być – i często jest – złudzeniem.

Początek książki to majstersztyk absurdu. Montalbano wdaje się w bijatykę na plaży (żeby rozdzielić walczących, a jakże), dostaje po głowie i zostaje zatrzymany przez karabinierów. W tym samym czasie gosposia komisarza nokautuje niespodziewanego gościa patelnią. I zanim się zorientujemy, robi się poważnie.

Po miasteczku krąży bowiem ktoś, kto porywa młode kobiety – odurza je chloroformem i porzuca. Nie robi im krzywdy, ale nie zostawia też żadnych śladów poza niepokojem. Potem znika właściciel sklepu, następnie jest podpalenie. A później – jak to u Camilleriego – wszystko się plącze, jak cienki makaron zbyt długo gotowany. I właśnie to plątanie jest najlepsze.

To nie jest książka „sensacyjna” w klasycznym rozumieniu. Karuzela nie biegnie na złamanie karku, nie wali drzwiami od emocji i nie mami nas twistami co pięć minut. To raczej opowieść o tym, jak bardzo jesteśmy zagubieni we własnym życiu, jak łatwo wpaść w rytm pozorów, który kręci się dokładnie tak, jak karuzela z tytułu – efektownie, ale w kółko. I z odgórnie ustaloną trasą.

Czyta się to wyśmienicie. Nie tylko dlatego, że intryga wciąga. Również dlatego, że świat przedstawiony jest gęsty, zmysłowy i boleśnie realistyczny. Tu śledztwo prowadzi się przez rozmowy, fortele, drobne gesty. Przez tacę cannoli, którą trzeba zanieść doktorowi Pasquano, by wyciągnąć od niego sekrety. Przez spacer po wysypisku śmieci, gdzie szczury są większe niż przeciętne koty, a mewy dawno zrezygnowały z godności. Przez niechciane milczenia, długie spojrzenia i to wszystko, co między wierszami.

I tak, oczywiście – Karuzela pomyłek to też uczta. Literacka i kulinarna. Kiedy Montalbano zjada makaron z sosem z mątwy, a potem dostaje barweny i smażone kalmary „tak czyste i chrupiące, że przypominały bułeczki wyciągnięte prosto z pieca”, czuję się, jakbym siedziała przy tym samym stole. I wcale nie mam ochoty wracać.

A jednak to nie smak potraw zostaje ze mną najdłużej. To ironia, która przewija się przez całą książkę. To śmiech w obliczu śmierci, absurdu i chaosu. To szorstka czułość wobec ludzi – tych głupich, tych śmiesznych, tych zagubionych i złych. Camilleri nie moralizuje. Nie pisze historii o bohaterstwie. Pisze o tym, że czasem trzeba wejść w czyjeś buty, żeby zrozumieć, dlaczego zszedł z drogi.

Zanim przejdę do tych wszystkich smug ironii, zawijasów językowych i fantastycznej melancholii Camilleriego, zatrzymam się na chwilę przy filmie. Bo po skończeniu książki – jak zawsze przy serii z Montalbanem – włączyłam Netfliksa. I obejrzałam. I… cóż.

Z jednej strony: Luca Zingaretti to Montalbano idealny. Ma tę zwięzłość ruchów, ten rodzaj zmęczenia światem, który nie potrzebuje dialogów. Wystarczy jedno jego spojrzenie w stronę morza, żeby wiedzieć, że ten facet wie, że i tak nikt mu nie powie prawdy. I może dlatego nie próbuje już nikogo przekonywać. Obserwuje. I reaguje.

Ale z drugiej: ekranizacja Karuzeli pomyłek nie niesie tego, co książka. Dialogi bywają papierowe, a wszystko, co u Camilleriego ukryte między słowami – niedopowiedziane, kąśliwe, zawieszone – tutaj zostaje albo spłaszczone, albo przeoczone. Film pokazuje, co się dzieje. Książka pokazuje, dlaczego się to dzieje. A to zasadnicza różnica.

Wróćmy do książki. Bo tam mamy wszystko: kobiety piękne i przebiegłe (czasem jedno i drugie w tej samej osobie), Montalbano, który coraz częściej nie rozwiązuje zagadki, tylko rozsupłuje ludzkie niedorzeczności, i świat, w którym nikt nie jest tym, za kogo się podaje – ani antykwariusz, ani jego znajomi, ani nawet ofiara.

„Karuzela pomyłek” opiera się na drobiazgach – na spojrzeniu, które trwa o sekundę za długo, na pytaniu, które pada niby od niechcenia, ale wbija się w sedno. Na zdaniu, które mogło znaczyć coś innego.

Montalbano nie jest tylko śledczym, jest rozczarowany człowiekiem, on już wie, że sprawiedliwość to często tylko pięknie opakowane złudzenie. Jest zmęczony, zgryźliwy, czuły na detale i niecierpliwy wobec głupoty. I nie, nie chodzi tu o to, że świat mu się wali – tylko o to, że nie wierzy już, że ten świat da się poskładać. A mimo to – składa go. Raz jeszcze. W tej sprawie, i w każdej innej.

I o tym właśnie jest „Karuzela pomyłek”: o świecie, który działa tylko wtedy, gdy wszyscy udają, że działa. O relacjach, które nie istnieją, ale trzeba je podtrzymywać, bo tak jest wygodniej. O znikaniu, które bardziej boli niż śmierć. Bo śmierć daje koniec. Zniknięcie – zostawia dziurę.

Oczywiście są też klasyki gatunku: cudownie irytujący Catarella, dialogi prowadzone jak pojedynek na rapier i kuchnia, która jak zwykle robi za drugoplanowego bohatera – zapach, który przenosi cię z fotela w Polsce do Vigaty bez potrzeby paszportu.

Czy polecam?

Bez cienia wątpliwości. Karuzela pomyłek to więcej niż kryminał – to przypowieść o tym, jak łatwo pomylić fasadę z treścią. A że potem można sobie to dopełnić wersją filmową? Jasne. Ale tylko jako digestivo. Po lekturze. Bo jak coś może się kręcić, nie znaczy, że prowadzi dokądkolwiek.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *