
Autor: Max Czornyj
Tytuł: Uwierz jej
Data premiery: 15.01.2025
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 432
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
” Zazwyczaj stajemy się w życiu takimi, jakimi czyni nas los, a nie takimi,jakimy chcemy być.”
Nie wiem, czy to książka, czy pełnometrażowy włam do czyjejś świadomości z brudnym butem, który zostawia ślady na ścianach, nie tylko podłodze. Wiem natomiast, że Max Czornyj nie pisał tej książki w białych rękawiczkach. Nie było sanitarnie. Było tak, jak powinno być, kiedy wchodzisz do głowy dziewczyny, która w dzieciństwie była wystarczająco wrażliwa, by cierpieć, a w dorosłości – wystarczająco zniszczona, żeby przestać się tym przejmować.
Antonia. Przypadek kliniczny? A może raczej przypadek społeczny, kulturowy, zaniechany? Jeśli spodziewacie się standardowego portretu ofiary z trauma-bonusem i gotowym programem naprawczym, to „Uwierz jej” powinno trafić na waszą półkę tylko po to, żeby z niej spaść i roztrzaskać się o wasze przyzwyczajenia.
Czornyj zrobił coś więcej niż napisał książkę – on pozwolił swojej bohaterce prowadzić narrację. A ona, cholera jasna, skorzystała z tego przywileju do granic przyzwoitości i jeszcze trochę dalej. Gada do nas z wnętrza swojej głowy, jakbyśmy siedzieli obok niej, mieli wspólną butelkę (pustą) i wspólne grzechy (wypełnione po brzegi). I nie mówi z poziomu kogoś, kto chce rozliczeń albo zrozumienia. Ona nas testuje. Patrzy, czy damy radę przebrnąć przez jej wersję rzeczywistości bez wymiotowania.
Bo wiecie, to nie jest historia liniowa. Nie lecimy tu pociągiem, raczej włazimy w pajęczynę wspomnień, gdzie każdy krok może być fałszywy, każda emocja zmanipulowana, a każda prawda – obleczona w warstwę krwi, śliny, ironii i cynizmu. Książka dzieli się wyraźnie na dwa segmenty: przeszłość – czyli piekło w ratach, i teraźniejszość – czyli rachunek, którego nie da się już anulować. Obie części są brudne, ale każda w inny sposób. Przeszłość cuchnie stęchlizną domu z ojcem – pijakiem, cichym płaczem, traumami, których nie chcesz znać. Teraźniejszość – perfumami, udawaną siłą, erotycznym przemocowym teatrem i głębokim, psychotycznym zmęczeniem materiału.
A teraz trzymajcie się fotela: Antonia nie jest postacią, z którą chcecie się utożsamiać. Ale też nie możecie przestać jej słuchać. Jest momentami błyskotliwa jak brzytwa i równie niebezpieczna. Przejmuje narrację z butą, a jednak w jej tonie wciąż słychać to dziecko, które nie dostało szansy, tylko kopniaka. Jej myśli to karuzela z rozjebaną osią: raz rozpędzone, raz spowolnione, czasem absurdalnie logiczne, kiedy indziej rzucone emocjonalnie jak cegła przez szybę.
Jej relacja z fałszywym gliną, czyli figurą – nazwijmy to umownie – mentora, wybawcy, kochanka i zbrodniarza w jednym, to coś, czego nie da się ująć w klasyczne ramy. To nie jest też pełna zgoda. To jest transakcja. Ciała za emocje, emocji za pozory bezpieczeństwa. I to bezpieczeństwo, jak się domyślacie, jest takie jak zardzewiała kłódka na drzwiach do piekła – symboliczne, bezużyteczne, ale dające chwilową iluzję kontroli. Czornyj nie buduje ich relacji na oczywistych schematach. On ją rozkłada na kawałki, pozwala się jej rozwlec, przegnić, a potem pozwala bohaterce z tego bagna lepić coś na kształt związku.
Styl? Ha! Styl to osobna jazda. Jeśli ktoś tu szuka grzecznego thrillera, niech wraca do Sandersona. „Uwierz jej” napisane jest tak, jakby autor siadł obok Antonii i kazał jej gadać. Bez cenzury, bez korekty, bez litości. Mamy więc język chropowaty, żywy, osadzony w konkretach. Pełen wulgaryzmów – nie dla szpanu, tylko dlatego, że pewnych rzeczy nie da się inaczej powiedzieć. Ironia sączy się z każdej strony, jest tarczą Antonii, jej narzędziem, jej przekleństwem. Ona nie mówi – ona kąsa. Nawet kiedy opowiada o przemocy, robi to z takim rodzajem emocjonalnego dystansu, który boli bardziej niż najgłośniejszy krzyk.
W tej książce nie chodzi o fabułę – choć ta też jest popieprzona jak nocny program kabaretu na dopalaczach – tylko o perspektywę. O to, czy jesteś gotów czy gotowa wejść w głowę kogoś, kto sam siebie już nie rozpoznaje. Kto z jednej strony widzi się jako ofiarę, z drugiej – jako egzekutora. Kto nie wie, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna majak. Antonia dochodzi do momentu, w którym już nie wie, czy gliniarz, z którym uprawiała seks w krzakach i z którym rąbała ludzi, istniał naprawdę. Ale jeśli nie istniał, to skąd wspomnienia? Twarz? Głos?
Właśnie takie momenty są najmocniejsze. Nie brutalne sceny, choć i te są – naturalistyczne, intymne, rozbrajająco dosadne – ale te chwile, gdy czytelnik łapie się na tym, że sam nie wie, co jest prawdą. Że wcale nie jest pewien, kto tu kłamie: Antonia, autor, rzeczywistość?
A jednak w tym całym chaosie jest struktura. Czornyj wie, co robi. Pozwala na chaos tylko po to, by go później zebrać i zafundować nam cios w szczękę. To nie jest czysto psychologiczne – to jest psychotyczne. I nie w sensie medycznym, tylko w narracyjnym. Czujesz się, jakbyś za długo patrzył na kogoś, kto zaraz pęknie – i pęka. Ale zanim się rozpadnie, pokazuje ci coś obrzydliwie prawdziwego o tobie samym.
Czy czujesz współczucie do Antonii? Czasem. Czy cię przeraża? Częściej. Czy ją rozumiesz? Nigdy do końca. Bo Czornyj nie pozwala ci na prostą empatię. Każdy twój odruch zostaje natychmiast wystawiony na próbę. Podoba ci się jej bezczelność? A co jeśli zaraz się okaże, że właśnie tę bezczelność wykorzystała, żeby kogoś zabić? Ufasz jej przemyśleniom? A co jeśli to wszystko urojone? Kibicujesz jej? A jeśli ona jest potworem, tylko dobrze wykreowanym?
A teraz najgorsze. Najważniejsze. Najprawdziwsze. Ta książka zostaje w głowie nie dlatego, że ma twist. Nie dlatego, że jest brutalna. Ale dlatego, że gdzieś pod tą warstwą szaleństwa, przemocy i absurdu, kryje się emocjonalna prawda. Że trauma to nie jednorazowy wybuch. To sącząca się rana, której nie możesz się pozbyć, bo stała się częścią ciebie. Czornyj pokazuje to nie przez diagnozę, ale przez dekonstrukcję. Rozpina Antoninę na krzyżu pamięci, przeszłości, winy i wątpliwości. I nie daje jej żadnego ratunku.
Wiesz, co mnie najbardziej poruszyło?
To, jak Czornyj przedstawia granicę między ofiarą a katem. Antonia sama nie wie, kim jest. A Ty – jako czytelnik – też nie masz pewności. Przeszłość śmierdzi krwią, teraźniejszość tonie w paranoi, a przyszłość? Tam nie ma przyszłości. Tam jest tylko dygocząca rzeczywistość, która co chwilę się łamie. Raz masz pewność, że wszystko to iluzja. Innym razem – że każda sekunda to brutalna prawda.
Nie wiem, czy „Uwierz jej” to najlepsza książka Czornyja. Ale wiem, że to książka, która nie ma wygodnych wyjść. Nie daje ci bohatera, którego możesz poklepać po plecach. Daje ci Antoninę. Z całą jej brzydotą. Z całym ciężarem bycia żywym dowodem na to, że czasem lepiej nie wierzyć nikomu – nawet sobie.
A może szczególnie sobie.
Na zakończenie: nie wierz jej.
Ale czytasz, jakbyś chciała uwierzyć. Bo może, w tym całym syfie i szaleństwie, jest gdzieś cień normalności. Albo chociaż – prawdy. Ale takiej, która nie wyzwala, tylko dobija.
I co z tego wszystkiego wynika?
Ano to, że Max Czornyj po raz kolejny udowadnia, że potrafi grzebać w głowie czytelnika jak chirurg po pięciu kawach – z precyzją, ale bez delikatności. „Uwierz jej” to powieść, której nie chcesz czytać, a mimo to – nie możesz przestać.
A kiedy zamkniesz książkę…
To tak naprawdę dopiero się zacznie.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
